Wyboista droga mleczna cz.3

Powrót do domu był słodko-gorzki. Z jednej strony szalałam ze szczęścia, że w końcu zobaczę Miecia, a z drugiej strony serce mi pękało z tęsknoty za małym Zyziem. Dość powiedzieć, że ledwo wróciłam do domu ze szpitala, zdążyłam odciągnąć pokarm i znów jechałam w te pędy do szpitala. Miecia jeszcze wtedy nie było w domu, był w żłobku. Mieliśmy się spotkać dopiero wieczorem.

„Mamo, asiam!”

Janek  przyjechał po mnie do szpitala. Jeszcze chwilę pobyliśmy we trójkę. To był ten dzień kiedy po raz pierwszy przystawiłam Zyzia do piersi i zjadł cale 32 mililitry pokarmu. Mojemu szczęściu nie było końca. Pożegnaliśmy się z synkiem i wracaliśmy do domu. Tam czekał na nas Miecio z babcią. Stęskniony starszak, którego nie widziałam tydzień. Wysiadłam z auta zestresowana tak, że prawie słyszałam łopotanie mojego serca w klatce piersiowej. Przed wejściem do domu powiedziałam do Janka: „Zrobię wszystko, żeby się nie wzruszyć. Nie chcę dodatkowo stresować Miecia.” Po tych słowach otworzyłam drzwi do mieszkania, a łzy popłynęły same. Prawdę mówiąc ryczałam jak bóbr. Miecio mocno mnie przytulił. po czym chwycił mnie swoimi małymi rączkami za policzki i zdezorientowany powiedział: „Mamo, asiam!”, co w jego języku oznacza: „Mamo, przepraszam!” Do dziś jak to wspominam mam łzy w oczach.

Miecio do końca dnia nie odstępował mnie na krok. Był bardzo szczęśliwy i spokojny…

Budzik dzwoni, płaczu brak

Byłam bardzo zmotywowana do tego, by utrzymać laktację do czasu, kiedy Zyzio wróci do domu. Wiedziałam, że później będzie lepiej, bo będę miała swojego szkraba przy sobie i że wtedy o motywację do karmienia piersią nie będę musiała się martwić. Zakładałam jednak, że Zyzio wróci lada dzień do domu. Ale nasz mały synek co zrobił trzy kroki do przodu, to za chwilę robił pięć w tył. Już zjadał ładnie z butelki, a później znów ulewał i był podłączony do sondy. Moje zniecierpliwienie było widać na odległość. Przebierałam nogami w miejscu czekając na magiczne: wychodzicie do domu. To jednak nie następowało. Pewnego dnia, po kolejnym ważeniu kiedy okazało się, że Zyzio znów ubywa na wadze, położna powiedziała mi, żeby nastawić się że synek wróci do domu w dniu terminowego porodu. Był nasty grudnia, a ja usłyszałam, że moje dziecko wyjdzie ze szpitala 30 stycznia. Karmienie piersią w dłuższej perspektywie zaczęło być czymś nierealnym. Dzwoniący co trzy godziny budzik dołował. Patrzyłam na puste łóżeczko o 3 w nocy i słysząc buczenie laktatora zamiast płaczu Zyzia chciało mi się wyć do Księżyca…

Znów pokarmu coraz mniej… Jak więc pobudzić laktację

Na efekty długo nie trzeba było czekać. Pokarm znów zaczął zanikać, jakby miało dojść do jego braku. Z odciągania na odciąganie pokarmu było pokarmugocoraz mniej. I znów z pomocą przyszedł Femaltiker – środek na pobudzenie laktacji. Janek dzielnie przygotowywał mi ten napój ze słodem jęczmiennym, który miał wpłynąć wystarczająco na mój organizm. W pewnym momencie już sam jego słodkawy smak działał na mnie kojąco. Miałam poczucie, że pijąc to, robię wszystko by móc karmić mojego synka. Piszę o tym i tak mocno podkreślam ponieważ wiem, że czytają to mamy, które borykają się z problemami laktacyjnymi.  Szczerze polecam wam ten preparat, bo to łatwy sposób na pobudzenie laktacji. W ostatnim artykule pisałam Wam nawet o badaniach klinicznych udowadniających działanie tego preparatu. Mało tego – do dziś piję Femaltiker. Na przykład w ten weekend kiedy Zyzio z racji przeziębienia jadł słabiej, a ja bałam się, że to wpłynie na ilość pokarmu, profilaktycznie wypijałam dwie saszetki dziennie. Warto go mieć w apteczce przez cały okres karmienia piersią.

Mikołaj się postarał

Kolejne dni to było totalne szaleństwo. Starałam się jeździć do Zyzia jak najczęściej. W międzyczasie moja mama wróciła do swojego domu, więc zostaliśmy sami, zdani tylko na siebie. Mój dzień sprowadzał się do odciągania pokarmu, jeżdżenia do szpitala i spędzania czasu z Mieciem. W czwartek przed Świętami na oddziale Zyzia czuć było tajemnicę w powietrzu. Nikt nie chciał mi powiedzieć o co chodzi, ale ja czułam, że coś jest na rzeczy. Na szczęście Zyzio jadł coraz lepiej. Wieczorem położna zapytała mnie zupełnie niezobowiązująco: „Pani Marto, mam teoretyczne pytanie: a jeśli dostałaby pani dziecko na Święta do domu, to poradzi sobie pani? Ma pani wszystko gotowe w domu do przyjęcia malucha?”  Odpowiedziałam twierdząco. Po czym zamknęłam się w łazience i zadzwoniłam do Janka by drżącym głosem sprzedać mu niusa: „Ty! Oni chyba chcą nam zrobić najlepszy prezent na święta!”

W piątek, jak co dzień, pojechałam rano do szpitala. W drzwiach powitała mnie położna: „Pani zostaje dziś z nami na cały dzień. Musi nam pani pokazać, że umie się zajmować dzieckiem i że daje Pani radę z karmieniem.” Cała zestresowana przystawiłam Zyzia do piersi i od razu sukces: 60 mililitrów w 7 minut! Kryzys laktacyjny chyba zażegnany! Kolejne godziny minęły jak szalone, ale wieczorem nikt mi nic nie powiedział, a ja tak  bardzo czekałam na informację o tym, że jutro wyjdziemy do domu.

Byłam zniecierpliwiona. W Wigilię rano zadzwoniłam do szpitala żeby zapytać czy wszystko gra. Pani doktor, która tego dnia była na dyżurze, powiedziała tylko: „Właśnie kończę wypis. Proszę przyjechać po synka. A i jeszcze jedno: Wesołych Świąt.”

Coś jest nie tak z tym łóżeczkiem

To było najszybsze pakowanie torby do szpitala. 🙂 Co ważne w całej tej historii: moi rodzice postanowili przyjechać do nas na Święta i właśnie byli w drodze. Chcieli przyjechać głównie po to, byśmy my z Jankiem mogli wieczorem razem pojechać do Zyzia, do szpitala (nie mogliśmy ze sobą zabrać Miecia). Mój brat przyjechał dzień wcześniej. Postanowiliśmy zrobić im niespodziankę i nic nie mówić o powrocie Zyzia do domu.

Wypis przebiegł sprawnie. W ciągu godziny byliśmy w domu. Miecio jeszcze smacznie spał pod opieką wujka „Atima” (czyt. Marcina ;)). Obudziłam go z Zyziem na rękach. Miecio zareagował tak, jakby od dawna czekał na Zyzia. Jego pojawienie się zrobiło na nim wrażenie, ale nie czułam by było zaskoczeniem. Trochę bał się go pocałować, ale było widać szczęście i ekscytację w jego oczach. A to zdjęcie z pierwszego spotkania braci.

Rozpakowaliśmy się, nakarmiłam Zyzia piersią, a on od razu zjadł zalecaną porcję (mamy wagę noworodkową i możemy sprawdzać ile Zyzio zjada za każdym razem z piersi). Dopiero wtedy poczułam, że z całym tym karmieniem piersią jestem już w domu, że teraz dam radę i nie będzie problemu z małą ilością pokarmu! Pozostało jeszcze tylko zrobić niespodziankę dziadkom.

Moja mama zadzwoniła by wyjść na parking i pomóc im zabrać bagaże do domu. Janek czynił honory Pana Domu. Przywitał się z rodzicami, a mama od razu zapytała co u Zyzia. „Średnio, znów słabo je. Byliśmy u niego rano. Przed końcem stycznia chyba nie wyjdzie.” – odpowiedział zdawkowo Jan. „-Ale wiesz co mama? Mam inny problem. Coś jest nie tak z tym łóżeczkiem, które razem skręcaliśmy. Chyba brakuje jakiegoś elementu. Zresztą sama zaraz zobaczysz.” – dodał. Przyprowadził rodziców do domu i jeszcze w płaszczu zaciągnął moją mamę do sypialni. „-Sama zobacz, coś jest nie tak z tym łóżeczkiem.”

Pewnie nie muszę wam pisać, że wzruszeniu moich rodziców nie było końca.
To były najpiękniejsze i najbardziej magiczne Święta w naszym życiu. A Wigilia zamknęła najbardziej stresujący czas w naszym życiu. Ja miałam masę energii i chęci do życia. Czułam się jak nowonarodzona…

karmienie piersią

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x