Luksusy młodej mamy

Wszystkie te kwestie, wypowiadane w trosce o mój dobrostan, zwiastowały nadchodzącą katastrofę. Kiedy dziecko pojawiło się na świecie, zaczęłam rozumieć jak dużo wyrzeczeń mnie czeka. Napisałam wyrzeczeń? Mam na myśli to, że musiałam zrezygnować prawie ze wszystkiego, by później powoli zacząć odzyskiwać swoje życie dla siebie. Oto moje dzisiejsze luksusy z perspektywy własnego macierzyństwa i dziesięciomiesięcznego stażu.

Jeszcze ciepłe, względnie letnie jedzenie, które zdążyłam przerzuć przed połknięciem. Serio! Głębokie gardło z perspektywy młodej mamy nabiera zupełnie nowego znaczenia. Mam wrażenie, że moje jest z azbestu. Przełknięcie kanapki z serem i pomidorem w całości albo gorącego kotleta mielonego na raz to dla mnie pestka. W przyszłym roku na pewno wezmę udział w jedzeniu pączków na czas z okazji Tłustego Czwartku. Jeśli jeszcze trochę potrenuję, to nie będę miała sobie równych.

macierzyństwo

Prysznic. Nie wspominając już o kąpieli, która mimo dużej wanny będącej na wyposażeniu mojej łazienki, zupełnie odeszła do lamusa. Sorry! Taki mamy klimat w domu, że albo będzie cisza i spokój i lekko śmierdząca Mama będzie siedziała z Mieciem nie opuszczając go na krok, albo będzie taki krzyk, że sąsiedzi znów wezwą Policję. Wybieraj! Jest jeszcze taka opcja żeby zabrać ze sobą Miecia do łazienki ale… Po tym jak syn wylizał bidet od spodu oraz dorwał się do szczotki od WC, a ja o mało nie połamałam sobie obu nóg i rąk wyskakując spod prysznica, wolę kiedy Miecio zostaje w salonie wśród normalnych zabawek. A ja? Cóż, mogę sobie jeszcze trochę pośmierdzieć. W końcu częste mycie skraca życie.

Ubranie inne niż pidżama. Ten luksus jest powiązany z prysznicem. Nie lubię bowiem ubierać się „na brudasa” dlatego do godziny 15 zamulam w pidżamie ku lekkiemu zmieszaniu pana kuriera, który chcąc zażartować z mojej opłakanej sytuacji ostatnio zapytał: „Aaa Pani to… już się kładzie spać czy dopiero wstaje?”. Prócz zdjęcia pidżamy marzy mi się też ubranie golfa. Tylko wcześniej wytnę sobie w nim okienka na bufet Miecia…

macierzyństwoBiżuteria. Nawet kiedy wychodzę na randkę z mężem nie ubieram kolczyków. Z dwóch powodów: po pierwsze nie wiem gdzie one są, a po drugie wiem, że kiedyś wrócę z tej randki, a wtedy będę musiała nakarmić Miecia, na pewno zapomnę zdjąć przed tym kolczyki, a Miecio na pewno się nimi zainteresuje. Logiczne?

Pozycja siedząca. Mąż mówi, że to coś pomiędzy dobrze mi znanymi pozycjami: leżącą (w czasie karmienia), a stojącą (przez pozostałą część dnia). Wszelkie skłony, kucanie, podskoki, wyskoki, podbiegi mam opanowane do perfekcji. Ten post piszę na przykład w pozycji stojącej, nad stołem jedną nogą blokując Mieciowi wejście do kuchni. Van Damme ze swoim szpagatem może się schować.

Rozpuszczone, uczesane włosy. Kiedyś moja ulubiona fryzura. Dziś nie wiem nawet jak wyglądają moje włosy. Jaką mają długość oraz kolor. Zupełnie jak bym wstąpiła do zakonu. W ogóle dochodzę do wniosku, że włosy to przeżytek. Zupełnie niepotrzebne, szczególnie młodej mamie, która po porodzie zaczyna łysieć przez hormony, a później z pozostałym owłosieniem próbuje rozprawić się jej potomek. Zatem drogie mamy proponuję maszynkę bez nakładek i jedziemy na zero.

macierzyństwoSzpilki. Moje stoją i się kurzą. W kwestii obuwia cofnęłam się do czasów przedszkola: mają być płaskie, wsuwane, dające się nałożyć bez pomocy rąk zajętych w tym czasie trzymaniem dziecka, antypoślizgowe, bo Miecio często zostawia rózne ślady na podłodze, i że jak się ubrudzą to żeby nie było szkoda.

Uwaga! Opisane powyżej sytuacje występują w moim życiu epizodycznie i w żaden sposób nie rzutują na mój dobrostan. Moje macierzyństwo to bajka. Mam bowiem piękne dziecko, które nie płacze, jest grzeczne, je samo, bawi się samo, samo się też przewija i kąpie. A ja leżę i pachnę… w szpilkach rzecz jasna! Jakakolwiek zbieżność nazwisk i sytuacji jest zatem przypadkowa.




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x