Nasze ulubione kosmetyki dla dzieci

Tak to już jest, że kobieta zachodząca w pierwszą ciążę dostaje klasycznego świra. Mniej więcej na półmetku ciąży dopada ją nieodparta potrzeba kupowania wszystkiego, o czym tylko usłyszy lub przeczyta. Tak na wszelki wypadek, żeby dziecko miało wszystko, żeby niczego mu nie brakowało. Dziś wiem, że jedyne czego na początku potrzebował Mieczysław dało się określić ośmioma literami: MAMA i TATA. Reszta nie miała większego znaczenia.

Jednak im Mieczysław był starszy, tym więcej potrzeb pojawiało się na horyzoncie. I znów zaczęłam wariować kupując po pięć różnych rozwiązań na każdą nową przypadłość. Dlatego też postanowiłam napisać ten artykuł, bo być może, któraś z przyszłych mam na niego trafi, okiełzna swe żądze i zaoszczędzi czas oraz pieniądze.

Kosmetyki dla dzieci

Oto lista kosmetyków, które przez te 16 miesięcy NAPRAWDĘ nam się przydały:

Octenisept.

Po raz pierwszy usłyszałam o nim dopiero na szkole rodzenia. Został przedstawiony jako cudowny preparat na wszystko, dokładnie tak jak WD-40. 🙂 I rzeczywiście, na początku przemywaliśmy nim pępek Miecia i moją bliznę po cesarce. Dziś każda ranka czy zdarta skóra na kolanie jest przemywana Octeniseptem. Jego przewaga nad znanymi mi do tej pory środkami dezynfekującym jest taka, że nie szczypie. Ale co ważne kupiłam małe opakowanie i do dziś mam jeszcze 3/4. Nie ma więc sensu kupować dużej butli. No chyba, że spodziewasz się trojaczków na rowerkach. 🙂

Bephanten.

I tu ważne rozróżnienie. Większość rodziców widząc odparzenie, na przykład na szyi dziecka, sięga po krem na odparzenia pieluszkowe. To duży błąd. Wtedy lepiej sięgnąć po krem pielęgnacyjny. A najlepiej skonsultować się z dermatologiem, który zaproponuje najlepszy preparat na tego typu dolegliwości. My na pieluszkowe odparzenia używamy maść ochronną Bephanten Baby EXTRA, a na odparzenia szyi Bephanten Derm Krem.

Mixa, żel do mycia ciała i włosów.

Jest po prostu rewelacyjny. Pięknie pachnie, nie szczypie w oczy, dobrze się pieni i nie wysusza skóry. A do tego jest niezwykle wydajny przez to, że ma dozownik z pompką. Cena też przystępna. Czego chcieć więcej. Nie znalazłam do tej pory lepszego specyfiku.

LaRoche-Posay Lipikar.

Na szkole rodzenia nauczono mnie, że jeśli skóra dziecka tego nie wymaga, to nie warto jej niczym profilaktycznie smarować. I tak też robiłam. Bardzo szybko zauważyłam jednak, że Miecio na policzkach i na ramionach ma drobne, suche i twarde krostki. Pierwsza myśl: Atopowe Zapalenie Skóry. Na szczęście nie szukałam odpowiedzi w Internecie tylko szybko udałam się do lekarza, który uspokoił mnie, że jest to zapalenie mieszków włosowych. Nie ma na to jako takiego lekarstwa. Po prostu taka uroda mojego dziecka. Podobno jak zacznie się golić wysypka na twarzy zniknie, a na rękach będzie można się jej pozbyć robiąc peeling, kiedy już Miecio będzie starszy. Okazało się też, że AZS mojego męża wcale nie jest AZS, a dokładnie tym samym co zostało zdiagnozowane u Miecia. Wystarczyło dwa tygodnie regularnych peelingów ramion by wysypka mojego męża, którą miał od urodzenia zniknęła. Dlaczego o tym pisze? Bo w przypadku Miecia bardzo pomaga seria Lipikar LaRoche-Posay. Obecnie testujemy fluid nawilżający oraz żel myjący bez mydła i parabenów. Zacznę od fluidu: jego lekka i bezzapachowa konsystencja błyskawicznie się wchłania, dlatego po kąpieli mogę od razu ubrać Miecia nie martwiąc się, że ubranka będą się „kleiły” do ciała. Żaden inny dziecięcy balsam nie działał tak kojąco na to zapalenie mieszków włosowych. Co do żelu myjącego: piękny zapach, łagodne działanie, super piana. Już po dwóch tygodniach zauważyłam znaczącą różnicę. I teraz najlepsze: sama podbieram Mieciowi te kosmetyki. Fluid jest moim zdecydowanym faworytem.

Ziajka przeciwsłoneczna z filtrem 50.

Tu duży plus za cenę i jakość idące w parze. Dobrze chroni przed słońcem, jest wodoodporna i ma przyjemny zapach. A jej niewielkie opakowanie mieści się dosłownie wszędzie.

Mustela sztyft ochronny.

Niezastąpiony zimą. Używałam go przez całą poprzednią zimę i w tym roku też do niego wrócę. Bardzo łatwy w użyciu sztyft, którym smaruję policzki, usta, czoło i brodę Miecia. Idealne dla roztrzepanych mam (takich jak ja), które dopiero po ubraniu dziecka w kurtkę, czapkę i szalik przypominają sobie, że nie nakremowały buzi dziecka. Naprawdę bardzo pomocne 😉

I to by było na tyle. Teraz powinnam wypisać wszystkie te kosmetyki dla dzieci, które kupiłam w ciążowym szale i które zupełnie mi się nie przydały. Nie będę jednak zabierać waszego cennego czasu. Te powyższe to moje strzały w dziesiątkę, które polecamy wam z całego serca. Macie jakieś swoje ulubione kosmetyki dla dzieci, które powinnam przetestować?

kosmetyki dla dzieci




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x