Nigdy się tego nie doczekam

Pod ostatnim artykułem Janka o tym, jakie głupoty wkładali nam do głowy rodzice pojawił się komentarz o tym, że w ostatnim czasie króluje moda na narzekanie na rodziców. Autorce komentarza nie chodziło bynajmniej o to, że ta moda to tylko u nas na blogu, ale ogólnie jest tak, że ostatnio narodził się nurt, szczególnie w naszym pokoleniu, by rozliczać naszych rodziców z tego jakie to błędy popełnili wychowując nas. Postanowiłam więc przyjrzeć się temu tematowi, bo wydał mi się nadzwyczaj bliski. Chcecie wiedzieć dlaczego?

Żyjemy bardziej

Jesteśmy pokoleniem zupełnie niedotkniętym przez traumatyzujące doświadczenia, w które wrzuciłaby nas historia. Nie zaznaliśmy wojny, skrajnego głodu, ubóstwa czy klęski żywiołowej na skalę całego społeczeństwa. Żyje nam się dobrze. Wygodnie, komfortowo i bez większych problemów, jakimi obciążałby nas świat, który nas otacza. Dlatego tak bardzo koncertujemy się na sobie. Wsłuchujemy się w siebie, we własne potrzeby. Mamy czas i co ważniejsze, wewnętrzną potrzebę, by rozkładać na czynniki pierwsze nasze emocje, by przyglądać się wartościom, którymi się kierujemy, by świadomie wybierać styl, w jakim chcemy przemierzyć swoje życie. Baczniej obserwujemy to, jak nasze życie wpływa na innych i jak inni wpływają na nas. I właśnie w tym należy poszukiwać powodów, dla których narzekamy na naszych rodziców.

Każdy problem ma swoje podłoże w dzieciństwie

Nasze pokolenie zdaje się wręcz nadużywać tej zasady. Masz problem z nawiązywaniem kontaktów facetami? A czy twoi rodzice tworzyli szczęśliwy związek? Masz trudność ze znalezieniem pracy na stałe, bo szybko ci się nudzi to, co robisz? A czy w dzieciństwie łatwo rezygnowałaś ze swoich celów? Przyczyn naszych życiowych niepowodzeń szukamy w pierwszych latach naszego życia. I w sumie robimy to słusznie. A skoro szukamy ich w dzieciństwie, to z pewnością ich źródłem są nasi rodzice. Na pewno źle nas wychowali, bo albo nie umieli, albo nie im się nie chciało. Problem często tkwi w tym, że za bardzo koncentrujemy się na przyczynie naszego problemu, a nie na próbie jego rozwiązania. To, że przyczyna problemu sięga zamierzchłych czasów nie oznacza, że całe nasze życie musi być naznaczone tymże zdarzeniem. W większości przypadków wystarczy chcieć. Najprostsze i najtrudniejsze zadanie jednocześnie. Bo kim byśmy byli bez naszych trosk i problemów? Dla części z nas to podstawa naszej egzystencji. Znam ludzi, których sensem życia jest codzienne umartwianie się i rozpamiętywanie tego, co było. Są na co dzień bardzo nieszczęśliwi.

Mamy dwie opcje

Albo odpuścisz, albo coś z tym zrobisz. Część tematów wystarczy przegadać, by uświadomić sobie, że problem już dawno jest za nami, że nas nie dotyczy. Pewnych rzeczy zmienić się już nie da. Na przykład charakteru wścibskich, nadopiekuńczych czy zaborczych rodziców. Nie da się porozmawiać z mamą, której już nie ma, a która za mało przytulała nas w dzieciństwie. W takiej sytuacji najlepiej jest pozostawić rzeczy swojemu biegowi, odciąć się od tego, co podcina nam skrzydła i zacząć żyć swoim WŁASNYM życiem. Zamiast więc mieć wieczne pretensje do przeszłości, bo tata zmarł za wcześnie, bo mama nie przytulała wystarczająco, bo rodzice nie wierzyli w nasze możliwości, można po prostu zostawić to za sobą i zacząć żyć z czystą kartą. Trudne, ale do wykonania.

To tak boli

Wszyscy ludzie z problemami, których poznałam w swoim życiu, ciągnęli je za sobą od wielu, wielu lat. Dobrze, jeśli byli ich świadomi. Gorzej, jeśli żyli z przysłowiowym kamykiem w bucie wmawiając sobie, że z nimi wszystko jest okej tylko świat się ich czepia. Sama długo nie zdawałam sobie sprawy z moich słabości i problemów ciągnących się ze mną od dzieciństwa. Marzyłam o tym, by ludzie mnie akceptowali, by mieć grono przyjaciół wokół siebie, a dziś wiem, że na początku musiałam się nauczyć samoakceptacji, a przyjaciel wystarczy jeden. Dużo czasu upłynęło, bardzo dużo przemyśleń przemknęło przez głowę, zanim to zrozumiałam.

Ostatnio usłyszałam szalenie mądre zdanie, którym muszę się z wami podzielić: „Dorosłe dzieci liczą na przeprosiny od rodziców, a rodzice czekają na podziękowania od dorosłych dzieci. Zwykle żadna ze stron nie dostaje tego, czego pragnie.” Jakież te słowa wydały mi się mądre. Być może dlatego, że tak bardzo mnie dotyczą.

Tworząc własną rodzinę bardzo chciałam wystrzec się błędów moich rodziców. Na przekór ich doświadczeniom chciałam kroczyć swoją własną, można rzec autorską drogą. Dziś wiem, że czasami nie ma sensu wywarzać otwartych drzwi. Pamiętam, że kiedyś przyjechali do mnie do Warszawy. To było tuż przed staraniami o pierwsze dziecko. Bardzo, ale to bardzo chciałam im powiedzieć o co mam do nich żal. Że nie zaszczepili we mnie wiary we własne możliwości. Że nie zaszczepili we mnie waleczności o swoje. Że wychowali mnie na pełną kompleksów, zahukaną i zbyt skromną dziewczynę. Tamto spotkanie i tamta rozmowa to była totalna porażka. Tata wyszedł z mieszkania po kilku minutach wzburzony. A mama zwyczajnie się popłakała, przepraszając mnie za wszystko. Wtedy zrozumiałam, że ten krok zupełnie nie miał sensu. Że przecież oni od zawsze chcieli dla mnie jak najlepiej. A to, że zrobili to po swojemu, tak jak potrafili, nie oznacza, że zrobili to źle. Dostałam pakiet cech, które w ich mniemaniu miały ze mnie zrobić porządnego człowieka. Co wcale nie oznaczało, że muszę być taka do końca życia. Zmieniłam to sama, na własną rękę i teraz jestem szczęśliwa. Dziś to zrozumiem, a wtedy zupełnie nie mieściło mi się to w głowie. Liczyłam na to, że mnie przeproszą za wszystkie błędy wychowawcze, a oni liczyli na to, że podziękuję im za to, co od nich dostałam. Jak miałam podziękować im za coś, czego w sobie nie lubiłam? Jak mieli mnie przeprosić za coś, co zrobili dla mnie w dobrej wierze?

I tak już jest i pewnie będzie zawsze. Że pomiędzy dziećmi i rodzicami powstaje pewnego rodzaju konflikt, często nie do rozstrzygnięcia. Możemy nim żyć, przeżywać go każdego dnia, ale możemy też pójść dalej. Nie żywiąc urazy, nie hodując w sobie nienawiści. Oczyścić kartę i żyć własnym życiem, nie zrzucając brzemienia swoich problemów na innych.

Teraz jest mi to łatwiej zrozumieć, bo sama jestem mamą i wiem, że chcę dla moich dzieci jak najlepiej. Wiem też, że moje „najlepiej” może im kiedyś wyjść bokiem, a prócz tego, że jestem matką, jestem też kobietą, żoną, człowiekiem, który pragnie przeżyć swoje życie najlepiej jak potrafi. Bez oglądania się w zamierzchłą przeszłość.

relacje z rodzicami




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x