Jesteś moim numerem jeden. Niezmiennie.

Ciągle nim jesteś, choć jest trudniej niż myślałam. Wcześniej wydawało mi się, że jak już sobie postanowię, że będziesz tym jednym jedynym, to nikt ani nic tego nie zmieni. A jednak… Los lubi płatać figle. Na drodze stawia pokusy, jakby codziennych trosk było za mało.

Pamiętam te uśmiechy pełne niedowierzania kiedy mówiłam, że moja hierarchia miłości nigdy się nie zmieni. Pamiętam, bo trochę mnie to wkurzało, a trochę martwiło. Zupełnie tak, jakby wszyscy wiedzieli coś, o czym ja nie miałam bladego pojęcia. I trochę tak było. Nie wiedziałam bowiem, jak wielkie sidła zastawi na mnie najmniejszy człowiek świata. Jak bardzo będzie próbował pokrzyżować mi plany. Na jakie próby wystawi naszą relację.

Urodził się i wszyscy w koło zapałali do niego miłością. Jakiż on był malutki, jakiż różowiutki, a ten nosek jaki piękny, a te oczka takie boskie. Nic tylko zakochać się na zabój. A dziś jak patrzę na jego zdjęcia z pierwszych dni życia, to zachodzę w głowę, co nam się w nim podobało. Takie to małe, żółte i bezzębne było. A jednak już wtedy kochane. Na tyle kochane, że od początku próbował pokrzyżować plany naszej wielkiej miłości. Bo my przecież obiecaliśmy sobie być dla siebie numerami jeden. I wszystko szło gładko, jak po maśle, dopóki to, co rosło w moim brzuchu nie postanowiło wyjść na zewnątrz.

W pierwszych chwilach, kiedy snu jest jak na lekarstwo, kiedy każdy centymetr ciała boli i kiedy głowa pełna jest lęku o to, jak to teraz będzie, człowiek nie myśli o miłości. Wtedy człowiek myśli o przetrwaniu. O tym żeby te pierwsze dwa, trzy miesiące jakoś minęły. Później jest już łatwiej. Ale to właśnie wtedy często następuje zmiana w hierarchii miłości. Bo ten pierwszy, do tej pory najważniejszy, nie rozumie naszego baby bluesa, wynosi się do salonu na kanapę żeby się wyspać, albo zwyczajnie nie pali się do pomocy przy dziecku. A na prośbę by zmienił pieluchę odpowiada, że przecież robił to wczoraj. Wtedy łatwo jest się nabrać, na te buzujące w nas emocje. Bo zmiany każdy przeżywa inaczej. Jedni się z nimi konfrontują, inni uciekają. Każdy musi mieć czas, żeby się z tym wszystkim oswoić. U nas oswajanie trwało jakieś dwa miesiące. Wtedy nikt nie mówił głośno o miłości. Owszem – była z nami na co dzień. Ale nikt nie próbował jej ustawiać, brać w ryzy, czy nie daj Bóg nazywać po imieniu. Na to daliśmy sobie czas. Wszak od miłości do nienawiści jeden krok. 😉 Oboje pamiętaliśmy jednak, że obiecaliśmy to sobie. Kochać się najbardziej. Dlaczego tak? Bo partnera wybierasz sobie sam lub sama. Jest on zbiorem cech najbardziej atrakcyjnych dla ciebie. A nawet jeśli coś jest nie tak, to w trakcie budowania relacji masz czas żeby to zgłosić, żeby o tym porozmawiać, żeby nad tym popracować. A dziecko? Ono rodzi się ze zbiorem cech sięgającym nawet do kilku pokoleń wstecz. Nikt nie da ci gwarancji, że nie będzie tak wkurzające jak twoja teściowa, albo złośliwe jak twój pradziadek. Owszem, nasze dzieci kochamy bezgranicznie – ale nie zawsze je lubimy. Czasami nie dopuszczamy do siebie takiej myśli, żyjąc w poczuciu winy, że coś jest z nami nie tak, skoro nasze własne dziecko tak bardzo działa nam na nerwy. I choćby z tego powodu powinniśmy pielęgnować uczucie i relacje z naszym partnerem. Wystarczy przypomnieć sobie ile czasu i nerwów straciliśmy na ich budowanie. I żeby była jasność: tu wcale nie chodzi o to, żeby dziecko kochać mniej, ale o to, żeby miłość do dziecka nie przysłoniła miłości do partnera. Pamiętajmy, że on był pierwszy. 😉

Parę dni temu były Walentynki. U nas dzień jak codzień, z tą różnicą, że mnie dopadło przeziębienie i łeb mi pękał z bólu. Nie zmieniło to jednak faktu, że jak każdego dnia, wyznałam mojemu mężowi miłość chyba z kilkanaście razy. Bez okazji, bezinteresownie. Nie było też prezentów. Ale my swój najlepszy prezent otrzymujemy każdego dnia. Mówiąc do siebie: „Kocham Cię najbardziej na świecie” – naprawdę w to wierzymy.

jak uratować związek




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x