Polańscy vol. 1 – Chytra Baba od Balmaina

Jako że w mediach istnieje prymat wiadomości złych nad dobrymi, zaczynamy od tematu negatywnego. Przynajmniej tak go przedstawiają w mediach. Od wczoraj w sklepach H&M dostępna jest, a właściwie była, kolekcja Balmain dla H&M. Od wczoraj również Internet obiegają filmy, zdjęcia, artykuły i komentarze odnoszące się do gigantycznych kolejek pod sklepami, tłumów, bitwy o ubrania i akcesoria z tej kolekcji. Generalnie wydźwięk jest jeden – oto Chytra Baba z Radomia w wydaniu wielkomiejskim. Przygłupie Polaczki-Cebulaczki rzuciły się na metki. Żena, żałość, żal.pl…

 

Otóż moi drodzy: ja mówię NIE! Nie zgadzam się, że to było żałosne. Sam w tym nie uczestniczyłem i nigdy nie wziąłbym udziału, bo to nie moja parafia, nie cierpię kolejek i tak dalej. Rozumiem jednak, a nawet kibicuję ludziom, którzy stali przez całą noc, żeby coś dla siebie zdobyć. Czemu? Już tłumaczę.

W tego typu kolejkach stoją zasadniczo dwa typy ludzi: fani marki/branży, czyli w tym przypadku ludzie pasjonujący się mniej lub bardziej modą [nie oceniam ich profesjonalizmu – ważne, że moda to ich hobby, lubią ją, interesują się, albo po prostu chcą mieć taki ciuch, bo to markowe]. Tych pewnie było mniej. Byli tam, by kupić coś dla siebie. I typ drugi: drobni handlarze. Być może stylistki, które wyszarpują coś dla swoich klientek, być może obrotni sprzedawcy, którzy zhandlują to co kupią z niezłą przebitką na Allegro czy OLX.

Dla mnie obie te grupy są jak najbardziej pozytywne. Pierwsi chcą być modni, fajnie ubrani, poczuć się lepiej, mieć coś naprawdę markowego, pośród pospolitej szarzyzny z sieciówek. Chcą się wyróżnić, zaszpanować. Czy jest w tym coś złego? Dzień bez szpanu to dzień stracony. Polacy ubierają się jak wietnamscy poborowi – wszyscy tak samo. Na ulicach jest tak szaro [szczególnie jesienią i zimą], że od samego patrzenia można dostać depresji. Ludzie modni, stylowi, może czasem ubrani trochę w złym guście albo przerysowani, ale jednak starający się i dbający o swój wygląd, wprowadzają powiew świeżości do naszych „smutnych jak pi…da” miast. Że zabijają się nieomal dla zwykłych „szmat”? Cóż: de gustibus non disputandum est. Jeden będzie stał całą noc za biletami na koncert ulubionego zespołu, inny za ciuchami, jeszcze ktoś za nowym telefonem komórkowym. Nie dziwię się, że każdy jakoś wartościuje sobie te rzeczy i wybiera te, które są dla niego najważniejsze. Dziwię się, że próbuje narzucić swoje zdanie innym. Poza tym skąd wiadomo, czy taki strojniś prócz stania pół nocy pod sklepem w wolnych chwilach nie czytuje Heideggera i Jaspersa w oryginale, nie jest wolontariuszem w hospicjum i nie pomaga zwierzętom w schronisku? Skąd przeświadczenie, że ludzie zakochani w modzie [bądź co bądź, dość próżnej branży] to wypomadowane, puste, skupione na sobie półdebile o dziwnych przyruchach? Zupełnie jakby dla równowagi inteligenci mieli chodzić w podartych łachach i śmierdzieć na kilometr. Błędne, stereotypowe założenia!

Druga grupa, która tam się znalazła to ludzie przedsiębiorczy. Sterczą tam pół nocy tylko po to, żeby potem zarobić, pewnie nieopodatkowane, kilka PLNów. Po co? Zapewne na życie. Może na rachunki, może na jedzenie, może na ratę za mieszkanie, może dla dzieciaka na ferie, może żeby podreperować skromny, domowy budżet przed świętami. Nieważne. W przeciwieństwie do większości wykazują się czymś, co w naszym narodzie było przez lata PRLu skutecznie zabijane, ale na szczęście nigdy nie wyginęło. Wykazują się przedsiębiorczością! Prostą, mało wyrafinowaną, zgrzebną. Ale jednak. Krytykuje się ich za to, że potem wystawiają zakupione przedmioty z dwukrotną albo i większą przebitką na Allegro. I co w tym złego? To jest podstawa handlu. Kupić taniej – drożej sprzedać. Nikogo do zakupu nie zmuszają. Skoro jest popyt, to jest i podaż. Dziś stoją przez pół nocy pod sklepem dla drobnego zarobku. Jutro być może będą mieli własne, duże sklepy, firmy, dorobią się, osiągną sukces w biznesie. Takich przypadków – karier od bazaru do milionów, nie tylko w naszym kraju jest sporo. Kiedyś bazar był Różyckiego albo bazar na Stadionie. Dziś przeniósł się do sieci. Wkurza to, że sukienkę kupioną za 1300PLN wystawiają w sieci za 4500PLN? Popatrzmy na ceny dowolnego produktu u producenta, a potem kolejno u dystrybutora, w hurtowni i sklepie detalicznym. Zdziwimy się ile każdy pośrednik zarabia. Tylko na co dzień nie sprawdzamy takich informacji, więc nikogo dupa nie boli. A tu wiadomo ile co kosztowało i za ile wystawiono to w necie. Mieli wystawić taniej, niż kupili? Jak za drogo, to nie kupuj…

Chytra Baba z Radomia kradła napoje za kilka złotych z wigilii miejskiej dla najuboższych. Tu ludzie niczego nie kradli. Wręcz przeciwnie – wydawali sporą kasę jak na nasze, polskie warunki. To zasadnicza różnica. A po co to kupowali? Ich sprawa. Wykazali się jednak dużo większą aktywnością niż osoby pierdzące w stołek, piszące kąśliwe komentarze pod ich adresem i plujące na monitor z frustracji. Że wyglądało to tak jak wyglądało? Psychologia tłumu. Rywalizacja w najprostszej postaci. Nic nowego. Podniecanie się tymi wydarzeniami świadczy tylko o wąskich horyzontach – takie rzeczy dzieją się na całym świecie. Norma. Może nieco szokująca, ale norma.

Podsumowując: żyjcie i dajcie żyć innym.

kolejka Abercrombie&Fitch

Na koniec trzy historyjki prosto z życia:

Takie same kolejki, może nieco bardziej ogarnięte przez ochronę i z barierkami widziałem pod pierwszym, paryskim Abercrombie & Fitch, gdzie zwykła bluza z kapturem latała po 120 euro. Zarówno młodzież, jak i dorośli, ba – rodziny z dziećmi wynosiły zakupy całymi siatami. A stać trzeba było ponad godzinę. I było to 5 miesięcy po otwarciu tego sklepu! Jeżeli Paryż i Avenue des Champs-Élysées to high-life spieszę donieść, że i tam zagościła polska wiocha. A może to paryska wiocha zagościła u nas? Do rozważenia…

Pamiętam, jak dorabiając na studiach naprawiałem ludziom komputery. Kiedyś trafiłem na Ursynów do przemiłego, nieco już starszego pana, który razem z żoną opiekował się niepełnosprawnym, dorastającym synem. Pani miała etat. Pan i syn skromną rencinę. W domu nie starczało do pierwszego. W czasie rozmowy wyszło, że facet znał się fenomenalnie na grach komputerowych. Okazało się, że dorabia sobie wynajdując szczególnie łakome kąski dla graczy na CD, w wielkich koszach wyprzedażowych w hipermarketach w całej Warszawie. Kupował je po kilka złotych i sprzedawał z kilkuset procentowym przebiciem w Internecie. Dzięki temu był w stanie spiąć domowy budżet. Może dla niektórych byłby żałosny jeżdżąc tak po hipermarketach, nurkując w tych koszach żeby zarobić parę złotych. Dla mnie to wzór zaradności i prawdziwy bohater w swoim domu.

10 kwietnia 2010 roku miała miejsce katastrofa Smoleńska. Spokojnie, tatuś dziś nie o tym. Mieszkaliśmy wtedy z Martą w Śródmieściu, tuż przy Nowym Świecie i widzieliśmy to, co się tam działo na własne oczy. Pod wieczór tłumy poruszonych warszawiaków ruszyły na Krakowskie Przedmieście pod Pałac Prezydencki. Tuż przy rondzie de Gaullea, pod Empikiem Megastore na trasie tego tłumu momentalnie [reakcja w ciągu kilku godzin od katastrofy] rozstawili się sprzedawcy ze… zniczami.

Polak potrafi, a wolny rynek nie bierze jeńców…

P.S. Różowa, świecąca kiecka z tej kolekcji jest epicka! Kupię bez ceny minimalnej dla Mojej Pani. Tylko poważne oferty. 🙂




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x