Wyboista droga mleczna cz.2

Nazajutrz rano po obchodzie wpadła do mnie Nicole. To był ten moment, w którym znów odciągałam pokarm. Była godzina dziewiąta. Nicole widząc moje zmagania i ich efekt powiedziała tylko: „Boże, przypomina mi się dokładnie moja walka o pokarm w piersiach. Średnio to wspominam.”

Pomocna dłoń, czyli jak pobudzić laktację

To był poniedziałek, za oknem była ładna pogoda. Pierwszy raz odkąd odeszły mi wody, za oknem świeciło słońce. Może to niuans, ale wtedy każdy taki drobiazg wpływał pozytywnie na moje samopoczucie. Co trzy godziny biegałam długaśnymi korytarzami z pokarmem do Zyzia. Tego dnia nasz mały zuch został przeniesiony do normalnego łóżeczka i od razu trafił pod lampy. Swoją drogą jego żółtaczka utrzymuje się do dziś, ale podobno u wcześniaków to częste i ma prawo trwać do 10-12 tygodnia życia. Praktycznie cały dzień upłynął mi na ściąganiu i zanoszeniu pokarmu. Z godziny na godzinę pokarmu było o parę mililitrów więcej, ale o nawale pokarmowym nie było co myślećto. Ciągle było mlekago za mało. W międzyczasie MamaGinekolog wrzuciła post na swój Instagram wspominając o mojej walce o laktację. Mniej więcej około południa wpadła do mnie z super wiadomością: „Słuchaj, po moim wpisie odezwała się do mnie Agnieszka Mińko, to jest taka super położna i przy okazji konsultantka laktacyjna, która chce do ciebie wpaść do szpitala i ci pomóc. Chcesz?” Głupie pytanie – pomyślałam. Ja przecież marzę o tym, żeby ktoś mi pomógł, bo jak tak dalej pójdzie, to skończy się brakiem pokarmu w piersiach. Krótka wymiana wiadomości między nami i już za parę godzin Agnieszka siedziała ze mną na łóżku szpitalnym i tłumaczyła mi jak na dobre pobudzić laktację. Mało tego, pomogła też mojej koleżance z sali, która tego ranka dostała córkę do rąk własnych i nie za bardzo radziła sobie z przystawianiem jej do piersi. Przysięgam, dwie porady Agnieszki, a mała zaczęła zjadać aż jej się uszy trzęsły. Na sali zaczęła dziać się prawdziwa magia. Agnieszka działała na maluchy jak zaklinaczka dzieci. To właśnie wtedy poradziła mi, że powinnam wymienić dotychczasowy laktator na taki, który odciąga z dwóch piersi jednocześnie. Wskazała wówczas, że najlepszym laktatorem do ściągania pokarmua będzie Medela Maxi Swing, który raz a dobrze zażegna kryzys laktacyjny.  Jej obecność i wszystkie te porady sprawiły, że czułam się zaopiekowana. Tego mi było trzeba… Swoją drogą Agnieszka też poleciła mi by pić Femaltiker.

Najtrudniejsza decyzja

Pamiętacie moją rozmowę z charyzmatyczną i żywiołową doktor Agnieszką? To ta która zaaplikowała mi oksytocynę do nosa. Podczas naszej szczerej rozmowy wcześniejszego wieczoru, to właśnie ona poruszyła trudny dla mnie temat powrotu do domu bez Zygmunta. Nigdy nie zapomnę jej słów: „Decyzja należy do Pani. Proszę jednak pamiętać, że temu maluchowi, który leży tu w szpitalu piętro niżej, na tym etapie jest jeszcze wszystko jedno, ale ten który czeka na panią w domu nie rozumie tej sytuacji, a on jest w takim wieku, że będzie już pamiętał.” I choć jeszcze dzień wcześniej było to dla mnie nie do pomyślenia, to w poniedziałek rano byłam coraz bliżej podjęcia tej ważnej decyzji. Czułam, że muszę to zrobić również dla siebie. Jeszcze jeden dzień w tej śmierdzącej dymem papierosowym sali (na klatce schodowej obok personel niższego szczebla i pacjenci zrobili sobie tajną palarnię), jeszcze jeden prysznic w łazience z grzybem na suficie i oszaleję. Zadzwoniłam do Janka: „Kochanie, mam dla ciebie wspaniałą wiadomość: wychodzę do domu! Cieszysz się?”

Wyrodna matka, co?

Jan oszalał z radości. Ja dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo tęsknię za Mieciem. Wcześniej nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Co ciekawe, po podjęciu decyzji, choć ciągle targały mną wątpliwości, dziwnym trafem jakoś tak więcej pokarmu pojawiło się w butelce przy kolejnym odciąganiu. Przypadek?

Był jeszcze tylko jeden problem. Prócz tego, że podjęłam decyzję o tym, że wychodzę do domu nie zapytałam o to jeszcze żadnego lekarza. 😉 Czułam, że jest ze mną wszystko okej, ale od żadnego lekarza nie usłyszałam jeszcze słów: tak, może pani wyjść do domu.

Po telefonie do Janka pobiegłam do dyżurki zapytać, czy mój pomysł jest w ogóle realny. Tego dnia dyżur pełnił doktor Wojtek. Ten sam, z którym odbyłam rozmowę o życiu i śmierci przy szyciu. Przedstawiłam mu mój pomysł o wyjściu do domu po czym zapytałam: Co? Jestem wyrodną matką?” Na co on, bez mrugnięcia okiem odpowiedział: „Ależ skąd! To jest najbardziej racjonalna decyzja w tej sytuacji. Tu chodzi również o pani dobrostan psychiczny.”

Mama Cię będzie odwiedzać Zyziu

Godziny do następnego poranka bardzo mi się dłużyły. A z drugiej strony im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej było mi szkoda Zyzia, który zostawał w szpitalu sam.

Podczas kolejnej wizyty u synka wypytałam położną o to, jak często powinnam być u synka w ciągu dnia, ile pokarmu powinnam przywozić i co jeszcze właściwie mogę zrobić, żeby pomóc całej sytuacji. Ale jak się później okazało, tu potrzebny był tylko czas. Zygmunt potrzebował czasu, by nauczyć się samodzielnie jeść, a my musieliśmy mu na to zwyczajnie pozwolić. Obiecałam mu, że będę go często odwiedzać. Taką samą deklarację zresztą musiałam podpisać w szpitalu. Podpisałam też oświadczenie, że kiedy przyjdzie na to czas, odbiorę go ze szpitala…

Wypis i rozwiązanie tajemnicy „dlaczego?”

Spakowałam się jeszcze w poniedziałek. We wtorek od 6 rano czekałam na wypis. Obchód przebiegł sprawnie. Dostałam zielone światło do wyjścia ze szpitala. Co ważne, z każdym kolejnym spotkaniem i ściąganiem mleka laktatorem, pokarmu było coraz więcej. To jeszcze nie było to, o czym marzyłam i czego potrzebował Zyzio, ale do domu został zamówiony podwójny laktator Medela Maxi Swing i specjalny gorset, który umożliwiał odciąganie pokarmu bez potrzeby trzymania laktatora. Żeby nie przyzwyczajać Zyzia do butelki, wyposażyłam się też w smoczek Calma, który naśladuje pierś. Wypis dostałam bardzo sprawnie. Wręczył mi go doktor Wojciech Falęcki, którego część z was być może kojarzy z Instagrama i z filmów MamyGinekolog.  Swoją drogą to jeden z przystojniejszych lekarzy na Starynkiewicza, do którego wzdychała co druga pacjentka (same zobaczcie na Insta ;)).

Odebrałam wypis i z ciekawości zaczęłam czytać medyczne streszczenie tego, co spotkało mnie przez ostatnie kilka dni. W pewnym momencie jedno zdanie mnie zaniepokoiło: Dodatni posiew z szyjki macicy (E.Coli). Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Nicole: „Słuchaj czy to mogło być powodem tego, że odeszły mi wody?” Nicole odpowiedziała, że jest to prawdopodobne, ale nie jest pewne. Zresztą jakiś czas temu po mojej historii, MamaGinekolog wyczerpująco napisała o porodzie przedwczesnym. W tym wpisie jest jedno zdanie, które zapadło mi w pamięć: „Poród przedwczesny, a w szczególności przedwczesne odpłynięcie płynu owodniowego jest największą enigmą  współczesnego położnictwa. Oby nie na długo.” Ta odpowiedź pewnie nie zadowoli tych z was, które liczyły na to, że znajdą tu odpowiedź na to, dlaczego tak się stało, że książkowa wręcz ciąża, w której ja czułam się bardzo dobrze i która przebiegała pod czujnym okiem świetnego lekarza zakończyła się tak raptownie w 32/33 tygodniu ciąży. Jedno jest pewne: nie zrobiłam nic źle, ani też nic nie zostało pominięte, a świadczyć o tym może chociażby bardzo dobry stan Zyzia po narodzinach. Bo mimo, że urodzony o 8 tygodni za wcześnie, oddychał samodzielnie od samego początku, a w skali Ballarda, którą ocenia się wiek wcześniaka określając jego stan ogólny Zyzio został oceniony na skończony 34 tydzień ciąży. Tak chyba musiało być i tyle…

Post miał być o karmieniu piersią i o tym jak miałam mało pokarmu w piersiach, a wyszło nieco inaczej. W kolejnym opiszę jak wyglądało wstawanie co trzy godziny w domu na randki z laktatorem, jak na mój powrót zareagował Miecio i jak poradziłam sobie z pierwszym kryzysem laktacyjnym.

karmienie piersią




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x