Czy widzę sens w podróżowaniu z małymi dziećmi?

Wróciliśmy z Rewy zmęczeni. Pierwszy raz w życiu bardziej niż świąteczne obżarstwo zmęczyły nas nasze własne dzieci. Podróżowanie z relatywnie małymi dziećmi można porównać do sportów ekstremalnych albo popisów cyrkowych. Za każdym razem wymagane jest opanowanie, odrobina brawury, odwaga i dobra strategia. Od momentu pakowania do chwili, w której znów przekręcisz klucz w drzwiach do własnego domu musisz mieć oczy dookoła głowy.

Dzieci nie lubią zmian
I warto o tym pamiętać planując wakacje. Jakiś czas temu poznałam pewnego człowieka, poczwórnego ojca, który obecnie przeżywa późne macierzyństwo z nową żoną. Owa żona wymyśliła sobie, że tuż przed pierwszymi urodzinami ich wspólnego dziecka wybiorą się całą rodziną na trzytygodniowe wakacje do Włoch. Pomysł wszystkim wydał się na tyle atrakcyjny, że od jego werbalizacji do realizacji minęło zaledwie klika dni. Wszyscy byli zaaferowani podróżą, a nikt nie zastanowił się jak takie podróżowanie z dwoma przesiadkami wpłynie na małego oseska. Człowiek, z którym rozmawiałam, przyznał zupełnie szczerze, że mimo iż był już wcześniej ojcem, nie miał doświadczenia z podróżowaniem z małymi dziećmi, bo jego pociechy rodziły się w latach 80tych i wtedy nikt nawet nie marzył o wyprawach zagranicznych samolotem. Polskie morze to był max. Ale teraz czasy są inne, zasoby finansowe takoż, więc owy człowiek z żoną i najbliższą rodziną wybrali się do Włoch na trzy tygodnie. Okazało się, że były to najdłuższe i najgorsze wakacje w całym ich życiu. Niespełna roczny chłopczyk tak zestresował się zmianą miejsca, że skutecznie uprzykrzył wakacje wszystkim wkoło. W pierwszych dobach miał wręcz stan podgorączkowy. I gdyby nie to, że sama kiedyś w dzieciństwie zagorączkowałam z tęsknoty za rodzicami, to pewnie bym w to nie uwierzyła. Tamto dziecko miało somatyczne objawy strachu, lęku i nieumiejętności dostosowania się do nowych warunków. Człowiek, z którym rozmawiałam opowiedział mi również, że po powrocie do domu udali się do swojego lekarza rodzinnego, który po wysłuchaniu ich historii przyznał, że wszystkiemu winna była ta wycieczka. „Małe dzieci pragną jedynie bezpieczeństwa. Wcale nie marzą o dalekich podróżach, nie lubią zmian. Zbyt wiele nowych i nieznanych dotąd dziecku bodźców wyprowadza je ze strefy komfortu. W takiej atmosferze dziecko ani nie nauczy się niczego nowego, ani zbyt wiele nie zapamięta, bo jego pamięć będzie chciała wyprzeć to, co nieznane, wrogie i straszne” – orzekła pani doktor. I ja ze swoimi doświadczeniami w dużej mierze zgadzam się z tymi słowami. Bo podróżować z dziećmi to trzeba umieć.

Zamiast podróżować pokaż mu świat
Żyjemy w czasach, w których lot na drugi koniec świata, jeśli tylko mamy na to fundusze, nie jest żadnym wyczynem. Nie musimy niczym Ikar lepić własnych skrzydeł ani konstruować własnego samolotu niczym bracia Wright. Wystarczy przez Internet kupić bilet i w wyznaczonym dniu pojawić się na lotnisku. Do podróżowania zachęcają nas znajomi swoimi zdjęciami na Instagramie i Facebooku. Zachęcają nas mniej i bardziej znani influencerzy pokazując na fotografiach, że podróżowanie z dzieckiem/babcią/kotem/szynszylem wcale nie jest trudne i nie wymaga super mocy (niepotrzebne skreślić). Idąc za ciosem spróbowałam czegoś pomiędzy. Już w zeszłym roku wybraliśmy się z chłopakami do hotelu na Mazury i nad morze. Daliśmy radę, choć to nie był dla nas wypoczynek. Ciągle musieliśmy ogarniać chłopców, którym na początku ciężko było odnaleźć się w nowym otoczeniu wśród nieznanych sobie ludzi, miejsc i przedmiotów. Wróciliśmy z uczuciem ulgi i poczuciem dobrze wykonanej pracy. Ale też prędko nie planowaliśmy kolejnej wyprawy. Mimo że Miecio do dziś wspomina jazdę na koniku i ognisko. Z perspektywy czasu uważam, że podróżowanie z małymi dziećmi jest trochę przereklamowane. Szczególnie podróżowanie na drugi koniec świata ze skrajnie małymi dziećmi. Jest to niebezpieczne, uciążliwe i nieprzewidywalne. Uważam, że zamiast podróżować, lepiej pokazywać dzieciom świat. I to nie od wielkiego dzwonu, ale codziennie. Wiecie, że na Mieciu dużo większe wrażenie zrobił startujący samolot oglądany z Górki Spotterów na warszawskim Okęciu niż sam lot samolotem? Żeby pokazać dzieciom morze wcale nie trzeba lecieć na drugi koniec świata. Na początek wystarczy to polskie, a świadomość, że jak by co masz pod ręką lekarzy mówiących w twoim rodzimym języku, pełne ubezpieczenie i wsparcie najbliższych, a do domu nie musisz wracać przez ocean nierzadko działa kojąco również na zestresowanych rodziców. Dzieci są ciekawe świata, ale do jego odkrywania potrzebują czuć się bezpieczne. Na początku, kiedy są małe, potrzebują wielu znanych im punktów odniesienia. Czyli paradoksalnie dla takiego dziecka najprzyjemniejszym elementem spaceru, na którym pierwszy raz odwiedza ZOO jest to, że wraca do znanego mu domu. Wypracowanie takiego złotego środka sprawi, że dzieci z jednej strony czują się bezpieczne, ale też nieustannie są ciekawe świata. Oczywiście, jest grupa ludzi, w których styl życia wpisane jest podróżowanie. Ich dzieci, widząc rodziców żyjących na walizkach, takie podróżowanie będą traktowały jako coś zupełnie naturalnego. Pamiętajmy jednak, że nic na siłę. Ważne jest to, żebyśmy w tym całym podróżowaniu czuli się bezpiecznie i komfortowo, bo dzieci chłoną nasze emocje jak gąbka. Dlatego moim zdaniem dużo ważniejsze od podróżowania z dziećmi na odległe kontynenty jest codzienne pokazywanie dzieciom świata, bo w Afryce zimują te same bociany, które na wiosnę wracają do nas. A teraz przypomnij sobie kiedy ostatni raz pokazywałaś dziecku bociana?
podróżowanie z dziećmi




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x