Klub Popieprzonego Rodzica

Jaka grupa społeczna jest najbardziej porąbana? Choć brałem dziś leki to już słyszę te głosy: słuchacze Radia Maryja, wyborcy PiSu, Platformy, kwiat młodzieży z ONRu, weganie, anarchiści. Nic z tych rzeczy. Najbardziej porąbani są R.O.D.Z.I.C.E.!

Czemu tak uważam? Jakiś czas temu Marta napisała na SuperStylerze, że w życiu wychodzimy z założenia, które można streścić krótkim zdaniem: „żyj i daj żyć innym”. Od zawsze lansujemy pełen luz na każdej płaszczyźnie życia, a szczególnie na tej dość poważnej, jaką są dzieci i ich wychowanie. Nie chodzi tu o brak zasad, olewanie czy bezstresowe wychowanie. Raczej spokój, stonowanie, zastanowienie, ustalenie własnych zasad i nienarzucanie ich innym. O tolerancję i uszanowanie odmiennego zdania. Niestety nam, rodzicom ten przysłowiowy „luz w dupie” przychodzi z ogromnym trudem i łatwo łapiemy spinę w każdym temacie dotyczącym dzieci. I naszych i cudzych. Stajemy się specjalistami, którzy nagle wiedzą, jak być dobrym rodzicem, więc swoje zasady dobrego wychowania wciskamy wszystkim dookoła.

Oto ludzie na pozór mili, sympatyczni, inteligentni, wykształceni i dobrze wychowani zaczynają przypominać naprutych dopalaczami dresiarzy czy ekstremistów z Państwa Islamskiego. Nie pozwolę! Nie dam! Nie zaprowadzę! Nie puszczę! Nie zgadzam się! Wychowywanie dziecka to trudna sprawa…

Dowody? Wejdźcie na jakąkolwiek stronę czy grupę o karmieniu piersią i napiszcie, że chcecie dzieciaka od niej odstawić. Nim minie pełna godzina już będziecie odsądzeni od czci i wiary, a najdalej przed północą zajmą się wami odpowiednie służby. 😉 To samo tyczy się szczepień, diety, posyłania dzieci do żłobków i paru innych tematów. Tam też raczej nie znajdziecie dobrych sposobów na wychowanie dziecka.

Kilka miesięcy po tym, jak Miecio poszedł do żłobka, miała miejsce nasza pierwsza wywiadówka. Żartowałem wtedy, że mam nadzieję, że Młody nie ma zagrożeń i będzie klasyfikowany, ale przeczuwając niezły dym, na ten odcinek wysłałem Martę. A my z Mieciem poszliśmy na spacer. Powiem wam, że to był jeden z tych dłuższych spacerów…

Umęczona rodzicielka wyszła po blisko dwóch godzinach. Pytam, ile było osób, bo wiadomo, że im więcej rodziców, tym więcej problemów, skarg i zażaleń. Ja i jeszcze dwoje – odparła Marta. – To co tak długo? – pytam – Poszłaś jeszcze do pana od historii i pani od matematyki? – zadrwiłem. – Weź @#%$#$%, jakie ci ludzie mają problemy…

Okazało się, że konkretów związanych z pracą i organizacją żłobka oraz Miecia grupy było może 20 minut. Pozostały czas zajęły tak zwane problemy pierwszego świata dwójki rodziców. Oto palącymi problemami trawiącymi życie naszych dzieciaków w żłobku okazała się wymiana CO2, czyli pospolitego dwutlenku węgla. To nic, że sala jest klimatyzowana oraz ma otwierane okna. Dwutlenek węgla okazał się praktycznie gazem bojowym. Kolejnym problemem było to, że dzieci w ramach ćwiczeń korzystają dwa razy w tygodniu ze specjalnego programu komputerowego. Jak komputer to i ekran. Ekran to w zasadzie telewizor. A tymczasem jedno z dzieci ma kategoryczny zakaz korzystania z TV. W opinii mamy raz pokazany ekran miał zrujnować jej wielomiesięczne starania w izolowaniu dziecka od tego rodzaju przybytku rozpusty. Jak widać Amisze są nie tylko w Stanach, ale też tu, w Polsce. Co kraj, to obyczaj, co , to inne metody wychowawcze.

Potem była jeszcze kwestia diety. Okazało się, że co prawda w żłobku jest chyba z 7 rodzajów diety kolejno dla alergików, bezglutenowców, wegetarian, wegan, Żydów, Arabów i jeszcze kogoś, to jednak przydałaby się jeszcze ósma dieta bo „mój synek jada to, ale nie jada tamtego”. Następnie okazało się, o zgrozo, że dzieci do leżakowania są rozbierane do bodziaków. Tymczasem w ocenie jednego rodzica było to karygodne, niedopuszczalne i jego dziecko ma spać w opakowaniu.

Jakiś czas później spotkałem się z moją znajomą, która prowadzi prężnie działające przedszkole. Opowiedziałem jej o zebraniu u nas, a ona pocieszyła mnie, że to i tak jeszcze nic wielkiego. Że to czego ona się nasłuchała od rodziców przyprawia o mdłości. Konkluzja była taka, że nie ma bardziej popieprzonej grupy społecznej niż rodzice. A że przedszkole prowadzi w jednej z warszawskich dzielnic szczególnie umiłowanej przez tak zwany „element napływowy” to śruba dzieciakom, a tym samym i samej placówce przedszkolnej bywa przez nadgorliwie ambitnych starych niemiłosiernie przykręcana. Ciągłe pretensje co do zajęć. Jak nie za mało, to znowu za dużo. Jak nie angielski to chiński, bo przecież dzieciaki znajomych też się uczą angielskiego, więc się tym angielskim już nie pochwalisz. Do tego karate, żeby w razie czego móc komuś przywalić w ryj. Ale też i szachy, by być tęgim mózgiem od dziecka. Plastyka koniecznie bo sztaluga podarowana przez pretensjonalnych dziadków już się kurzy w dziecięcym pokoju. Ale też jakiś instrument, bo muzyka to jedna z ważniejszych sztuk. Mama na keyboardzie grała, tata na akordeonie, ale to plebejskie instrumenty, więc dzieciak obowiązkowo ma rzępolić od małego na skrzypcach. Skrzypce są fajne. Mama ma nawet gdzieś płytę Vanessy-Mae. Do tego jeszcze garncarstwo, bo przecież lepienie z gliny to i zdolności manualne i zmysł przestrzenny. I w ogóle to bardzo przydatna umiejętność, szczególnie po wojnie atomowej gdy nie będzie już niczego. No co.. płacą to wymagają!

Z jedzeniem też same problemy. A to mleko – cichy morderca czai się za rogiem w posiłku choć berbeć od małego tylko na sojowym. A to znowu gluten. Jak nie gluten to mięso. A to znowu jego brak. A ryby? Ryby to mięso! Czy ryby to mięso? A gdzie pięć porcji warzyw i owoców? Chleb powszedni matki wariatki. Ocipieć można…

Po pierwsze żyjemy w społeczeństwie, więc pewne rzeczy są uśredniane, wypośrodkowywane dla dobra ogółu. To dobrze, bo inaczej nic wspólnie byśmy nie zrobili. Nie każdemu zatrzymuje się autobus pod domem. Dlatego posyłając dziecko do żłobka czy przedszkola warto pamiętać, że taka placówka ma swoje własne zasady, w pewien sposób uproszczone i skalkulowane dla dobra wszystkich dzieci. Jeżeli ktoś jako rodzic nie chce się na to zgadzać, to może warto rozważyć jednak niańkę. Z drugiej strony warto pamiętać, że uporczywe wychowywanie indywidualisty, na swoich indywidualnych zasadach może skutkować… wychowaniem indywiduum. A rodzicom pragnącym szczęścia dla swojego dziecka raczej nie powinno zależeć na wychowaniu egocentrycznego dupka mającego podobnie jak oni problem z całym światem.

Po drugie warto dziecko wychowywać frontem do innych ludzi, w tym dzieci. „Ja, mi, moje” to nie jest najlepsze motto życiowe. Starajmy się myśleć o innych dzieciach i ich rodzicach nie tylko gdy puszczamy dziecko do żłobka, przedszkola czy szkoły, ale też  chociażby na placu zabaw. Niech nasze dziecko będzie dla nas pępkiem świata, ale w domu. Tam, gdzie są inne dzieci starajmy się również i je zauważać, włącznie z ich rodzicami.

Po trzecie spuśćmy powietrze z balonu rodzicielstwa. O to apelujemy na blogu najczęściej. To nie jest lot na Marsa. W rakiecie kluczowe są procedury, inaczej można zginąć. W macierzyństwie/tacierzyństwie ważna jest miłość, wyrozumiałość, tolerancja i… improwizacja wyrażona w umiejętności dostosowywania się do zmieniających się warunków. Z naszego doświadczenia wynika, że wiele rzeczy najlepiej wychodzi, gdy pozostawi się je samym sobie.

A teraz nasz ulubiony tekst: żyjcie i dajcie żyć innym. Sobie, swoim dzieciom, innym rodzicom, ich dzieciom i wreszcie Paniom Przedszkolankom. One zwykle lepiej od was wiedzą co robią i mają  w tym doświadczenie. Oczywiście mówię tu o wykwalifikowanej kadrze bo są placówki gdzie z dzieciakami siedzą ludzie z łapanki. Ale o tym innym razem.

Z naszych obserwacji i doświadczenia wynika, że po kilku latach wychowywania dziecka, posyłania go kolejno do żłobka, przedszkola i szkół dużo ważniejsze niż to, czy w żłobku była zupa mleczna, czy kanapki albo to czy dziecko uczyło się makramy, czy nie jest to, jakich miało rodziców.
Z rodziny gdzie są popieprzeni rodzice, z pretensjami do świata, kłótliwi, o chorych aspiracjach względem swoich dzieci rzadko wyrasta zrównoważony człowiek.

Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, jak być dobrym rodzicem. Dobry rodzic to taki, który po prostu pozwala swojemu dziecku się rozwijać i nie wdraża kolejnej metody wychowawczej, o której przeczytał na blogu jakiejś matki wariatki albo na forum. Dobry rodzic, owszem, stawia sobie za cel wychowywanie dziecka, które w przyszłości będzie dobrym człowiekiem, ale nie oznacza to, że na każdym kroku musi wprowadzać modne zasady dobrego wychowania.

rodzice




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x