Poranna kawa z widokiem na resztki kafelków kuchennych i rury z ciepłą i zimną wodą biegnące donikąd uświadomiły mi, że nasz remont przeszedł w fazę realizacji. Realizacji pełnej potknięć, bo okazało się, że kredytu nie załatwia się z dnia na dzień, mimo zapewnień pana z banku, że to przecież prosta formalność. Do tego brak samochodu w ostatnich dniach bardzo dał nam się we znaki i pozwolił docenić cud techniki jakim jest pojazd zmotoryzowany, czterokołowy, nawet taki w wersji niewypasionej. Tęskno mi za tymi welurowymi obiciami siedzeń, plastikową deską rozdzielczą i delikatnie spękanym zderzakiem.

Stoję w miejscu gdzie jeszcze wczoraj była kuchnia, a już za jakiś czas będzie pokój Miecia i JużNieFelka. Omiatam wzrokiem kartony. Liczę szybko sumując w pamięci. W samej kuchni stoi ich 7. Do tego w sypialni kolejne 10. No i jeszcze w salonie pod ścianą jakieś 5. W weekend Janek wyniósł kilka do piwnicy. Pytam więc małżonka ile tych pudeł zatachał na dół. Szybko policzył że jakieś 10. A i tak nie wszystko jeszcze spakowane. Sporo nam się tego nazbierało przez 8 lat. Duża część i tak wylądowała na śmietniku. Sporo tego mamy: książek, filmów, ubrań, pamiątek, garnków, zabawek, sprzętów. O mojej kolekcji obuwia nie wspomnę. Dużo tego, choć mieszkanie niezbyt wielkie. Pewnie dlatego Jan tak bardzo naciskał na szafy w każdym kącie do nowo zaprojektowanego mieszkania.

Stoję więc w miejscu dawnej kuchni, popijam kawę i zastanawiam się, co też z tych wszystkich rzeczy jest dla mnie najcenniejsze. Pierwsza myśl: komputer! Mam tam wszystkie zdjęcia, nawet te stare, zeskanowane. Masa wspomnień zamkniętych w niewielkim laptopie, a do tego możliwość kontaktu ze światem online’owym, wszystkie ważne i mniej ważne maile. Listy miłosne od Janka, bo przecież nasze pokolenie wysyłało je sobie na Gronie, a nie gołębiem pocztowym. Tak, komputer to jest ta rzecz, którą zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę. Telefonu bym nie brała. Bo przecież dziś można się ze sobą komunikować za pomocą komputera, a tak przynajmniej nikt nie zawracałby mi głowy. Czy zabrałabym pamiątki? Nie, bo te najważniejsze mam w pamięci. Owszem fajnie jest mieć wspólne fotografie, ususzone kwiaty z pierwszej randki, bransoletkę szpitalną z datą narodzin dziecka i telegramy ślubne zamknięte w ozdobnym pudle, ale jeśli kiedyś musiałabym zostawić za sobą wszystkie te rzeczy, to nie rozpaczałabym zupełnie.

Kilkanaście lat temu moją rodziną wstrząsnęła historia: bliska kuzynka została ogołocona z całego bagażu wakacyjnego. Pojechała ze swoim chłopakiem nad polskie morze, cały dobytek zostawili w samochodzie i ktoś im ten samochód bardzo sprawnie, w pół godziny opróżnił. U nas to rodzinne, że lubimy się stroić, dlatego kuzynka została pozbawiona wszystkich najmodniejszych ubrań tamtego sezonu, a do tego jakże drogocennego w tamtym czasie depilatora, oryginalnych perfum, kosmetyków, ale przede wszystkim biżuterii. To była prawdziwa tragedia. Pamiętam jak wszyscy to przeżywaliśmy. Dla mnie to była wręcz niewyobrażalna strata. Jako czternastolatka, zaczynająca wówczas gromadzić swój posag, niewiele jeszcze miałam, a każda z posiadanych przeze mnie rzeczy na własność miała dla mnie ogromne znaczenie.

Dziś wszystkiego mam pod dostatkiem. Kosmetyków, ubrań, perfum, biżuterii, depilatorów i innych sprzętów niezbędnych do życia współczesnej pani domu. Ale przysięgam  – jeśli zaszłaby taka potrzeba wyszłabym w tym momencie z domu nie zabierając ze sobą niczego.  Nawet wcześniej wspomniany komputer zostawiłabym bez żalu. Jeśli musiałabym opuścić dom teraz, natychmiast, w kapciach, to nawet nie pokusiłabym się o szukanie drobiazgu do schowania w kieszeni. Nie ma rzeczy, która byłaby  konieczna dla utrzymania mojego psychicznego dobrobytu. Żaden pierścionek, talizman ani nawet stare zdjęcie babci. Wszystko co najważniejsze mam w głowie, w pamięci.  Lubię ładne i przydatne rzeczy, ale żadna z nich nie jest mi potrzebna do szczęścia. Jestem wolna od posiadania i wiem, że to przedmioty często bywają dla nas kotwicami, kamieniami u szyi. Unieruchamiają nas w miejscu, nie pozwalają wyrwać się z utartych schematów. Trzymają w miejscu, mimo że świat płynie dalej.

Może to przez to, że tyle razy przeprowadzałam się z miejsca na miejsce. Odkąd jestem w Warszawie robiłam to już kilkanaście razy. Może też dlatego, że w moim domu rodzinnym wszystkie moje pamiątki z dzieciństwa po przeprowadzce rodziców do nowego domu ciągle są w kartonach. A ja nie mam potrzeby, by je przeglądać w każde święta Bożego Narodzenia. Może to przez to, że wiele rzeczy już zgubiłam podczas tych wszystkich przeprowadzek, a z każdą kolejną zapodzianą rzeczą było mi coraz mniej żal. A może dlatego, że to co najważniejsze mam zawsze przy sobie. I okazuje się, że żadne rzeczy nie są mi już do szczęścia potrzebne.

posiadanie