„Cyce na tablice” czyli rzecz o karmieniu piersią w miejscach publicznych

„Cyce na tablice” to fragment komentarza jaki napisała jedna z Was pod moim zdjęciem na Facebooku. Na owym zdjęciu jestem ja i Miecio. Raczymy się pizzą w restauracji. To znaczy ja się raczę. Mieczysław natomiast karmi się piersią. Gdyby nie to, zdjęcie przeszło by bez większego echa, zyskałoby kilka lajków miłośników włoskiej kuchni i odeszło w niepamięć, ginąc w czeluściach Internetu. Tak się jednak nie stało.

Post użytkownika SuperStyler.

 

Od pewnego czasu zbierałam się do napisania tego artykułu i potraktowałam zdjęcie jako pretekst do dyskusji. Opinie na temat czynności uwiecznionej na zdjęciu były skrajne. Pozytywnych komentarzy było znacznie więcej. Ich treść natomiast taka, że serce rośnie. To co mnie zaskoczyło to fakt, że te najbardziej krytyczne komentarze, zostały napisane przez młode mamy. Smutno i przykro. Po raz kolejny potwierdza się, że jesteśmy bardzo pruderyjne. Jedna z pań napisała nawet, że są dwa miejsca, w których nigdy nie zdecydowałaby się na karmienie piersią: restauracja i kościół. Przyznam, że byłam nieco zaskoczona doborem akurat tych dwóch miejsc. Sama widziałam parę razy kobiety karmiące w kościele (chociażby podczas chrztu). Idąc tym tropem wszystkie święte obrazy wiszące w kościołach, przedstawiające małego Jezuska wiszącego na cycku swojej rodzicielki powinny czym prędzej zniknąć ze świętych ścian. Restauracja jako miejsce gdzie karmić nie należy dziwi mnie jeszcze bardziej – w końcu to miejsce gdzie udajemy się coś zjeść. Zaś komfort i sytość małego, bezbronnego obywatela jest zdecydowanie ważniejszy, niż komfort pozostałych gości restauracji umiejących już samodzielnie zamówić posiłek u kelnera. Pomijam, że nie zagląda się innym do talerza. 😉 Wniosek z tych negatywnych opinii jest taki, że dziecko powinno być karmione w zamknięciu, najlepiej w domu, przy zasłoniętych roletach i wyłączonym telewizorze. W miejscu publicznym, młoda matka powinna wybrać brudną toaletę jako idealne miejsce do nakarmienia swojego dziecka. Ostatnio nawet w Faktach TVN został poruszony temat karmienia w miejscach publicznych. Pretekstem do tego materiału była sytuacja z galerii handlowej w Radomiu, gdzie młoda mama została wyproszona przez kobietę (sic!) z ochrony z części sklepowej właśnie dlatego, że karmiła swojego głodnego synka piersią. Pani z ochrony wskazała jej toaletę z przewijakiem, jako miejsce idealne do karmienia. Żadna skrajność nie jest dobra, ale robienie rabanu wokół mam karmiących piersią w miejscach publicznych jest zdecydowanie przesadzone. Czynność ta nie jest przecież żadnym manifestem, próbą wyrażenia siebie, sianiem zgorszenia czy zanieczyszczenia przestrzeni publicznej, a jedynie wiąże się z nakarmieniem i często uspokojeniem malucha.

Również kobiety znane ze szklanego ekranu zabierają głos w sprawie pokazując, że karmiąc piersią nie mamy się czym krępować. I dobrze. Z takimi tematami należy oswajać społeczeństwo. Gwen Stefani, Alanis Morissette i Miranda Kerr wrzucając „karmiące” zdjęcia na swoje profile społecznościowe odwalają kawał dobrej roboty. W całej tej dyskusji ważne jest, by zwrócić uwagę na to, że na wyżej wymienionych zdjęciach ani na moim nie widać nic gorszącego. Nic co mogłoby spowodować usunięcie takiego zdjęcia przez administratorów portali społecznościowych. Nie o zdjęcie jednak chodzi, a o wybujałą wyobraźnię oglądających. Dowód? Poniżej zamieszczam dwa swoje zdjęcia na jednym z nich karmię Miecia na drugim jedynie go przytulam. Czy potraficie na pierwszy rzut oka je rozróżnić?

karmienie piersią

Na początku karmienie to bardzo intymna czynność dla młodej mamy. Po pewnym czasie staje się jednak pewnym automatyzmem. Czymś w rodzaju czynności fizjologicznej. Tak jak kichanie. W moim przypadku piersi na czas karmienia przestały być atrybutem seksu (choć mam nadzieję, że to minie), a stały się jednym z elementów niezbędnym do obsługi małego dziecka. Mimo wszystkich, niezaprzeczalnych plusów, karmienie jest czynnością niezwykle upierdliwą. Poczynając od jej częstotliwości (na początku jest to ok 8, nawet do 12 razy na dobę i więcej), wymianę bielizny na taką, która umożliwia szybkie wyrzucenie cycka, przez obolałe piersi, po ograniczenie garderoby do koszul i bluzek z dekoltem, które umożliwiają sprawne nakarmienie dziecka nie wiążące się z negliżem od pasa w górę. Po sześciu miesiącach bycia mamą czasami mam szczerze dość bycia bufetem na nogach. Przyznaję też, że wolę karmić Miecia w domu niż poza nim, ale nie zawsze jest to możliwe. Z karmieniem wiąże się bowiem masa ceregieli: wyjmij pieluszkę, rozepnij bluzkę, o! właśnie spadł smoczek, szybciej bo dziecko płacze, o nie! wypadła mi wkładka ze stanika, wrrr. Stop!

Wszystkich zbulwersowanych widokiem karmiącej mamy w miejscu publicznym (swoją drogą nigdy nie spotkałam się z negatywnym odbiorem ”face to face”) uprasza się o wyrozumiałość. Uwierzcie, że nie robimy tego po to by pochwalić się dużym, pełnym mleka biustem, ale dlatego, że usilnie próbujemy uspokoić nasze płaczące, głodne dziecko. Lubimy czasami jeszcze wyjść z domu i przypomnieć sobie o tym, jak wygląda galeria handlowa czy obiad w restauracji. Chcemy tylko w spokoju zjeść posiłek, zrobić zakupy lub załatwić sprawę w urzędzie. A nie ma lepszego uspokajacza niż cycek. Uwierzcie. Też go ssaliście.




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x