Te drzwi musisz otworzyć sama

Milion razy obrażałam się na swoje słabości. Byłam zła na cały świat, że los nie obdarował mnie tą, czy inną cechą. Płakałam do poduszki, że muszę nosić okulary, bo mam dużą wadę wzroku. Mantyczyłam, że łydki za grube, nogi za krótkie, a piersi? Dlaczego nie są takie, jak u Aśki lub chociaż u Anki? Im dłużej narzekałam, tym łatwiej było mi uwierzyć w to, że za całe nieszczęście i wszystkie moje niepowodzenia odpowiadają niedociągnięcia Matki Natury.

Łudziłam się, że jak już uda mi się zrzucić całą winę na nią, to będzie mi lżej. Guzik prawda – byłam jeszcze bardziej nieszczęśliwa, bo całe to obwinianie świata za wszystkie moje krzywdy nie ruszało mnie z miejsca. Tkwiłam w martwym punkcie licząc, że pewnego dnia obudzę się idealna. Że zniknie wszystko to, co tak bardzo ciągnie mnie w dół. Że niczym Kopciuszek przed balem, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obudzę się i będę piękna… Że będę czuła się piękna…

Kompleksy liczone w godzinach, dniach i latach

Długo myślałam, że inni mają lepiej. Że im było łatwiej, bo „cośtam”. Dziś wiem, że to był mechanizm obronny, który przez lata sama sobie zbudowałam. Aśka miała lepiej, bo była wyższa i lepiej grała w piłkę. Na wuefie dawała radę, więc wszyscy ją podziwiali i lubili. Gdzie mi tam do Aśki z moimi nogami jak kłody i refleksem szachisty. Marta miała lepiej, bo miała gadane. Wszyscy ją lubili, bo była otwarta, towarzyska i miała poczucie humoru. Gdzie mi tam do niej. Zanim zdążyłam wymyślić jakąś błyskotliwą wypowiedź, reszta zdążyła już zmienić temat. Długo żyłam w przekonaniu, że świat sprzymierzył się przeciwko mnie.

Czas czyni cuda
Ten sam skurczybyk, co to nas oznacza zmarszczkami tu i ówdzie, ten sam co to nam dostawia świeczki na torcie. On pomógł mi wykaraskać się z moich kompleksów i niesprawiedliwego myślenia o sobie. Tak, NIESPRAWIEDLIWEGO, bo nikt nie zasługuje na tak złe myślenie o sobie. To czas sprawił, że zaczęłam lepiej o sobie myśleć. Oswoiłam się i zaprzyjaźniłam ze swoimi słabościami. Część z nich zwyciężyłam. Dotarło do mnie, że albo akceptuję to, co mam, z całym inwentarzem cech albo to zmieniam. Te dwie drogi i żadnej innej. To pozwoliło mi na stworzenie siebie taką, jaką akceptuję w całej okazałości. Dziś wiem, że jest tylko jedna stała cecha we mnie i jest nią nieustanna zmiana. Zmieniam się ja: pokornieję, staję się bardziej wyrozumiała dla własnych słabości, jestem skoncentrowana, zdeterminowana i wiem czego chcę od życia. Zmienia się też moje ciało, a ja nauczyłam się zauważać te zmiany, polubiłam je lub przeciwstawiam się im. Sport stał się nierozłączną częścią mojej codzienności, bo lubię czuć się zdrowo i witalnie. Lubię widzieć kolejne zarysowujące się mięśnie na moim ciele. Mięśnie, o które wcześniej bym siebie nie podejrzewała. Lubię dbać o swoje ciało. Robię to z ogromnym szacunkiem, bo wiem, jak wiele razy wystawiałam je na próbę. Ciąża nie pozostawiła go obojętnym. Czas daje o sobie znać. Z każdym miesiącem, kwartałem i rokiem w lustrze doliczam się nowych zmarszczek. Pielęgnację swojego ciała traktuję jako inwestycję w siebie. Pragnę, by służyło mi ono w zdrowiu i witalności jak najdłużej. Jeszcze parę lat temu nie zwracałam zbytniej uwagi na zabiegi pielęgnacyjne. Wystarczył prysznic, jakiś krem do twarzy, balsam do ciała raz w tygodniu i tyle. Dziś moja półka z kosmetykami jest zapełniona po brzegi. Kiedyś nie przyszłoby mi do głowy, by wydać na jakikolwiek kosmetyk kilkadziesiąt czy kilkaset złotych. Wycieczka, jakiś sprzęt do domu, ciepły płaszcz na zimę, ale żeby kosmetyki? Dziś wiem i rozumiem, że najważniejsze jest to, co mam zawsze przy sobie. Dbam o psyche i ciało, bo te mam tylko po jednej sztuce na całe życie. Jeśli nie zadbam o nie teraz, być może kiedyś stanie w opozycji do moich planów na życie. Może kiedyś odmówi mi posłuszeństwa. Ktoś pomyśli, że to próżne tak dbać o siebie. Kiedyś być może pomyślałabym tak samo, ale dziś moje ciało z umysłem tworzy nierozłączną i pogodzoną ze sobą całość. Dobrze by jedno zawsze nadążało za tym drugim.

Bez kompleksów sięgnęłam po pierwszy krem przeciwstarzeniowy. Biologicznie nasze ciało zaczyna starzeć się już po 18tym roku życia. Pierwsze widoczne gołym okiem konsekwencje tego procesu zaczynamy ponosić około trzydziestki, czyli wtedy, kiedy życie zaczyna nam smakować najbardziej. Kiedy godzimy się z naszymi kompleksami. Akceptujemy nasze ciało, nasze słabości. Zaczynamy tak szczerze kochać siebie. Stajemy się bardzo samoświadome. To dobry moment, by świadomie też zadbać o ciało. Od jakiegoś czasu, dwa razy dziennie wklepuję w moją skórę pierwszy poważny krem anti-aging Revitalizing Supreme Light + Global Anti-Aging Cell Power Creme Oil-Free od Estée Lauder. I gdyby nie to, że zaczęłam go stosować, nie zauważyłabym, że moja skóra zdążyła się już nieco zestarzeć. Jak to możliwe? Procesy starzeniowe postępują bardzo powoli. Nie widzimy ich obserwując się codziennie w lustrze. Kiedy jednak sięgamy po kosmetyk, który przeciwdziała takim procesom i odblokowuje odmładzające mechanizmy wewnątrz skóry, to działa tak, jakbyśmy cofały się w czasie. Przekładając to na normalny język: cera staje się jędrniejsza, bardziej elastyczna, drobne zmarszczki znikają, a skóra wygląda na pełną energii. Od pewnego czasu raz na miesiąc chodzę do kosmetyczki na oczyszczenie twarzy, regulację brwi i zabieg dotleniający skórę na twarzy. Ostatnio dawno się nie widziałyśmy z Natalią, moją kosmetyczką. Kiedy mnie zobaczyła zapytała prosto z mostu: „No dobra, przyznaj się gdzie byłaś i co robiłaś. Twoja skóra wygląda dużo lepiej, jędrniej i młodziej.” I gdyby nie to, że sama przetestowałam ten krem na swojej skórze, to nie uwierzyłabym, że sam kosmetyk może zdziałać takie odmładzające cuda. To właśnie za sprawą tego kremu wrzuciłam na bloga pierwsze zdjęcie zupełnie bez makijażu (to z sali treningowej).

Krem do twarzy świetnie działa w połączeniu z kremem pod oczy Revitalizing Supreme+ Global Anti-Aging Cell Power Eye Balm, który stosowany rano i wieczorem rozświetla skórę pod oczami, nawilża ją i uelastycznia. A pewnie nie muszę wam przypominać, że skóra pod oczami to jedyne miejsce na naszym ciele pozbawione gruczołów, dlatego właśnie tam najszybciej się starzeje, staje się cienka, pomarszczona i papierowa. Pisałam wam o tym jakieś sto tysięcy razy.

 

Wszystko jeszcze przede mną
Za parę dni skończę 32 lata. Mam wspaniałego męża, dwóch zdrowych synków, pracę która jest moją pasją, jestem zdrowa, spełniona i szczęśliwa. A mimo to żyję w poczuciu, że wszystko co najlepsze wciąż jeszcze przede mną. Dziś wiem, że po wszystko muszę sięgnąć sama. Nikt za mnie nie odrobi lekcji z bycia szczęśliwą i spełnioną kobietą. Nikt nie uwolni mojego potencjału. Nikt nie uleczy mnie z moich słabości, więc albo je zaakceptuję, albo z nimi powalczę. Sił mam pod dostatkiem. Z każdym dniem jakby więcej…

A teraz Wasza kolej Kochane! Napiszcie jakie hasło definiuje Was w na tym etapie życia i wyjaśnijcie dlaczego. Jedna z Was, której historia będzie najbardziej motywująca i niezwykła, dostanie wyjątkową nagrodę: zestaw kremów od Estée Lauder Revitalizing Supereme + oraz złoty plakat ze swoją życiową maksymą. Tak wyjątkowej nagrody na naszym blogu jeszcze nie było. Macie czas do 25.11.2017r do końca dnia. Trzymam za Was kciuki. Odpowiedzi wrzucajcie w komentarzach na blogu, koniecznie do swojej odpowiedzi dodajcie hashtag #UnlockYourPotential !

 

WYNIKI KONKURSU:

Swoim komentarzem urzekła nas Anna Młódzik i to ona zdobywa wyjątkową nagrodę od Estée Lauder. Gratulujemy! W prywatnej wiadomości wyślij nam swoj adres korespondencyjny i numer telefonu. <3

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x