Macierzyństwo? Weź nie strasz!

Najgorsze miały być pierwsze trzy miesiące. Pamiętam, jak spotkałam się z wprawioną w bojach mamą dwójki małych dzieci. To właśnie ona powiedziała mi, że najgorsze będą te pierwsze trzy miesiące.  Byłam wtedy w tak zaawansowanej fazie ciąży, że nie widziałam już swoich stóp i musiałam wierzyć na słowo mężowi, że one nadal są tam, gdzie były kilka miesięcy wcześniej. Odwrotu już nie było, a ja myślałam przerażona: „Co? Trzy miesiące!? Aż trzy? Jak ja sobie @#%!& dam radę?”

W międzyczasie czytałam o tych wszystkich zimnych posiłkach połykanych bez gryzienia. O tych nieprzespanych nocach, śmierdzących kupach i kolkach. Wczoraj Miecio skończył 22 miesiące, a ja próżno szukam w pamięci tych wszystkich destrukcyjnych momentów, które miały mi złamać psychikę.

Kolki. Przechodziliśmy przez to i to „bardzo”. Ale kiedy to było? Ja już tego zupełnie nie pamiętam. W Chinach mówi się o tym czasie „100 dni płaczu”. Pierwsze trzy miesiące życia dziecka to wieczny problem z puszczeniem bąka, bo do tego sprowadza się dziecięca kolka. Prawda jest taka, że podawaliśmy preparaty rozmaite i te czeskie i polskie, masowaliśmy brzuszek i czekaliśmy. Mam wrażenie, że leczone, czy też nie kolki wyglądają zawsze tak samo. To trzeba po prostu przeczekać.

Karmienie piersią. To jest takie uwiązanie. Nic nie możesz. Ani zjeść tego co lubisz, ani napić się wina. Poza tym nie wyjedziesz nigdzie bez dziecka. No i powinnaś karmić jak najdłużej. Ile fabryka dała. Ja karmiłam 15 miesięcy. Pod koniec tylko jedna piersią, więc wyglądałam jak Upadła Madonna z Wielkim Cycem pędzla van Klompa, ale dałam radę. I jadłam wszystko! A jak wesele jakieś się przytrafiło to odciągałam pokarm i zdrowie Młodych wypiłam bez problemu. A teraz? Tęskno mi za tym karmieniem. Z trzech powodów. Po pierwsze bliskość z Mieciem. Gdy karmiłam wtulał się we mnie godzinami. Po drugie mogłam jeść wszystko, a i tak chudłam. A teraz samo patrzenie na czekoladę przez pięć minut to pół kilo więcej na wadze. A po trzecie mogłam bezkarnie wylegiwać się w łóżku i oglądać zaległe filmy i seriale pod pretekstem wydłużających się karmień, których Miecio tak bardzo potrzebował. 😉

Morze Pampersów. To też miało być takie straszne. Że podobno w pierwszym okresie schodzi nawet po 12 pieluch na dobę. Ba! U nas były takie dni, że schodziło 16. Ale były to pojedyncze przypadki i kto by je teraz pamiętał. A jak jest obecnie? Janek przewija Miecia dopiero wtedy, kiedy gołym okiem widać, że pielucha już nie daje rady. Porzekadło mówi: przy pierwszym dziecku kupujesz najdroższe pieluchy, przy drugim sięgasz po te najtańsze, a przy trzecim baczysz tylko na to, żeby dziecko nie narobiło ci na kanapę.

Brak snu. Do dziś mnie dopada i to w całym macierzyństwie jest dla mnie najtrudniejsze. Zmęczenie w prostej linii wpływa na moje postrzeganie świata. A przerywany sen jest tak samo do bani jak przerywany stosunek. Pomaga jak umarłemu kadzidło. Ani to przyjemne, ani pożyteczne. Ale tych totalnie nieprzespanych nocy było naprawdę mało. A dziś 22 miesięczny Miecio przesypia je całe. Mało tego, rano to ja muszę go budzić do żłobka. Owszem, są dni, że coś mu się złego przyśni. Ale i ja miewam koszmary i potrafię obudzić Janka z prośbą: „Ej! Weź mi powiedz coś miłego, bo miałam zły sen”. Jaka matka taki syn.

Niedojadanie i jedzenie zimnego. Też było. Ale Miecio urodził się w maju i jedzenie zimnego latem było całkiem spoko. A do zimy nauczyłam się jeść obiad karmiąc piersią. Poza tym Mieczysław szybko zrozumiał, że z głodną matką się po prostu nie dyskutuje. Nie ma po co grzebać w bombie. Dlatego gdy wracamy ze spaceru, dostaję czas na zjedzenie czegoś i dopiero po chwili słyszę wymowne: „niam niam!”.

Nudne zabawy powtarzane w kółko. Tak było kiedy chowałam się za przezroczystą firanką i udawałam, że mnie nie ma. I takie „a ku ku” robiłam 1000 razy. Ale Miecio bardzo szybko stał się wymagającym kompanem zabaw i rozrywka niskich lotów przestała go bawić. Poza tym, jak przystało na jedynaka, jest bardzo samodzielnym dzieckiem, które potrafi zająć się sobą. To, czego ja w swoim dzieciństwie nie potrafiłam zupełnie. Ileż to razy wołałam do mojej mamy: „Mamoooo! Ale ja nie mam co robić!”. Na co zwykle słyszałam odpowiedź godną pytania: „To się rozbierz i ubrań pilnuj”. A Miecio już teraz sam się zajmuje sobą. Kiedy jednak bawimy się razem, to robimy to tak, że nawet tata nam zazdrości i przyłącza się do nas. Budujemy namiot w salonie, bawimy się w ciuciubabkę, tańczymy trzymając się za ręce, gramy w buziakowego berka albo razem gotujemy. Nuda? Gdzie tam!

Wieczny brak czasu na wszystko. Na początku rzeczywiście jest trudno. Ja na przykład czułam się totalnie zdezorientowana. Nie wiedziałam co i jak mam robić. Baby blues i totalnie zapłakane oczy na pewno mi w tym nie pomagały. Wtedy miałam ochotę na wszystko tylko nie na opiekę nad dzieckiem. A dziś zastanawiam się jak tak mogłam przebimbać czas nim urodził się Miecio. To niebywałe, ale obecnie robię trzy razy więcej niż przed urodzeniem dziecka. Zabrałam się za sport, do którego zawsze było mi jakoś tak nie po drodze. Piszę cztery artykuły na bloga w tygodniu. Mam czas na wspólny wypad do kina z mężem. Dziecko chodzi najedzone, czyste i szczęśliwe. Mam umyte i ułożone włosy, oko umalowane i uśmiech od ucha do ucha. Czy wspominałam już, że na co dzień chodzę do pracy na pełen etat, a w weekendy pstrykam sesje na bloga? A do tego mam jeszcze czas, żeby usiąść na kanapie i się trochę polenić. Owszem – mniej śpię. Ale sen jest dla mięczaków. 😉

Macierzyństwo wcale nie jest takie złe, jak je malują. Sama pisałam katastroficzne artykuły na temat trudnych początków. A teraz zastanawiam się kiedy to wszystko minęło. Czas płynie szybko, a czas z dzieckiem pod pachą po prostu zasuwa tak, że ja tego nie ogarniam. Zacierają się traumatyczne wspomnienia, a ja zaczynam rozważać co, a raczej kto będzie następny? 😉

macierzynstwo-superstyler




 

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x