Sztuka umierania

Tak pięknie potrafimy się cieszyć, gdy rodzą się ludzie wokół nas, a kompletnie nie umiemy się zachować, gdy ludzie wokół nas odchodzą. Zupełnie jakbyśmy nie zdawali sobie sprawy z tego, że skoro czyjeś życie się pojawiło, to kiedyś zniknie, zgaśnie. Perfidnie wykorzystujemy ten piękny i wzniosły moment odejścia do skupienia uwagi na sobie. Na swoim pseudo zaangażowaniu. Na swoim bólu, cierpieniu. Pół biedy, gdy ktoś umiera w klasyczny sposób. Jak komuś urywa głowę trudno dyskutować z przeznaczeniem. Gdy jednak sprawa robi się nieco bardziej złożona, wielu z nas dostaje kociokwiku. Tak łatwo o to, szczególnie teraz, w dobie globalnej sieci Internet. Nietrudno rzucić niesprawiedliwe oskarżenie zamiast pochylić się nad przypadkiem, dogłębnie go zrozumieć i się z nim pogodzić, oddając przy tym należny szacunek cierpiącemu. Oto naszymi mózgami próbuje zawładnąć niebezpieczna mieszkanka kłamstw, insynuacji, bezpodstawnych oskarżeń, braku wiedzy, skrajnej głupoty pomieszanej ze szczerą chęcią pomocy, oddaniem sprawie, współczuciem i okraszonej niestety bardzo często nutą fanatyzmu i religii. Boicie się terrorystów, globalnego ocieplenia, uchodźców? Ja się boję głupich ludzi.

Pewnie mi nie uwierzycie, ale niechętnie piszę te słowa. Nie lubię zbijać kapitału lajków, szerów i wejść na stronę na czyjejś tragedii, dlatego postaram się oprzeć ten wpis przede wszystkim na własnych doświadczeniach związanych z umieraniem. Od kilku dni pewna część z Was próbuje na nas wywrzeć presję wypowiedzenia się i nagłośnienia sprawy małego Brytyjczyka, któremu nieznana i tajemnicza choroba zniszczyła doszczętnie 70% tkanki mózgowej. Lekarze postanowili odłączyć go od aparatury podtrzymującej życie i zapewnić mu godną śmierć, co spotkało się z protestem rodziców. Ci nagłośnili sprawę oskarżając szpital i lekarzy o próbę zabicia ich dziecka, próbę ukrycia eksperymentów medycznych, którym dziecko zostało rzekomo poddane, niewłaściwą opiekę i tak dalej.

Niestety tłum rządny emocji chętnie podchwycił trudną do przyjęcia nawet dla średnio wykształconego człowieka retorykę rodziców i sprawa, a właściwie akcja niczym śnieżna kula zaczęła nabierać sporych rozmiarów. Szczególnie, że w cyniczny sposób, pod płaszczykiem solidarności z ciężko chorym malcem i jego rodzicami sprawę zaczęli nagłaśniać ludzie mediów i celebryci. Przede wszystkim dla taniego poklasku.

Umieranie to prosta sprawa dla umierającego i niezwykle trudna dla jego bliskich. Kilka razy miałem okazję obserwować moich najbliższych, których życie gasło w oczach. Pamiętam wiele ich ostatnich momentów. Takich moich ostatnich wspomnień z nimi. Ostatnich wspólnych chwil śmiechu, zadumy, jakiś prostych czynności, czy zwyczajnego czuwania przy sobie, bliskości. Kiedyś myślałem, podobnie jak myśli wielu, że się nie spodziewali, że za chwilę ich nie będzie, że odejdą, umrą. Tymczasem po latach myślę, że ci, którym świadomość na to pozwoliła, zdawali sobie doskonale sprawę z nieuchronności tego, co ich spotka. Odchodzili zawsze godnie. Wzniośle. To było coś niezwykłego. Skąd brali siłę na tę najtrudniejszą drogę w swoim życiu? Nie wiem. Ale też kiedyś będę musiał się na to zdobyć. I każdy z Was również.

Nawet nie wiecie jak dobrze się czuję z tym, że mogłem to przeżyć, że mogłem przy tym być, tego doświadczyć. Towarzyszyć komuś w jego ostatnich chwilach. To niezwykle wewnętrznie wzbogaca, o ile umiesz to wykorzystać. Pozwala zrozumieć na czym polega niezwykła energia życia i duszy oraz siła z jaką oddziaływuje ktoś, kogo z nami już nie ma. A mimo to jego myśl, jego czyny i ich efekty, wreszcie jego duch mogą być nadal z nami.

Pamiętam jak na pogrzebie mojej Mamy, po zakończeniu, ale jeszcze przy mogile zapadła cisza. Skrzypek odegrał swoje. To był chyba Grechuta „Dni, których nie znamy” także rzewnie. Skończył i zapadła cisza. Wszyscy na mnie. Najbliżsi nerwowo zaczęli mnie szturchać – „No weź co powiedz”. A co ja miałem powiedzieć? Że właśnie żegnam w piękny sierpniowy dzień najlepszego przyjaciela? Ukochaną Mamę? Jedyną osobę, która się w moim życiu mną opiekowała, naprawdę mnie kochała i przychylała każdego dnia nieba? Wierzyła bezgranicznie we mnie, umartwiała się i podejmowała niezwykły trud wychowania poświęcając w 100% dla mnie całe swoje ostatnie 25 lat życia? No mogłem to powiedzieć, bo przecież to była prawda. Zapłakana rodzina i przyjaciele z pewnością przyjęliby z entuzjazmem te wzniosłe słowa pełne samolubnego umartwienia. Ale ja powiedziałem coś innego. Coś, o czym pamiętam każdego dnia, gdy wstaję rano i gdy kładę się spać. Brzmi tanio, ale tak jest. Powiedziałem, że będę kontynuował jej dzieło i przekazywał jej myśl dalej. Ludzie popatrzyli na siebie myśląc pewnie, że z tego smutku i żalu coś bredzę, ale gdy dziś rano obudziłem się obok Marty, mały Zyzio złapał mnie za policzki, a chwilę później ze swojego pokoju przyczłapał do nas nieco większy Miecio z pytaniem, czy może oglądać baję pomyślałem, że, jak to się teraz mówi w marketingu, dowiozłem. Bo dziełem mojej Mamy i jej myślą byłem ja i moje szczęście oraz powodzenie w życiu. Starając się przez ostatnie dziesięć lat, walcząc o swoje szczęście, pilnując siebie i swojej dość dynamicznej natury, niczego nie spierdoliłem, a wiele zbudowałem. I wiecie co? Jest tylko jedna rzecz, której tak po plebejsku żałuję. To jest samolubne, ale kto nie lubi być doceniony i pochwalony. Żałuję, że Mama tego nie widzi. To jest ta ogromna wada bycia człowiekiem niewierzącym. Ale widzą to inni, a tym samym dobra pamięć o mojej Mamie jest niezagrożona.

Zawsze powtarzam, że są dwa wzniosłe momenty w życiu człowieka. To poród i śmierć. O ile wspaniale patrzeć na szczęście ludzi cieszących się z narodzin dziecka, bo z tymi emocjami większość z nich wspaniale sobie radzi, o tyle przykro niekiedy patrzeć na to, jak ludzie niegodnie zachowują się w związku z czyimś odejściem. Tak często podciągane są pod to górnolotne hasła: „nie pozwólmy mu odejść”, „będziemy walczyć do końca” i tak dalej. Nie na tym polega szacunek do człowieka i godna śmierć. Jesteśmy w tym niezwykle podli i samolubni. Wyobrażacie sobie powstrzymywanie prawidłowej ciąży od porodu, bo rodzice chcą jeszcze pobyć sami? To teraz wyobraźcie sobie to samo tylko w drugą stronę. Sztuczne podtrzymywanie kogoś przy życiu tylko po to, żeby jego bliscy mogli sobie z nim jeszcze pobyć.

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x