Seks ludzi starych

Jak tak rozmawiam ze znajomymi, tymi młodszymi i starszymi, tymi dzieciatymi i bezdzietnymi, to seks można by podzielić na trzy etapy. Pierwszy, to ten po pijaku. Czyli zazwyczaj w wieku młodocianym: nastoletnim i świeżo po dwudziestce, kiedy słowo penis jeszcze nas onieśmiela, niemniej wielkość piersi i owłosienie tu i ówdzie wskazuje na to, że na nas już czas. Nie wiemy jednak jak się do tego zabrać, mamy multum kompleksów, a z zajęć Wychowania Do Życia W Rodzinie wynieśliśmy tylko to, że seks to grzech, kiła, mogiła, ciąża i rozpacz. Dlatego sięgamy po alkohol, bo on sprawia, że wydaje nam się, że możemy wszystko, rozluźnia i dodaje animuszu oraz, co bardzo istotne, JESZCZE nie wpływa na hydraulikę (mam tu na myśli głównie panów :)). Zatem na lekkim rauszu zazwyczaj wkraczamy w dorosłe życie seksualne.

Kolejnym etapem jest seks właściwy, czyli najprzyjemniejszy czas czerpania przyjemności z seksu. Mamy już stałego partnera, znamy się z nim jak łyse konie, on wie, że tu i tam mamy łaskotki i w te dni to „nawet się nie zbliżaj”. A poza tym jesteśmy młodzi i otwarci na różne ciekawostki. I to powoduje, że ten seks jest zazwyczaj pełen radości, otwartości, inwencji twórczej i chęci do działania.

Kolejnym, i z mojego punktu widzenia ostatnim, etapem życia seksualnego, który mam wątpliwą przyjemność doświadczać obecnie jest seks po dziecku, czyli pieszczotliwie przeze mnie i męża nazwany seksem ludzi starych. Na początku nic nie zwiastuje katastrofy. Jeszcze w ciąży wszystko wygląda prawidłowo i działa jak należy. Wtedy też zazwyczaj padają deklaracje, że: my się nie zmienimy, nas to nie dotknie, przecież jest tyle sposobów, no i za bardzo przecież lubimy seks, a lubimy go jak koń owies, żeby coś się miało u nas popsuć.

I nagle trach! Rodzi się to to. Takie małe słodkie, niewinne, zagarnia całą czasoprzestrzeń dla siebie. Zupełnie tak jakby chciało powiedzieć: chcę być sam! Nie chcę tu żadnej konkurencji! Dlatego budzi się siedemdziesiąt razy w nocy żeby sprawdzić, czy rodzice aby na pewno nie grzeszą. Dobrze jeśli partnerka miała cesarkę, bo wtedy, jak wiadomo z pewnych źródeł „tam na dole” nic się nie zmienia (tzw. syndrom Rozklapiochy nas nie dotyczy). Gorzej jeśli małe to to chce przyjść na świat drogami natury. Wtedy strach się bać, więc nawet lepiej nie sprawdzać pogorzeliska. Robbie Williams powiedział, że towarzyszył żonie przy porodzie siłami natury. W pewnym momencie zebrał się na odwagę i zerknął tam, gdzie nie żaden facet podczas porodu zaglądać nie powinien. Później relacjonując to wydarzenie wyznał, że czuł się jakby oglądał pożar swojego ulubionego pubu. A facet wie co mówi, w końcu jest Anglikiem. Kiedy już oswoimy się ze stanem popożarowym przychodzi czas na kombinowanie. W końcu jesteśmy krajem na dorobku. Rzadko których świeżo upieczonych rodziców stać na własny dom z ogrodem. Dlatego kitłasimy się z dzieckiem w dwóch pokojach. Kiedy więc ono zasypia my na cichacza robimy pierwsze podejście. Zazwyczaj wtedy okazuje się, że jesteśmy zupełnie nieprzygotowani i niczym nowicjusze, zapominamy zaopatrzyć się w sklepie w płaszcz przeciwdeszczowy. Słowo gumka i prezerwatywa są surowo zabronione, bo dziecko może zapamiętać i mieć uraz do końca swego życia. Zatem pierwsza próba kończy się fiaskiem. Kolejne wychodzą nieco lepiej, ale próżno w nich szukać romantyzmu. Bardziej przypomina to biegi przełajowe… w błocie i we mgle. Choć mawiają, że dobry koń to i po błocie przejdzie.

W miarę jedzenia apetyt rośnie i po pewnym czasie oboje stwierdzają, że raz na miesiąc to ciut za rzadko i zaczyna się kombinatoryka stosowana najwyższych lotów. Ona wychodzi wcześniej z pracy tylko po to, żeby przed żłobkiem zahaczyć o mieszkanie w wiadomych celach. Z tego samego powodu on symuluje grypę żołądkową u siebie w korpo. W dalszym ciągu o romantyzmie nie ma mowy. Ale przynajmniej stres lepiej schodzi z człowieka, jak sobie ulży w bólach. Poza tym połowa roboty odpada bo karmiące cycki są z reguły wyłączone z użytku. Ja nawet chciałam sobie kupić tabliczkę z napisem „Awaria”.

W planowaniu krótkich tête-à-tête muszą też pamiętać o zatarciu śladów. Wszak odkąd wnuk na świecie to i babcia częściej wpada. A wtykanie opakowań po gumkach pod materac grozi tym, że tuż po przebudzeniu zobaczycie swojego uroczego bobasa z owym opakowaniem w zębach. Pół biedy gdyby płyn plemnikobójczy leczył próchnicę mleczaków, ale chyba nie leczy. ;(

Dodatkowym zagadnieniem przy seksie ludzi starych jest to, co wypada i czego nam już nie przystoi. Wszakże ona jest już matką jego dziecka. Nie wypada dać klapsa, a o innych bardziej zdrożnych rzeczach tym bardziej nie ma mowy. Toż to matrona, matka nasza jedyna. Zatem seks ludzi starych to wieczna walka. O siebie, o swoją pozycję w związku i w seksie: wszak wiadomo, że każdy lubi inaczej. Nie ma co się jednak załamywać. Podobno później jest tylko gorzej.

seks




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x