Przyjaźń – zjawisko w liczbie pojedynczej

Po tak zwanych PPŚiach ( przyp. red. Problemy Pierwszego Świata), na ekranie pojawia się Kasia Nosowska. Rzadko bywa w programach śniadaniowych, by nie powiedzieć, że nie bywa w nich w ogóle. Opowiada o nowym projekcie muzycznym. Rozmowa schodzi na tematy życiowe no bo przecież prowadzących średnio interesuje to, o czym i dlaczego pani Kasia śpiewa. Bardziej ciekawe jest to, co jadła na śniadanie ile teraz waży i co jej syn ma na koniec roku z matmy. Schodzi na tematy przyjaźni.  Pada pytanie z kategorii tych głupich i nieprzemyślanych: A ty Kasiu, ilu masz przyjaciół? Nosowska na początku jakby zamiera i czeka na uśmiech pytającego ciągle licząc, że pytanie jest marnym żartem. Jednak nie. Okazuje się, że pytanie jest całkiem serio, i teraz ona, Katarzyna Nosowska musi je udźwignąć i serio na nie odpowiedzieć.

Zatem zabiera się do odpowiedzi kunsztownie dobierając słowa i dając pytającym do zrozumienia, że to pytanie było na serio nieprzemyślane. Odpowiada więc, że wzdryga ją i ma ciarki na plecach kiedy zewsząd słyszy słowa w stylu: moi przyjaciele, mam wielu przyjaciół, dorobiłem się w życiu licznego grona najlepszych przyjaciół. I ja już wiem co ona dalej chce powiedzieć. Ale prócz tego, że ja to wiem, zaczynam też kumać, o co z tą przyjaźnią prawdziwą chodzi. Po 30 latach i paru słowach Katarzyny Nosowskiej w telewizji śniadaniowej zrozumiałam na czym polega najprawdziwsza przyjaźń. Nosowska dalej rozwija myśl i z jej wrodzoną, patologiczną wręcz skromnością mówi, że ona w swoim życiu raz jeden dostąpiła zaszczytu posiadania przyjaciela. A dokładnie cały czas dostępuje tego zaszczytu. Bo przyjaźń drodzy widzowie to poważna sprawa jest. I jak by ją rozbić na części pierwsze, to niewiele relacji w naszym otoczeniu zasługuje na to miano.

Ja sama do momentu wysłuchania Nosowskiej żyłam z kompleksem braku przyjaciół. Takich obustronnych. Że ja o kimś mówię, że to jest mój przyjaciel i ta osoba o mnie może powiedzieć to samo. I tak trochę krygując się kiedy ktoś pytał mnie o przyjaciół wyliczałam na palcach, ale do trzech było ciężko się doliczyć. Poza tym zawsze popadałam w wątpliwość, czy druga strona powiedziałaby o mnie to samo i czy wymieniłaby mnie na swojej „checkliście” przyjaźni.

I nagle jak grom z jasnego nieba dotarło do mnie, że mam jednego przyjaciela. I to nie od dziecka ani też nie od podstawówki. Nie znamy się nawet 10 lat. Moim najlepszym przyjacielem jest mój własny mąż. I często kiedy wypowiadam tę deklarację głośno widzę te spojrzenia pełne niedowierzania. Bo przecież najpewniej jest tak, że mylę miłość i przywiązanie z przyjaźnią. Poza tym małżeństwo z tak krótkim stażem? Ciekawe jak będzie za kolejne 8 lat.

Mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem. To do niego dzwonie w pierwszej kolejności ze złymi i dobrymi nowinami. To z nim potrafię przegadać pół nocy plotkując o świecie. To z nim wpadam na najciekawsze pomysły, które później razem wdrażamy w życie. To on doradza przy zakupie nowej sukienki i przy zmianie pracy. Nie mogę z nim tylko zrobić jednej rzeczy – obgadać własnego chłopa. 🙂

Przewartościowałam sobie pojęcie przyjaźni i dziś wiem, że mam grono świetnych znajomych i jednego przyjaciela z prawdziwego zdarzenia. Jestem prawdziwą szczęściarą. Nie potrzeba mi więcej.

przyjaźń




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x