Czarny poniedziałek

Jak przystało na prawdziwy czarny poniedziałek, musiała go poprzedzać niedziela w bardziej optymistycznym kolorze. Najlepiej żeby była zielona, bo zielony to kolor nadziei, a jak wiadomo nadzieja jest rodzicielką głupich. A że ja, w zieloną niedzielę z nadzieją byłam za pan brat, to tym bardziej należał mi się czarny poniedziałek.

Wizyta została ustalona na godzinę 17.30 w poniedziałek – jeszcze wtedy nie wiedziałam, że będzie on czarny więc moja czujność spała mocno, niczym stary niedźwiedź z dziecięcej wyliczanki. Cały dzień zastanawiałam się, kiedy w końcu zacznę czuć się dobrze, miną mi poranne mdłości, przestanę rzygać do śmietnika na przystanku w drodze do pracy i wszystko wróci do pozornej normy. Pozornej, ponieważ za kilka miesięcy nasze poukładane i bardzo wygodne życie miało zostać wstrząśnięte i wymieszane. Wszystko jednak było naszym planem, misternie uknutym przy winie kilka miesięcy wcześniej. Nawet argumentację mieliśmy ku temu dość mocną – nasze życie przyspieszy, fajnie, że powstanie coś co będzie wynikiem mnożenia nas obojga. Wszystko byłoby wspaniale gdyby nie czarny poniedziałek… Dobiegał końca trzeci miesiąc i wszystko co uprzykrzało mi życie w ostatnim czasie miało minąć jak ręką odjął. Już za chwilę. Czekałam na to odliczając dni godziny i minuty.

Na początku krótki wywiad: „czy często oddaje pani mocz, czy sypia pani dobrze? Wymiotuje pani? Robi się pani słabo? Tak? Wie pani, my lubimy takie objawy.” – usłyszałam. Z racji tego, że wszystkie wyżej wymienione objawy od dłuższego czasu uprzykrzały mi życie, z dnia na dzień przybierając na sile, pan doktor stwierdził, że to idealny moment by ustalić datę, która miała zmienić wszystko. Termin noworoczny uruchomił w mojej głowie lawinę wyobrażeń. Widziałam jak poprzez śniegi, ubrana w małą „małą czarną” uszytą ze spadochronu, pędzę do szpitala przy akompaniamencie fajerwerków wybuchających tu i tam. Widziałam też siebie w wersji wielorybiej: siedzącą przy stole wigilijnym, namiętnie zajadającą śledzie w śmietanie i ochoczo popijającą je kompotem z suszonych śliwek.

Pozostała nam tylko jedna kwestia, która tego dnia miała być wisienką na torcie, nagrodą za wszystkie męki ostatnich tygodni. Mieliśmy zobaczyć TO! Z Internetu i od Ciężarówek z mojego najbliższego otoczenia wiedziałam, że będzie już miało swoją własną głowę, nogi i małe rączki. Oznaczało to spory progres w porównaniu do pierwszego badania kiedy to zobaczyliśmy coś przypominającego plamę na ekranie z migoczącym elementem w centrum. To było serce. Serce, którego zabrakło przy badaniu w czarny poniedziałek. Tak jak obiecały Ciężarówki i wujek Google zobaczyliśmy rączki, były też nożki, głowy też nie można było nie zauważyć – takiej nie powstydziłby się sam E.T. Daliśmy się nawet nabrać przez pierwszą sekundę, wydając z siebie okrzyki zachwytu i radości. Ale już w drugiej sekundzie obydwoje zauważyliśmy to czego ukryć się nie dało.

Doktor stwierdził, że serce nie bije od kilku dni. W głowie milion myśli na sekundę, a wśród nich jedno wiodące pytanie: DLACZEGO? Nigdy nie byłam zabobonna i w głos śmiałam się z przesądów dotyczących ciąży. Tych o jedzeniu malin, o farbowaniu włosów, używaniu tuszu do rzęs i przechodzeniu pod drabiną.
Teraz wszystkie dźwięczały mi w uszach niczym kawałek disco polo, który wpada w ucho gdzieś na imprezie, na której ona tańczy dla niego i pozostaje w głowie przez cały Weekend. Kolejne słowa przebijające się przez natłok myśli to: „ proszę nie szukać przyczyny”, ”to jest selekcja naturalna”, „ już za kilka miesięcy będą państwo mogli znów zacząć się starać”, „to zdarza się bardzo często, pani przypadek nie jest odosobniony” – jak by to miało dla mnie jakieś znaczenie! Na koniec moje ulubione „musi być pani teraz silna”. Gówno prawda! Jestem wojującą przeciwniczką babcinych porzekadeł typu „ padłeś? powstań”, „co cię nie zabije to cię wzmocni”, „nic nie dzieje się bez przyczyny” .Wiadomo – przysłowia są mądrością narodu, ale ja mam to naprawdę gdzieś.

[quote]Szacuje się, że poronienie dotyka około 20% kobiet. Realnie zjawisko to może dotyczyć nawet 40 – 50% kobiet.[/quote]

Padłam – to sobie teraz poleżę, tak o! Mam na to ogromną ochotę. Dajcie mi święty spokój. I błagam na litość boską nie pytajcie mnie jak się czuję bo to najbardziej nietaktowne pytanie z całej puli możliwych. Że też byłam tak naiwna, a moja czujność była na tyle uśpiona, że nie brałam pod uwagę takiego scenariusza. Mało tego – byłam tak bezczelna, że pozwalałam sobie na dywagacje w głowie jaką decyzję podejmę jeśli podczas badania zostanie wykryta jakaś wada wrodzona. Miałam gotowe wszystkie scenariusze możliwych zdarzeń ale nie taki… A przecież to zdarza się naprawdę często.

Szacuje się, że poronienie dotyka około 20% kobiet. Realnie zjawisko to może dotyczyć nawet 40 – 50% kobiet. Skąd te różnice w statystykach? Wiele z nich zanim zorientuje się, że jest w ciąży już ją traci a dolegliwości bólowe i krwawienie przypisuje miesiączce. Informacje o tym, że czyjaś siostra, szwagierka mama czy koleżanka z pracy miała tak samo, na początku niewiele mi pomogły. Kiedy jednak emocje już opadły i rozsądek doszedł do głosu, nie czuję się tą sytuacją naznaczona ani w niej odosobniona. Nawet w dniu zabiegu poznałam dwie inne dziewczyny, z historią podobną do mojej.

W dalszym ciągu uważam jednak, że porzekadło mówiące „nic nie dzieje się bez przyczyny” można sobie wsadzić miedzy bajki. Bo pomimo, że od tej sytuacji minęło już trochę czasu to w dalszym ciągu nie widzę w niej sensu. Nie widzę sensu we wszystkich tych dniach kiedy czułam się fatalnie i miałam ochotę zarzygać cały świat, we wszystkich nieprzespanych nocach i w złym samopoczuciu. Wiem też, że przy kolejnym podejściu nie będzie już tak beztrosko. Dobrze znam siebie i wiem, że ciężko będzie mi cieszyć się z kolejnej ciąży, by nie zepsuć wszystkiego znów i nie zapeszyć (a podobno nie jestem zabobonna). Tak żeby czarny poniedziałek już się nie powtórzył.

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x