Nigdy nie było mi po drodze z pewnością siebie. Moja wielowymiarowa inność nigdy nie sprzyjała pewności. Od dziecka na bakier z mainstreamem. Nie umiałam wchodzić na trzepak, bałam się biegać po drzewach. Klasyczny przykład królewny z drewna. Panienka z okienka, która raczej się nie wychyla. Moja mama bez oporów ubierała mnie na dwór w piękne sukienki, bo wiedziała, że ani się w nich specjalnie nie ubrudzę, ani ich nie zniszczę. Nie ta dynamika. Kiedy dziś patrzę na szaleństwo w oczach Miecia zastanawiam się, czy on na pewno jest mój. 😉 Na szczęście geny Janka naprawiły co trzeba. Ja w jego wieku wychodziłam na dwór z dwoma lalami pod pachą. Misternie usadzałam je na ławce pod blokiem, w którym wówczas mieszkaliśmy. Mogłam tak siedzieć godzinami, bawiąc się używając jedynie wyobraźni. I choć sam obrazek mógłby być dla kogoś kwintesencją przepięknego dzieciństwa, to ja sama nie czułam się piękna. Wręcz przeciwnie.

Mała brzydula

Ludzie, którzy znali mnie w podstawówce, nie dali by za mnie funta kłaków. Pulchna dziewczynka w grubaśnych okularach i to z zezem. Dorosłym wydawałam się rozkoszną wiewióreczką z moim piskliwym, pełnym nieśmiałości głosikiem. Dla rówieśników byłam książkowym okazem odmieńca, z którego wiecznie ktoś sobie robił żarty. Bo okulary, bo nie umie złapać piłki, bo nie wchodzi na trzepak, bo za wolno biega. Wszystko nie tak. Zwolnienie z WF-u, które miałam przez pewien czas ze względu na wadę wzroku, jeszcze bardziej budowało przepaść pomiędzy mną a rówieśnikami. Zapewnienia rodziców o tym, że dla nich jestem najpiękniejsza, niewiele mi dawały. To właśnie w tamtym czasie ubzdurałam sobie, że dopiero wtedy będę piękna, kiedy inni tak o mnie powiedzą. Inni, obcy. Bo przecież sama nie mogę się tak czuć. Nie ma na to szans…

pewność siebie

Śmiejesz się do mnie, czy ze mnie?

W liceum sytuacja wcale nie była lepsza. Bo choć raz na jakiś czas zdarzał się ktoś, kto zauważał we mnie potencjał, to ja sama nie byłam w stanie uwierzyć we własne możliwości. Wtedy marzyłam o tym, by wbić się w tłum. By być taką jak inni, choć nigdy nie miałam do tego predyspozycji. Nie zliczę, ile razy znałam dobrą odpowiedź na zadane przez nauczyciela pytanie, ale nie podnosiłam ręki tylko dlatego, żeby nie wychodzić przed szereg. Chciałam być jak reszta. Tylko moja polonistka zauważyła mój potencjał, choć w tamtym czasie ja uważałam, że zwyczajnie się na mnie uwzięła. Podrzucała mi książki, lektury nadprogramowe i kazała mi z nich przygotowywać streszczenia, pisać prace. Dzięki niej zauważyłam, że mogę więcej, inaczej, i że to wcale nie jest złe. Musiało minąć jeszcze wiele czasu do momentu, kiedy naprawdę poczułam swoją wartość.

Nie śpiewaj proszę

Moja pasja, jaką było śpiewanie, też mi nie pomagało. Wybijałam się, wychodziłam przed szereg. Iluż wtedy było wokół mnie znawców muzyki, którzy twierdzili, że się do tego nie nadaję. Trafiłam wtedy na świetną nauczycielkę śpiewu, która najtrudniejszą pracę odwaliła za mnie. Uwierzyła w moje możliwości. Coś, co dla mnie było wtedy nie do przejścia.

Nawet wygrane w konkursach nie potrafiły przekonać mnie samej do tego, że jestem w tym dobra. Zawsze w głowie były argumenty, że konkurencja była słaba albo wybrana piosenka zbyt łatwa. Sama byłam swoim największym przeciwnikiem. Nie potrzebowałam już loży szyderców. Sama ją sobie stworzyłam…

pewność siebie

Ludzie drogowskazy

Pisałam już o nich parę razy na blogu. Było ich kilkoro. Była pani od śpiewu, pani od polskiego, przyjaciółka poznana dopiero tu w Warszawie i Janek. Ludzie, którzy zarażali mnie entuzjazmem do siebie samej. Może to zabrzmi kuriozalnie, ale widząc ich podziw dla tego co robiłam, powoli zaczynałam wierzyć w to, że jestem coś warta, i że jestem piękna. Niektórzy dostają to w pakiecie od Matki Natury. Inni muszą o to walczyć przez całe swoje życie. Bliżej mi do tej drugiej grupy. Ale być może przez to, że tak trudno mi zobaczyć w sobie samej piękno, to bardziej je doceniam…

Entuzjastka ludzkiego piękna

Uwielbiam komplementować ludzi. Uwielbiam dostrzegać w nich piękno i mówić im o tym. Kto mnie zna, ten wie, że jestem entuzjastką ludzi. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, uczyć się od nich, słuchać ich historii. Właśnie dlatego tak bardzo lubię moją pracę, bo w dużej mierze opiera się ona na stałym kontakcie z ludźmi. Nigdy nie zapomnę jak na jednym ze spotkań w dziale marketingu firmy produkującej słodycze, pewien chłopak opowiadał mi o badaniach na temat tego, jak Polacy otwierają czekoladę. Od której strony się do niej dobierają i w jaki sposób rozrywają papier. To było niezwykłe, fascynujące.

Są ludzie, którzy mogliby funkcjonować sami na świecie, a są tacy ludzie jak ja, którym inni potrzebni są do życia. Ja od innych czerpię energię, radość do życia. To mnie napędza.

pewność siebie

Dziś sporo już wiem o sobie

To nie było tak, że w moim życiu nastąpił jakiś przełom, że pewnego dnia stanęłam przed lustrem i powiedziałam: „Wow! Ależ ja jestem piękna.” To był bardzo długi  i mozolny proces, który cały czas trwa. Najwięcej nauczyłam się od innych. Podejścia do życia, pokory, umiejętności cieszenia się małymi rzeczami, akceptacji siebie. Do dalszej efektywnej pracy nad sobą potrzebowałam zrozumieć i docenić to, co już mam. To było bardzo trudne, bo wówczas umiałam jedynie umniejszać swoim zdolnościom, umiejętnościom i osiągnięciom. To zawsze było „tylko”, a nie „aż” tyle. Rachunek sumienia był konieczny, ale długo się do niego zbierałam. Nauczyłam się słuchać i słyszeć to, co mówią o mnie inni. Nauczyłam się w to wierzyć i przyjmować komplementy.

Kiedy więc zobaczyłam najnowszy spot Dove, który teraz leci w TV (tu macie link), to wydał mi się niezwykle bliski i jakże wzruszający. O innych jestem w stanie powiedzieć tyle dobrego, ale o sobie? Ciągle nad tym pracuję. Nic w życiu nie było dla mnie tak trudne do osiągnięcia, jak wiara we własne piękno.

A Wy czujecie się piękne?

pewność siebie