Facet z rozbitej rodziny

Na początku nie było mowy o związku do grobowej deski. W sumie nie rozmawialiśmy o niej przez długi czas naszego związku. Liczyła się przede wszystkim wolność. Wolność przez duże „W” i niezależność przez jeszcze większe „N”.

Każda próba nazwania i zdefiniowania tego, co nas łączyło, kończyła się ucieczką. Uciekał albo w żart albo w zupełnie inny temat. Nie było mi z tym dobrze, ale serce kochało tak mocno, że choć zdrowy rozsądek nakazywał wycofać się z tego galimatiasu, to ja dalej w to szłam. Mimo, że nie było większych szans na ślub.

Argumenty powtarzane jak mantra zawsze były te same: że małżeństwo to przestarzała instytucja, że taki układ nie działa i że na dłuższą metę nie ma sensu wiązać się tak oficjalnie. Miłość powinna nam wystarczyć. A jako przykład zawsze słyszałam historię jego rodziców, którzy tyle lat byli razem, a po ślubie wszystko się posypało.

I tak oto tkwiłam w związku pozornie bez przyszłości. Piszę pozornie, bo często okazuje się, że nie znając innego modelu życia tkwimy w przekonaniu, że to czego doświadczyliśmy na własnej skórze, jest jedynym i słusznym rozwiązaniem.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne Święta. Zabrałam go do mojego rodzinnego domu. Tuż przed nasłuchałam się cynicznych wypowiedzi na temat tego, że rodzinne święta są przereklamowane. Mimo to wybłagałam. Pojechał.

Wigilia w tak dużym gronie nieco go ogłupiła. Siedział zdezorientowany przy tym stole i starał się przetwarzać napływające ze wszystkich stron bodźce. Było ich zdecydowanie za dużo. Zaczął się wycofywać. Zamilkł.

Pierwszego dnia świąt z pana „ja wszystko wiem najlepiej” zamienił się w cichego obserwatora. Przyglądał się bacznie relacjom dotąd mu nieznanym. W pamięci mam jedną scenę. Siedzimy na podłodze w salonie i gramy w planszówkę. Sytuacja jakich wiele w czasie świąt w moim domu. Moja mama siedzi przytulona do taty. On patrzy na nich jak wół w malowane wrota. Patrzy wręcz niedyskretnie. Gra przestaje mieć mieć znaczenie. Co znamienne, on po raz pierwszy przegrywa w tę grę z kretesem. Po kolacji rozchodzimy się do sypialni. Zmęczeni padamy na łóżko, a on pyta mnie jak to jest, że ludzie tyle lat mają ochotę się do siebie przytulać? Zupełnie nie potrafiłam mu odpowiedzieć na to pytanie. Bo argumenty o miłości nigdy do niego nie docierały.

Tamte święta zmieniły wszystko. Wróciliśmy do Warszawy, a ja poczułam, że Piotruś Pan zamienił się w mojego przyszłego męża. Gotowego na miłość do grobowej deski. Póżniej jeszcze wiele wody w Wiśle musiało upłynąć, by myśl o jednej miłości do końca życia ułożyła się w głowie. By znalazła swoje miejsce w niezależnym świecie faceta z rozbitej rodziny.

facet z rozbitej rodziny




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x