Bye bye boyfriend

Później, kiedy przychodzi refleksja, zaraz po tym jak emocje opadną, a rozum dogoni ten cały potok wypowiedzianych chwilę wcześniej słów i wykonanych gestów, robi się tak jakoś nieswojo. I przychodzi myśl, że może to nie miało większego sensu… Ale żeby się do tego przyznać głośno? Co to, to nie! Do tego się baba nie posunie.

I tak oto ja, głupia baba ubzdurałam sobie, że kupię modne ostatnimi czasy boyfriendy. Wszędzie piszą, że to model spodni, który wiele wybacza jeśli chodzi o figurę. Poza tym jest ponadczasowy i wielowymiarowy, bo to i do szpilek można ubrać, a i z kaloszami wygląda nienajgorszej.

Pognałam do galerii handlowej, najbliższej memu miejscu zamieszkania, wszak pragnienia należy spełniać od razu. Z niespełnionych pragnień rodzą się przecież frustracje. A skoro już przy nich jesteśmy: pierwsza pojawiła się już po wejściu do amerykańskiej jeansowej sieciówki. Wymyśliłam sobie bowiem, że pragnę boyfriendów z wysokim stanem. Dokładnie takich, jakie nosiła cała obsada Beverly Hills 90210. Uprzejmy pan sprzedawca, bardzo uprzejmie poinformował, że albo boyfriendy albo spodnie z wysokim stanem, i że wymyślonego przeze mnie miksu nie mają w ofercie. Zatem postanowiłam przymierzyć obydwa modele. Pomyślałam, że jeśli w obu będę wyglądać nieziemsko i mój mąż zobaczy jaka ze mnie dżaga, to pogna z dwoma parami do kasy nie bacząc na metki.

Na pierwszy plan poszły te z wysokim stanem. Efekt kiszki ziemniaczanej we flaczku zupełnie mnie nie przekonał. Mąż panicznie szukając w głowie jakiegoś komplementu, a uwierzcie mi, nie miał chłopak ułatwionego zadania, w końcu wykrztusił, że „wyglądam apetycznie”… Jak na kiszkę ziemniaczaną przystało.

Spodnie z wysokim stanem okazały się niezbyt dobrym wyborem w kontekście mojej figury. Nie zmartwiło mnie to ani trochę, wszak przede mną było najlepsze, czyli mierzenie boyfriendów. Cena zaporowa, bo ponad cztery stówy za dwie nogawki i rozporek, ale pomyślałam, że należy mi się. Mam dziecko, chodzę do pracy, jestem na co dzień bardzo zajęta, często gonię własny ogon. A poza tym po prostu jestem tego warta!

No i zaczęło się! Tak sobie teraz myślę, że największy szok i zniesmaczenie przeżyłam mierząc pierwszą parę. Później wzrok nieco się oswoił. Ewidentnie coś było nie tak. Po ubraniu, tych jakże modnych spodni  z moich 170 cm zrobiło się niewiele ponad 140. Przynajmniej tak to wyglądało w lustrze. Przymierzyłam jeszcze takie z dziurami i jeszcze inne z przetarciami. W każdych kolejnych było ciut gorzej niż w poprzednich. Wybiegłam ze sklepu jak poparzona, kupując przy okazji dwa oversizowe t-shirty. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Może powinnam je zmierzyć jeszcze raz? Spojrzeć na nie z dalszej perspektywy, z przymrużonymi oczami. A co jeśli światło w przymierzalni zakłamało obraz? Kochany małżonek zaproponował byśmy wrócili tam żeby przymierzyć te całe boyfriendy ponownie. Bardzo mi się ten pomysł spodobał. Wróciliśmy. Pan sprzedawca był tak miły, że nawet zapamiętał mój rozmiar. Wzięłam cztery różne pary i zamknęłam się w przymierzalni. Mąż z nudów też coś zaczął mierzyć i zanim ja wyszłam z przmierzalni on już przejeżdżał kartą po terminalu płacąc za kultowe 501. Pomyślałam, że to super, że sobie je kupił, bo przecież zaraz i ja wyjdę z podobną parą pod pachą. Przez moment miałam nawet wrażenie, że spodnie, które mierzyłam pół godziny wcześniej teraz leżą na mnie trochę lepiej. Mąż wpadł na pomysł, że zrobi mi zdjęcia we wszystkich tych spodniach, a ja wybiorę sobie te, w których wyglądam najlepiej. Nie od dziś wiadomo, że lustra w sklepach wyszczuplają. No i to był gwóźdź do trumny. To co zobaczyłam na wyświetlaczu telefonu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jest jedno słowo, które oddaje klimat tamtej chwili: M.A.S.A.K.R.A. Wyszłam ze sklepu zupełnie zrezygnowana. Po drodze biadoliłam, że nigdy więcej nie pójdę już na trening, bo po co? I tak jestem grubasem z ogromnymi udami i tłustymi kostkami. Że nie chce już prowadzić tego bloga, a już na pewno nie pokażę na nim siebie, bo to wstyd i żenada. Po powrocie do domu było jeszcze gorzej. Zaczęłam upatrywać źródła całego niepowodzenia w tym, jak wyglądają moje nogi. Cała ta sytuacja zaczęła przybierać tak absurdalny wymiar, że nawet ja sama, głupia baba, złapałam się za metaforyczne ramiona i potrząsnęłam sobą solidnie.

Serio? My ciągle o tych boyfriendach? To ciągle jeden i ten sam temat od ponad 4 godzin? Babo czy ty nie masz większych problemów w życiu? I tak o to wyszłam z siebie, stanęłam obok i zrobiło mi się strasznie głupio. Brak dystansu do sytuacji zaczęłam nadrabiać głupią miną. Trochę jeszcze powalczyłam o moje absurdalnie głupie argumenty. Dziś rano wstałam, a mąż pokazał mi na komputerze efekty naszej wczorajszej sesji zdjęciowej. Bez boyfriendów, za to w czarnych legginsach. Czy wyglądam w nich perfekcyjnie? Nie! Czy dziś mnie to przejmuje? Też nie! Czasami tylko PMS i babska natura mącą mi w głowie.

wełniana tunika

wełniana tunika

wełniana tunikawełniana tunikawełniana tunikawełniana tunikawełniana tunikawełniana tunikawełniana tunika




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x