Mój przepis na życie we dwoje vol. 1 – Przyjaźń

W pierwszym wpisie dowiadujemy się jak SuperStylerzy się poznali i jakie życie wiódł kawaler Jan. Okazuje się, że Jan jest psem i wkurwia byłe chytrym sposobem. Tymczasem do miasta przybywa Mazurska Bogini, która zostaje właścicielem i przyjacielem Jana.

Wyszedłem z Le Melangu przewietrzyć się, czyli na szluga. Nie pamiętam już czy był weekend czy środek tygodnia. Dla mnie impreza trwała całe studia i jeszcze trochę, więc nie wprowadzałem sztucznych podziałów na czas pracy i czas wytchnienia. – Ciekawe co tam w Kociarni? – pomyślałem. Nazwa jest tak chujowa, że już na wstępie proszę was o wybaczenie. Wymawiam ją i czuję zażenowanie. Ale nie ja ją wymyśliłem – tyle na moją obronę. Wbijam do tej Kociarni, dwa i pół promila lekką ręką na budziku, a tam ona. Tak to ponoć mniej więcej wyglądało, o ile mogę ufać Marcie i moim kolegom.

Następnego dnia budzę się z kacem. Nie jakimś znowu strasznym. Po 12 browarach i 6 szotach nie ma się znowu takiego kaca, żeby nie wstać na 7:30 na zajęcia, o ile nie piło się dłużej niż do 4 rano. Na kompie szybkie logowanko na Grono – protoplastę Facebooka. SuperStyler nie robi w gimbie jak to bywa chociażby z Youtuberami, tylko w starszym towarzystwie, dlatego Grona z pewnością przedstawiać wam nie muszę. Gdy ten serwis święcił triumfy, większość z was już dawno nie miała pieluchy.
„Nowe zaproszenie do grona znajomych” – czytam. Pewnie znowu jakiś bej, któremu zwierzyłem się po pijaku z połowy mojego życia, a do tego wytłumaczyłem przy kilku kolejkach różnice pomiędzy dobrem i złem, i dlaczego zło tkwi w jego byłej, a on jest oczywiście emanacją dobra, za co ten bej mnie pokochał. Klikam i jednak nie. Żaden bej tylko w sumie nienajgorsza laska. Szału może nie ma, ale też nie jest jakoś źle. Powiedzieć sobie trzeba uczciwie, że w sumie bywało i o wiele gorzej. W typie jaki lubię, choć za cholerę jej nie kojarzę. Moje skacowane, dobre serce daje 4 na 5 (-1 za cycki poniżej rozmiaru D) i przyjmuje do grona znajomych. Nie znam co prawda typiary, ale niech chociaż wkurwia byłe. Jak się ma dwadzieścia kilka lat człowiek nie zna litości dla dziewczyn, które go niecnie porzuciły, gdy sam był diamentem w delegacji na studenckich badaniach terenowych…

Wiele miesięcy czekałem nim znowu ją spotkałem. Dziękuję z góry za sugestię, że mogłem przecież zagadać na tym całym Gronie. Teraz i ja to wiem i wierzcie mi, że będę uczył moich synów, by wychodzić z inicjatywą i rozsyłać swoje CV wszędzie, gdzie będzie czekało niewieście serce (lub co innego) do zaopiekowania. Ja jednak miałem o sobie mniemanie jakbym był jakimś prestiżowym luksusem i postanowiłem wykorzystać efekt Veblena, o którym uczono mnie na studiach. Rezultat był taki, że teoria Veblena akurat w moim przypadku się nie sprawdziła i popyt się nie zwiększył, gdy podniosłem cenę, ale o tym, kiedy indziej. Wtedy prawdopodobnie jeszcze nie myślałam nawet o tym, jak zbudować szczęśliwy związek, czy o innych podobnych sprawach.

Pierwszy raz widzieliśmy się zimą. Kolejny raz szczęście uśmiechnęło się do mnie dopiero w październiku. Spotkałem ją znowu w jednym z pubów w Pawilonach na Nowym Świecie czyli tam gdzie wcześniej poznałem. Tym razem postanowiłem nie przegapić swojej szansy i sądząc po tym, że pisząc to zdanie jedną nogą bujam naszego drugiego syna w bujaczku, tej życiowej szansy nie przegapiłem. Mój przepis na życie okazał się skuteczny. We dwoje tworzymy szczęśliwy związek, którego podstawą jest prawdziwa przyjaźń.

Wiele cech Marty spowodowało, że nadal jesteśmy razem, że nam się wiedzie, że cały czas się kochamy i to coraz bardziej. Podstawową cechą mojej Żony jest fakt, że jest dobrym, wymagającym, ale i czułym właścicielem. Etapy naszego związku różnie przebiegały, ale ostatecznie nauczyliśmy się, jak zbudować szczęśliwy związek.

Czemu tak? Bo facet jest jak pies. Może nie każdy facet i nie jak każdy pies, ale przynajmniej ja tak mam. Zawsze potrzebowałem właściciela. 25 lat mego życia moim właścicielem była moja Mama. Po jej śmierci z miejsca tym właścicielem stała się Marta. A musicie wiedzieć, że bycie takim właścicielem to spora odpowiedzialność. Jako wierny pies bardzo poważnie podchodzę do relacji w naszym związku, bo chcę, żeby był przede wszystkim szczęśliwy.

Krnąbrne ze mnie psisko, ale też wierne i oddane. Moje życie potoczyło się tak, że mam w dupie wartości, które wielu ludzi uważa za kluczowe w swoim życiu. W dużej mierze olałem dalszą rodzinę, ponieważ stwierdziłem, że skoro w niczym mi nie pomaga, a tylko przysparza problemów, to zwyczajnie szkoda mi mojego życia. Inni zwracają uwagę na więzy krwi. Jasne – to ważne o ile w żyła płynie krew, a nie gówno. Cóż, mój przepis na życie inaczej wygląda.

Podobnie z przyjaciółmi. Na studiach miałem ich cały wianuszek wokół siebie, co biorąc pod uwagę, że byłem lokalnym KaOwcem, specjalnie trudne nie było. Dziś moim jedynym przyjacielem jest moja Żona. Jak słyszę, że ktoś ma wielu przyjaciół i wymienia ich kolejno jak obsadę Klanu, to bierze mnie na mdłości. Wszystko zależy od tego, jaka przyjacielska relacja cię interesuje. Być może przyjaciółmi nazywasz tych, których ja nazywam sąsiadem z bloku obok. Nie wiem. Moja filozofia w tym względzie bliska jest podejściu piosenkarki Katarzyny Nosowskiej, która twierdzi, że już posiadanie jednego przyjaciela w życiu to niesamowity zaszczyt, szczęście i wyjątkowe wyróżnienie. Ja tego przyjaciela mam i w dodatku z nim sypiam. A ostatnio ten przyjaciel urodził mi nawet dwójkę pięknych dzieci, także jak tu go nie kochać. Prawdziwa przyjaźń w szczęśliwym związku to coś, czego wszystkim Wam życzę.

Nasza przyjaźń wyklucza pewne zachowania typowe dla innych par, u których istnieje ścisły podział na męża i żonę, kobietę i mężczyznę. Chociażby domowe obowiązki. Z nich wszystkich ja tylko nie rodzę dzieci i nie karmię ich piersią. Poza tym wszystko inne jest wymieszane.

Nasza przyjaźń to szczerość. A szczerość to niestety nie tylko gra w otwarte karty, ale też ból i strach. Znam wiele związków, gdzie szczerości nie ma za grosz, ludzie mówią sobie to, co chcą usłyszeć, a za fasadą normalności nie ma niczego trwałego, co cementowałby związek i nie było dzieckiem lub kredytem. My staramy się dbać o relacje w naszym związku na bieżąco.

Ludzie nie lubią szczerości i ta nasza szczerość nie zawsze jest łatwa, ale za to nawet po największej burzy wychodzi Słońce, a powietrze jest świeże i pachnie ozonem, a nie wspominanym już wcześniej gównem. Moim zdaniem to dobry przepis na życie we dwoje.

Gdy byłem mały miałem obraz mojej ukochanej. Oczywiście była podobna do mojej Mamy. Krucha i silna jednocześnie. Inteligentna, mądra, ale też niezwykle emocjonalna. Twardo stąpająca po ziemi, choć z artystyczną duszą. I do tańca, i do różańca.

Plan na żonę marzeń udało mi się zrealizować w 100%, choć początki nie były łatwe, a wszelkie symptomy zwiastowały raczej katastrofę niźli sukces i powodzenie całej akcji.

Dziś wiem, że dostąpiłem najwyższej formy wtajemniczenia w związku, gdy ukochana osoba jest jednocześnie twoim przyjacielem. Pytanie czy Tobie też się to udało?

przyjaźń




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x