Mój ci On

Swoje szczęście zawsze widziałam u boku mężczyzny. Wiedziałam i całą sobą czułam, że najlepszy scenariusz na moje własne życie napiszę dopiero u boku faceta, który będzie dął w moje skrzydła, i który da mi upragnione poczucie bezpieczeństwa.

Często zastanawiałam się chadzając na randki, jak to jest, że mimo pasujących do siebie charakterów i podobnych zainteresowań, w niektórych parach trybi, a w niektórych nie. Sama nieraz padałam ofiarą kupidyna, który zdążył ustrzelić mnie, ale na mojego wybranka zabrakło mu strzały. A że z natury jestem bardzo kochliwa, to zawsze starałam się zrozumieć, dlaczego nie zagrało, mimo że wszystko na początku układało się idealnie. Żeby nie było, że ze mnie taka ofirara losu: zdarzały się też sytuacje odwrotne. Trafiał mi się rycerz na białym koniu, który przychylał mi nieba i deklarował dostarczenie krokodyla pod wskazany adres, ale coś jednak było nie tak. Chodziło o takie nanomomenty. O to, że nie tęskniłam wystarczająco często w ciągu dnia, że wcale nie czekałam na kolejnego SMSa. Że denerwował mnie jego śmiech i to jak gestykulował opowiadając kawały. Miałam też kiedyś taką historię, w której mój ówczesny absztyfikant potajemnie spotykał się też z inną dziewczyną w tym samym czasie. Między nami było dobrze. W mojej opinii sytuacja była rozwojowa. A jednak wybór padł na tę drugą, a cała historia skończyła się na ślubnym kobiercu, więc to nie była taka tam znajomość. Nie było dramatów, ani rozpaczy, ale była ciekawość. Nurtowało mnie i nie dawało mi spokoju jedno. Jak śpiewa Urszula Dudziak: „co ona ma, że oszalałeś tak do końca do dna. Kim ona jest i co zrobiła, że tak dobrze ci jest?”.

Pamiętam tę naszą pierwszą randkę z Jankiem. Sytuacja była o tyle kuriozalna, że znalazłam się w tamtym miejscu, tamtego dnia tylko dlatego, że kilka godzin wcześniej zadzwonił do mnie ówczesny absztyfikant mówiąc, że raczej nic więcej, z tego co było między nami nie będzie. Przyszłam wyżalić się koledze i jakoś tak trafiłam na Janka. Nie poczułam gromu z jasnego nieba. Nad Jankiem nie widziałam żadnej świetlistej poświaty. Kupidynek nie szeptał mi do ucha, że to ten jedyny. Żadnej magii, żadnego przeczucia. NIC. Mimo to, zostałam dłużej niż planowałam, bo jakoś tak dobrze nam się rozmawiało. Pamiętam, że po północy dołączył do nas kolega Janka, który zrobił nam to pamiątkowe zdjęcie. Janek zażartował wtedy: „Krzysiu, to moja nowa dziewczyna.” Gdyby wcześniej ktoś mnie tak przedstawił znajomym, jarałabym się jak pochodnia. A wtedy nie poczułam nic. Mało tego, tegoż samego wieczoru spotkałam też innego znajomego, który również znał Janka. I on gorliwie odradzał mi prowadzania się z tym typem. Bo to lekkoduch, synek mamusi, Piotruś Pan i przemądrzały prymus z pierwszej ławki. Taki głos rozsądku od życzliwej mi osoby, a mimo to nie posłuchałam.

Do dziś nie wiem co zaważyło na tym, że to akurat z Jankiem napisałam ten scenariusz do filmu „I żyją długo i szczęśliwie.” Nie wiem dlaczego to jego ciężki dla otoczenia sposób bycia, wymagająca uroda i trudny charakter skradły moje serce bez reszty. Nie było znaków na ziemi i niebie. Dlatego za każdym razem, kiedy dostaję wiadomość z pytaniem gdzie i jak się takich Janków szuka, zwyczajnie nie wiem co napisać.

Jedenaście lat temu spotkaliśmy się w zupełnie zwyczajnym miejscu, nie szykując się na bóg wie co. Zwyczajne spotkanie, które przez te 11 lat zmieniło nasze życie do reszty. Dziś mamy dwójkę dzieci, wspólnie tworzymy bloga ścierając się przy pracy każdego dnia. Spędzamy ze sobą 24 godziny na dobę, co jest najtrudniejszym egzaminem dla naszego związku. Wychodzenie na miasto zamieniliśmy na wspólne uprawianie sportu. My: Flip i Flap zabraliśmy się za sport. Kiedyś na studiach na zajęciach z terapii par opowiadano nam o związkach roboczo zwanych jamochłonami. To byli ci, co to wszystko razem, tacy co kończą swoje zdania i spijają sobie z dzióbków. Wtedy gardziłam takimi związkami, a dziś sama w takim jestem i przepełnia mnie szczęście.

Naszą największą siłą jest to, że potrafimy sumować nasze siły jednostkowe. To jest największym motorem w naszym związku. Że motywujemy się nieustannie do zmian, do pracy nad sobą. Buduje nas szczerość i szacunek do siebie. Przyjaźnimy się i lubimy ze sobą być, tak po prostu. Ale ja w dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego to właśnie na nas padło tamtego dnia.

A teraz zapraszam Was do obejrzenia kilku naszych starych zdjęć. Pośmiejcie się na zdrowie. 🙂




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x