Gordonki. Warto czy nie warto?

Przyznaję bez bicia. Byłam uprzedzona i wyśmiewałam Gordonki. Wykazując się tym samym sporą ignorancją, bo w sumie nie za bardzo wiedziałam co to są te zajęcia gordonowskie, czy jak kto woli zajęcia umuzykalniające. Wydawało mi się, że zajęcia dla tak małych dzieci jak Miecio to zwyczajny przerost formy nad treścią. Na szczęście tylko krowa na miedzy nie zmienia poglądów. Na treningach TRX poznałam Kasię, właścicielkę Ene-Due. Ene-Due to centrum naukowo-kulturowe. Do Ene-Due przychodzą dzieci. Takie małe jak Miecio i takie trochę starsze. Przychodzą tam żeby nauczyć się angielskiego, francuskiego, by poznać tajniki muzyki klasycznej, by liznąć baletu, ale przede wszystkim po to by odkrywać jak fascynujący jest świat, w którym żyjemy. W Ene-Due są też Gordonki. Kasia była tak miła i zaprosiła mnie i Miecia na zajęcia. Trochę się tremowałam. W przeciwieństwie do Miecia, który bardzo szybko w Ene-Due poczuł się jak w domu. Nawet lepiej niż w domu. Okazało się bowiem, że Miecia najbardziej na świecie fascynują inne dzieci. O czym nie miałam prawa wiedzieć, bo do tej pory nie mieliśmy bezpośredniego kontaktu z innymi małymi dziećmi. Tak więc okazało się, że Ola i Franio są dużo ciekawsi niż mama. Pozostając w temacie dzieci: Gordonki to zajęcia dla pociech od 6 miesiąca życia do 3 lat. W naszej grupie to Miecio był najmłodszy, ale w żaden sposób nie przeszkodziło nam to w odnalezieniu się na zajęciach. Poza tym w Ene-Due jest tak kolorowo i dziecięco. Nie dziwię się, że dzieci czują się tam tak dobrze. Są nawet małe czerwone drzwi, przez które maluchy mogą wejść na salę zajęć.

GordonkiNie o drzwiach jednak chciałam. Miecio przecież jeszcze nawet nie chodzi. Wracając do zajęć. Gordonki zaczęły się o umówionej porze w niezobowiązujący sposób. Pani Sylwia Adamczuk – przemiła prowadząca z charyzmą, w pewnym momencie zaczęła śpiewać zachęcając dzieci oraz ich opiekunów do przedstawienia się. Śpiewająco oczywiście. Ja  zostałam poproszona by wyśpiewać swoje imie i imie Miecia. Pierwsze lody zostały przełamane. Później było już tylko lepiej. Były kolorowe chusteczki, pod którymi chował się Miecio robiąc „a kuku!”. Były kolorowe motylki, piosenka o autobusie i na koniec hit: bańki mydlane. Moment, który szczerze mnie wzruszył. Miecio tak wspaniale zareagował kiedy zobaczył bańki mydlane. Po raz pierwszy w tym małym bobasie zobaczyłam 100% człowieka, który jest tak bardzo ciekawy świata. To było naprawdę niesamowite przeżycie. Aż się wzruszyłam. A musicie wiedzieć, że jestem daleka od nadawania znaczenia wydarzeniom, które tego znaczenia nie posiadają.  Całe zajęcia trwały 45 minut. Upłynęły w bardzo muzycznej, tanecznej i rozśpiewanej atmosferze. Zajęcia są tak skonstruowane, że nawet najbardziej oporni i zamknięci w sobie uczestnicy po chwili zaczynają nucić proste melodie pod nosem. Gordonki bowiem polegają na nauce harmonii i umiejętności improwizacji muzycznej, a nie na nauce konkretnych piosenek na pamięć. Na początku chodzi o to żeby dziecko potrafiło rozróżniać wysokie tony od tych niskich. W tym celu stosuje się kolorowe piórka i chusteczki, które są nad głowami kiedy wyśpiewywane są wysokie tony i lądują na ziemi kiedy śpiewamy niskim głosem.

GordonkiCałość zajęć jest prowadzona w bardzo luźnej atmosferze bez jakiejkolwiek musztry, a dzieci i tak poddają się pewnym schematom i na sali panuje względny ład. Gordonki na stale zagoszczą w harmonogramie naszego tygodnia. Szczególnie, że Miecio na razie zostanie w domu z Tatą, kiedy ja wrócę wrócę do pracy. Gordonki będą zatem pretekstem do spotkania i konfrontacji z innymi dziećmi, które Miecio tak bardzo sobie upodobał.

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

Gordonki

 




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x