Wolność słowa matki…

Ostatnio taki ostracyzm i wykluczenie (dosłownie) dotknęło mnie osobiście. I to wtedy, kiedy absolutnie się tego nie spodziewałam. Moje macierzyńskie poglądy odbiły mi się czkawką…

Jak pewnie część z Was wie – należę do wielu prentingowych grup na FB. Udzielam się na nich aktywnie odpowiadając na pytania dziewczyn i sama zadając pytania w różnych macierzyńskich sprawach. Niejednokrotnie, a może raczej wielokrotnie zdarzało mi się wrzucać na owe grupy linki do moich wpisów na blogu. Zawsze na tematy dziecięce. Co budujące: prawie zawsze wpisy spotykały się z ogromnym zainteresowaniem wyrażonym lajkami i komentarzami. I żeby nie było – nie zawsze były to laurki. Czasami inne mamy nie zgadzały się z moimi poglądami, ale zawsze była to konstruktywna krytyka. Taka mnie nie dotyka. Wszystko to jednak zostało brutalnie przerwane dość lakoniczną i obcesową wiadomością, jaką dostałam od jednej z moderatorek pewnej grupy. Napisała mi, że zostałam WYDALONA z grupy, i że w związku z tym owa pani mnie ŻEGNA. Ton wiadomości był jednoznacznie niemiły i wyniosły. Niezrażona tym, chcąc dowiedzieć się jaki jest prawdziwy powód mojego „wydalenia” (to słowo bardzo tu pasuje) zapytałam o powód. Bo wcześniej dostałam informację, że bezczelnie promuję mojego bloga na grupie. Problem polegał jednak na tym, że robiłam to już dobre 4 miesiące i nikt nie składał zażaleń. Pani moderatorka pociągnięta za język, wypominając mi po drodze egoizm (WTF!) powiedziała, że propaguję „przedwczesne odstawianie dziecka od piersi”. Serio? Na początku sama nie wierzyłam w to, co czytam. Po chwili wszystko ułożyło się w jedną całość. Dziewczyny z tejże grupy poprosiły mnie parę dni wcześniej żebym napisała jak mi jest po odstawieniu piersi. Pytały jak zniósł to Miecio oraz jak ja i moje piersi się czujemy. Dlatego też powstał artykuł „Po drugiej stronie cyca…”, w którym opowiadam jak przebiegało cale to odstawianie i czy żałuję czy raczej cieszę się z własnej decyzji. Okazuje się, że nie wolno mi pisać o tym, że sama podjęłam decyzję, że odstawiam dziecko od piersi. W jednej chwili zrozumiałam całą magię związaną z „samoodstawiającymi” się dziećmi. A na swojej drodze spotykam tylko takie historie. Okazuje się że „dziecko samo chciało”, a mama mu tylko w tym delikatnie pomogła.

Nie myślcie jednak, że przeszła mi ochota na szczerość. Wręcz przeciwnie. Mam chęć jeszcze głośniej wyrażać swoje zdanie i to nawet jeśli liczba moich czytelników miałaby się drastycznie zmniejszyć. Liczę jednak, że tak się nie stanie, bo prawda jest najbardziej uniwersalną zasadą. Bardziej niż zasady WHO dotyczące zalecanej długości karmienia piersią.

To smutne, że same sobie narzucamy takie ograniczenia promując przemilczanie i niewypowiadanie pewnych niepopularnych poglądów. W weekend widziałam się z moją kuzynką, która niedawno urodziła dziecko. Rozmawiając z nią zapytałam czy karmi piersią? Od tak, zapytałam nie chcąc wcale oceniać. Ona tylko spuściła wzrok, wbiła go w czubki swoich balerinek i powiedziała, że owszem walczyła o pokarm, ale miała go bardzo mało, i że naprawdę jest jej przykro, ale jej dziecina nie jest już na piersi. A ona… no cóż bardzo żałuje i czuje się z tym bardzo źle. Na domiar złego całej naszej rozmowie przysłuchiwała się jej teściowa, która oczywiście nie omieszkała dorzucić od siebie, że prócz tego, że dziecko jest pozbawione życiodajnego pokarmu, to jeszcze karmienie butelką jest takie drogie. Zupełnie tak jakby to ona finansowała karmienie tego dziecka. Na nic moje przekonywanie, żeby się tym nie zadręczała, że to w sumie nie ma dużego znaczenia. Ważne jest to by ona jako mama po prostu wyluzowała bo tylko wtedy jej dziecko będzie szczęśliwe. Obawiam się jednak, że jej nie przekonałam. Ona już dziś wie, że wolność słowa, poglądów i czynów w macierzyństwie nie istnieje. Ja dowiedziałam się o tym w zeszłym tygodniu…

wolność słowa




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x