Tak źle nie było…

Mniej piszę o tym, co gra we mnie w środku. I to też jest powód, dla którego jest gorzej niż wcześniej. Kiedyś miałam przynajmniej czas na to, żeby poużalać się nad sobą. Powiedzieć Jankowi jak brakuje mi naszych wspólnych poranków z kawą. Jak brakuje mi sobotnich, kilkugodzinnych śniadań i rozmów przy naszym kuchennym stole. Mam nieodparte wrażanie, że mózg przeszedł w tryb uśpienia emocji. Teraz liczy się przetrwanie. Każdy kolejny dzień za nami to małe zwycięstwo. Zwycięstwo w walce, której końca nie widać.

Zawsze zastanawiałam się kiedy ludzie twardo osiadają na ziemi. Kiedy zaczyna ich toczyć to co tu i teraz. Marzenia ograniczają się do codziennych małych przyjemności: żeby się wyspać, żeby nadrobić z robotą, żeby zapłacić rachunki. Zawsze daleko było mi do takiego myślenia. Owszem, odgrywało to znaczącą rolę w moim życiu, ale żeby jarać się takimi „sukcesami”? Ja, MamaSamoZło zostałam stworzona do większych projektów. Tak myślałam, zanim nie urodziłam dwójki dzieci.

Zawsze zastanawiałam się, kiedy ludzie przestają się trzymać się za ręce. Kiedy następuje ten moment, że albo już tego nie czujemy, albo o tym nie pamiętamy, albo nie wypada, albo co gorsza: nie ma jak. Jako mała dziewczynka myślałam, że ludziom po ślubie nie wypada chodzić za rękę, a później poznałam TatęNowejEry i okazało się, że ślub nie musi być w tym przeszkodą. I kiedy myślałam, że już nic nie stanie na drodze naszej szczęśliwości, wówczas pojawili się Oni.

Po urodzeniu Mieczysława każdy centymetr mojego umysłu i ciała bronił się przed macierzyństwem. Baby Blues, który płynnie zahaczył o depresję poporodową sprawił, że długo nie kochałam własnego dziecka. Ale tak serio, serio. Prócz rozpaczy i lęku o to, jak to teraz będzie, nie czułam nic. Broniłam się przed zmianą, która w gruncie rzeczy na tamtym etapie była już nieodwracalna. „Czas na zastanowienie to tym miałaś przed dwoma kreskami na teście ciążowym, droga panno” – zdawał się moralizować wewnętrzny głos rozsądku. Ogromną pomocą i wsparciem była wtedy moja relacja z Jankiem. Nasza miłość, niegasnące napięcie między nami, pozwoliło mi przetrwać ten czas. Długo myślałam o tym, że moje macierzyństwo jest inne od wszystkich. Że nic ani nikt nigdy nie przysłoni mi miłości do mojego męża. Że jego kocham najbardziej, bo sama go sobie wybrałam, bo był pierwszy, bo to z nim, a nie z dziećmi zostanę do grobowej deski. I wszystko byłoby cudownie gdyby nie to, że pojawiło się drugie dziecko, a ja straciłam kontrolę nad poukładanym światem emocjonalnym.

Zima  w naszej relacji przyszła zupełnie niepostrzeżenie. Zupełnie tak samo jak niepostrzeżenie i niespodziewanie na świecie pojawił się Zygmunt, nasz drugi syn. Weszliśmy na wyższy stopień wtajemniczenia. Początki dawały ułudę normalności. Dawały nadzieję, że w sumie to nie zmieni się nic. Bo przecież najgorsze już mamy za sobą. Wiemy czym jest życie z dzieckiem i jak taka codzienność wygląda. Byłam święcie przekonana, że skokiem na głęboką wodę jest samo wejście w macierzyństwo, a nie jego zwielokrotnianie. W budowaniu pozorów pomagał fakt, że ze szpitala wróciłam sama. Zygmunt został na oddziale i nabierał sił, a ja wróciłam do świata dobrze mi znanego. Do męża i do dziecka wróciła żona i matka. Podskórnie czułam, że będzie inaczej choć nic, zupełnie nic wtedy na to nie wskazywało.

„On ukradł nam bliskość.” –  powiedziałam do Janka wbijając wzrok w karmionego piersią Zygmunta. „Kocham go nad życie, ale on nam to zrobił. Perfidnie zagarnął nas dla siebie”. Nie jestem w stanie określić momentu, w którym to się stało. Może wtedy, kiedy obydwaj chłopcy wylądowali między nami w naszym małżeńskim łożu. A może wtedy, kiedy z Zygmuntem trafiliśmy na 17 dni do szpitala, a po powrocie staraliśmy się nadgonić tylko z tym, co najpilniejsze. A może wtedy, kiedy zamiast pójść na randkę tylko we dwoje, bo przecież babcia specjalnie po to przyjechała do chłopców, woleliśmy pojechać na zakupy, bo w lodówce tylko światło, a sama woda nie zmyje zacieków z łazienkowego lustra.

I tak oto dopadło mnie macierzyństwo ze wszystkimi swymi cudami, magią, przywarami i  upierdliwościami. Wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot  i wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle, bo gdzieś po drodze zaczęłam gubić to, co od zawsze było dla mnie motorem do mojego własnego prywatnego spełnienia.

Przestaliśmy być dla siebie partnerami, kochankami. Staliśmy się rodzicami tych samych dzieci. Ludźmi, który za wszelką cenę starają się przetrwać każdy kolejny dzień. Obydwoje zmęczeni do granic możliwości zaczęliśmy grać do swoich pojedynczych bramek, a nie do jednej wspólnej. Bardzo szybko zagraliśmy sobie na nerwach. Spięcia i napięcia to była nasza codzienność. Marzyło mi się, żeby wyjść z domu i przez trzy dni na nich nie patrzeć. A ucieczka od problemu to najgorsze z możliwych rozwiązań w takiej sytuacji. W najgorszych momentach zapomnienia miałam wrażenie, że nie mam już nawet siły by na niego patrzeć. Denerwowało mnie to, że jest zmęczony tak samo jak ja. Że nie służy ramieniem i nie mówi: „Weź się wyśpij, kochanie!”  tylko sam pokątnie kładzie się spać gdzie bądź. Nie mogłam na niego patrzeć. Denerwowało mnie w nim wszystko, a najbardziej to, że już nie byliśmy razem. Nie szliśmy ramię w ramię. Nie graliśmy w jednej drużynie, a już na pewno nie do tej samej bramki. Pytanie tylko, które z nas bardziej próbowało strzelić sobie samobója?

Szczera rozmowa i konfrontacja twarzą w twarz udowodniła nam, że nie damy rady być we wszystkim najlepsi, i że to dążenie do perfekcji zwodzi nas na manowce. Przypomnieliśmy sobie jak dobrze nam było, gdy szliśmy ramię w ramię, równo obok siebie wspierając się każdego dnia. Przyznaliśmy sobie, że teraz jest najgorzej. Że tak źle i trudno między nami jak jest teraz, już raczej nie będzie. Obiecaliśmy sobie, że to jest marginalna granica naszego oddalenia. Dalej nie idziemy. Zapomnieliśmy w tym wszystkim sprawdzić, jak się ma nasza miłość. Czy jest, czy dycha, czy tętni w niej i buzuje krew. Przed zapomnieniem uchroniły nas resztki refleksji, o którą tak ciężko w zmęczonej głowie.

Dzieci to piękna sprawa. Dzieci to najsłodszy i najcudowniejszy czynnik destrukcji związku. Wystarczy chwila nieuwagi, a już zawłaszczają całych nas wyłącznie dla siebie.

Nam się to przytrafiło. Na szczęście – na chwilę. Piszę o tym ku przestrodze. I trochę też na pamiątkę, bo cwany i leniwy umysł często wypiera z pamięci to co złe, trudne i ciężkie. Przetrwaliśmy to. Daliśmy radę. Idziemy dalej. Za rękę. Kochając się!

kryzys w związku




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x
Przeczytaj poprzedni wpis:
Storytel
Jak nie zgłupieć przy dzieciach

Znacie takie twierdzenie, że ciąża wysysa mózg z kobiety? Od wielu mam słyszałam, że mają nieodparte wrażenie, że razem z...

Zamknij