Drzwi, które zamyka macierzyństwo

Pewnie trudno Wam będzie w to uwierzyć, ale przez kilka lat mojego dorosłego życia byłam przekonana, że nie będę miała dzieci. W głowie miałam wiele planów na przyszłość, a macierzyństwo stało do nich w opozycji. Janek też nie planował potomstwa, więc bardzo długo żyłam w przekonaniu, że i pod tym względem dobraliśmy się idealnie.

Zburzony ROMAntyzm
Decyzję o dziecku podjęliśmy pod koniec marca. Na początku maja wybraliśmy się do Włoch, żeby uczcić trzydzieste urodziny Janka. Mieliśmy niezwykle ambitne plany na ten wyjazd: pierwszy tydzień w Rzymie, kolejne 5 dni w Positano i na ostatnie trzy dni zostawiliśmy sobie Wenecję. Po przylocie do Rzymu zostawiliśmy bagaże w hotelu i od razu pobiegliśmy do poleconej nam restauracji. Wino i pizza. Dużo wina i jeszcze więcej pizzy. Rano zrobiłam test ciążowy, bo choć staraliśmy się o dziecko dopiero cztery tygodnie, chciałam mieć wszystko pod kontrolą. PEŁNA KONTROLA – tak wyglądało całe moje życie przed macierzyństwem. Uwielbiałam to, realizowałam się w tym. Zrobiłam test na delikatnym kacu po włoskim winie. Zupełnie nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Dwie kreski bardzo szybko pozbawiły mnie złudzeń. Słodki Jezu – udało się! O matko – udało się! Wpadłam wtedy w coś, co do dziś Janek nazywa „płaczośmiechem”. Z jednej strony bardzo się cieszyłam. Z drugiej byłam przerażona, żeby nie napisać zrozpaczona. Po pierwsze nie wiedziałam, że to wszystko potoczy się tak szybko, a po drugie dopiero wtedy dotarła do mnie myśl, że za parę miesięcy moje życie ulegnie totalnej zmianie. Zmianie, której tak bardzo się bałam… Całe nasze włoskie wakacje minęły nam na mdłościach, nudnościach i rozmyślaniu: jak to teraz będzie…

Kochane hormony
Żałowałam, że pewnych rzeczy już nigdy nie doświadczę, bo wiedziałam, że macierzyństwo nie idzie z nimi w parze. Podskórnie czułam, że wiele rzeczy mnie ominie, że życie zmieni się na mniej komfortowe i co tu dużo mówić, zdecydowanie mniej jakościowe. Piszę o tym, bo w tamtym czasie wszystkie te elementy znacząco wpływały na jakość mojego życia. Sama ciężką pracą sobie na to zasłużyłam. Zarabiałam godziwe pieniądze w pracy, która mimo że czasami mnie stresowała i spalała, to była dla mnie przyjemnością. Miałam piękne, zawsze wysprzątane mieszkanie, wyjeżdżałam z mężem na wakacje, na które kiedyś zwyczajnie nie było stać ani mnie, ani moich rodziców, potrafiłam całe dnie spędzać na zakupach, a wieczory na imprezowaniu ze znajomymi. Podobała mi się tamta jakość życia i choć chciałam mieć dzieci, to wiedziałam, że w tej kwestii nie ma nic za darmo. Na szczęście kochane hormony zrobiły swoje i po dwóch tygodniach niepewności zalała mnie fala szczęścia i niecierpliwości. Jak zakończyła się nasza pierwsza ciąża, wiecie. Cieszyłam się nią całe 11 tygodni. Bardzo szybko zaszłam w drugą ciążę, która po stracie tej pierwszej była jeszcze bardziej oczekiwana. Wtedy nie myślałam już o tym, z czego przyjdzie mi zrezygnować.

Zawsze chciałam być…
… piosenkarką. Albo nie – fotomodelką. Albo nie – globtroterką. Albo nie – projektantką. Wszystkie te marzenia pochowałam w momencie, kiedy Miecio pojawił się na świecie. Na pewien czas wyparłam je mojej świadomości udając, że nigdy, przenigdy o tym nie marzyłam. Pogodziłam się z tym, że moja kariera zawodowa zwolni, że pewnie nie będę już tak często wysyłana w delegacje, a nawet jeśli, to zdrowy rozsądek nakaże mi odmówić, wszak zostałam mamą i wymaga się ode mnie odpowiedzialności i poświęcenia. Przez kilka miesięcy po urodzeniu Miecia dochodziłam do siebie. Żegnałam się ze starym życiem. Te wszystkie stracone szanse odbiły mi się czkawką. Swoją drogą jakie to było bezsensowne: przed macierzyństwem nie kiwnęłam palcem, by spełnić te marzenia, a później miałam do siebie pretensję, że się nie wydarzyły i o wszystko obwiniałam macierzyństwo. Jakaż ja wtedy byłam niesprawiedliwa.

Życie bywa przewrotne
Los zdecydował inaczej? Nie wierzcie w takie głupoty. Jeśli kobieta będąca mamą osiąga sukces, to nigdy nie jest to dzieło przypadku. Zawsze to wynik ciężkiej pracy i determinacji. Dzieci nas ogarniają – to racja. Mnie macierzyństwo ogarnęło i to bardzo. Zmobilizowało do działania, uelastyczniło. Zmieniło podejście do mijającego czasu. Dało kopa do działania. Ale też dzieci bardzo utrudniają spełnianie marzeń. Wiem, że zaraz pojawią się komentarzem, że z dziećmi wszystko się da i jest to kwestią odpowiedniej organizacji, Pewnie, że tak. Ale jest o wiele trudniej niż bez dzieci. Przykład? Janek za parę dni obchodzi urodziny. „Okrągłe” 35. 😉 Bardzo chciałabym zabrać go na Santorini. Na trzy dni. To nasze wielkie wspólne marzenie. Kiedyś wystarczyłoby kupić bilety, zarezerwować hotel i tyle. Dziś logistyka tak krótkiego wyjazdu bez dzieci to niezłe wyzwanie. Zorganizowanie opieki, zrobienie zakupów, przygotowanie różnych rozwiązań w razie nieprzewidywalnych wypadków. Nie wiem jak Wy, ale ja zmęczyłam się samym myśleniem o tym. I tak jest ze wszystkim. Z każdą pojedynczą rzeczą.
Ale da się, i moja historia jest na to dowodem. Wszystkie, absolutnie wszystkie najbardziej niezwykłe rzeczy spotkały mnie po urodzeniu dzieci, czyli wtedy, kiedy już na nie nie liczyłam. Ale żadna z tych rzeczy nie wydarzyła się przypadkowo. Wszystkie są wynikiem ciężkiej pracy i mojej wewnętrznej niezgody. Nie chciałam być potwierdzeniem reguły o tym, że macierzyństwo to rezygnacja z dotychczasowego życia i marzeń. Kosztowało mnie to sporo pracy, ale zrobiłam to, dopięłam swego.

Macierzyństwo daje na to przyzwolenie
Bycie mamą daje nam ciche przyzwolenie na odpuszczenie sobie z wieloma rzeczami. Zaczyna się niewinnie: rezygnujemy z makijażu, później z fryzjera, szpilki odstawiamy w kąt i nawet na wesele kuzynki idziemy w balerinach. Dziwimy się nadprogramowym kilogramom dojadając po dzieciach frytki i jedząc wieczorem lody przed telewizorem, wszak za nami ciężki dzień i należy nam się nagroda. Nikt nie ma prawa się do nas o to przyczepić, bo jesteśmy mamami, a może powinnam w tej sytuacji napisać matronami? Rezygnujemy ze spania z mężem, na rzecz spokojnego snu z dzieckiem. Po roku rezygnujemy z pracy, bo albo boimy się samodzielności dziecka i tego czy sobie poradzi, albo konfrontacji ze starym światem, który i tak się o nas nie upomina. U mnie było jeszcze rodzinne przyzwolenie na wiele z tych rzeczy, w tym na tycie, bo podobno genetyka u nas jest taka, że po ciąży do wagi wyjściowej się nie wraca, więc jak by co, miałam alibi. A mimo to zrobiłam to! Z premedytacją nie napisałam „udało mi się”, bo będąc mamą żadne moje osiągnięcie nie jest dziełem przypadku.

Nie obiecam Ci, że się uda
Ja sama nie miałam takiej pewności w sobie. Ba! Wręcz byłam przekonana, że po pojawieniu się dziecka moje dotychczasowe życie będzie jedynie mglistym wspomnieniem. Decydując się na dziecko świadomie rezygnowałam z rzeczy, które miały mnie już nigdy nie spotkać. A mimo to, wszystko co najlepsze spotkało mnie dopiero u boku Miecia i Zyzia. I żeby była jasność: oni mi w niczym nie pomogli. Z nimi było wręcz trudniej. Ale dziś wiem, że trudniej czasami znaczy fajniej, mocniej, prawdziwiej. Moja wewnętrzna zadziorność i jak mawia Janek – kurpiowski charakter sprawiły, że nie zgodziłam się na to, co oferowało mi samo macierzyństwo. Ale chcę żebyś wiedziała, że wszystko jest możliwe i jeśli dobrze to ogarniesz, to dzieci nigdy nie staną Ci na przeszkodzie. Macierzyństwo zamyka pewne drzwi. Ale w każde z nich da się znów otworzyć. Jest o tyle trudniej, że musisz odszukać klucz. A moja wczorajsza sesja zdjęciowa jest na to namacalnym dowodem.

Marta Lech-Maciejewska




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x