Nie zrobisz mi tego mamo…

Napiszę ten tekst, żeby sobie tutaj był. Żebym za jakiś czas mogła do niego wrócić. Żebym zawsze zdołała o tym pamiętać. Takie tematy odwlekamy w czasie. Na nie nigdy nie ma dobrego momentu. Staramy się myśleć tylko pozytywnie. Czarnowidztwo odpychamy od siebie z całych sił, łudząc się, że skoro sami nie przyciągamy takich myśli, to one nie przyciągną nas. Prawda jest jednak taka, że nie uciekniemy przed tym, co nieuchronne.

Widziałam wiele tragedii ludzkich. Jedne działały mocnej na moją wyobraźnię, inne mniej. Jedne zabierały dech tak, jakby to wszystko przytrafiło się mi. Inne, obserwowane z bezpiecznej odległości, pobudzały jedynie wyobraźnię. W mojej najbliższej rodzinie nigdy takich historii nie było. Babcia Stefcia zmarła na starość. Dziadek Antoś i Babcia Kazia umarli wcześniej chorując, ale dożyli sędziwych lat, siwych włosów i stadka wnucząt. Nie osierocili swoich dzieci młodo. W mojej najbliższej rodzinie nikt przewlekle nie choruje. Nikt nie miał wypadku, ani nie zmarł nagle.

Dlatego do dziś trudno jest mi wyobrazić sobie, co czuł Janek kiedy jego mama umierała na jego rękach. Dziś w szczerej rozmowie mówi mi, że wtedy ratowało go tylko to, że nie miał świadomości, że ten koniec to już. Parę dni wcześniej był jeszcze z mamą na zakupach. Dlatego kiedy jej stan się pogorszył myślał zwyczajnie, że to drobny kryzys i choć zdawał sobie sprawę, że jej dni były policzone, to nie miał pojęcia, że to zdarzy się właśnie wtedy. Takie chwile zmieniają nas na zawsze. Później ciężko nas złamać. To widzę po Janku. Kiedy ja zaczynam panikować, że jakieś pismo polecone czeka na poczcie, że opłaty nie zrobione, że projekty na czas jeszcze nie gotowe, wtedy on mnie uspokaja: „Jest dobrze, żyjemy. A dopóki żyjemy wszystko jest dobrze.” Niby takie proste, ale osobie, która nigdy nie doświadczyła i nie zobaczyła śmierci na własne oczy jakoś tak trudno w to uwierzyć.

Moja mama parę tygodni temu zachorowała na półpasiec. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że był to drugi półpasiec w przeciągu roku. Mama czuła się źle, żeby nie powiedzieć, że bardzo źle. A musicie wiedzieć, że moja mama, #BaciaSamoZło to kobieta z azbestu. Ona nie z tych, co by po złamanym paznokciu rozpaczały. Nie to pokolenie, ani nie ta mentalność. Katar i przeziębienie zawsze znosiła z godnością. Zmartwiło mnie to nieco, bo lekarze na których trafiła w szpitalu w te pędy położyli ją na oddziale zakaźnym. Zaczęłam szukać wiedzy w Internecie: „Nawracający półpasiec często jest objawem nowotworu, który toczy się w organizmie.” Z ułamku sekundy nogi się pode mną ugięły. Zrobiło mi się słabo i zabrakło mi tchu. Po chwili słabości automatycznie przyszła złość: „No tak. Pewnie to przez te papierosy, które popala od zawsze”. A musicie wiedzieć, że zarówno ja, mój brat i tato przez pół życia namawiamy ją do rzucenia palenia. Kilka prób mamy za sobą, jednak każda bez happy endu.
Mam wrażenie, że badania trwały w nieskończoność. Mama jakby czuła się lepiej, ale poprawa nie była na tyle znacząca, żebym przestała się martwić. Na szczęście kolejne badania szły po naszej myśli. Krew w porządku. Prześwietlenie płuc w porządku. Została głowa. Pierwsze badanie, które wykonano to była tomografia. Mama o prawdziwym wyniku powiedziała mi dopiero wtedy, kiedy spotkałyśmy się twarzą w twarz. „Chyba mam tętniaka.” Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy kolację, a mi zachciało się wymiotować. Gardło ścisnęło się mimowolnie. Janek szybko zaczął zadawać pytania chcąc mnie uspokoić. Usłyszałam, że nie jest duży, że teraz to można bezoperacyjnie, i że podobno takie tętniaki w mózgu ma 1/3 żyjących na świecie ludzi. Brat mojej mamy miał tętniaka giganta, który mu pękł i ten cudem uniknął śmierci (lekarze dawali mu 2% szans na przeżycie).

Przez kilka kolejnych dni budziłam się z ciężkim kamieniem na sercu. To straszne uczucie kiedy po kilku sekundach nieświadomości po przebudzeniu, spadał na mnie niewidzialny głaz ściskając przeponę. Wtedy dużo rozmyślałam o tym, czy jakoś można było temu przeciwdziałać. Biłam się z myślami czy może dałoby się jakoś tego uniknąć, gdyby mama bardziej dbała o siebie i gdyby badała się regularnie. Zastanawiałam się nad tym, czy można było zrobić coś, by uniknąć tego rodzinnego przygnębienia związanego z oczekiwaniem na dalsze wyniki.
To były jedne z trudniejszych dni w moim dorosłym życiu. Mogę tylko wyobrażać sobie co czuł Janek kiedy mama kilka miesięcy przed śmiercią wróciła z wizyty kontrolnej z makabrycznie złymi wynikami. Tam sytuacja była jasna. U nas wszystko skończyło się dobrze. Wyobrażacie sobie? Okazało się, że badanie 3D z podaniem kontrastu i rezonans magnetyczny jednoznacznie wykluczyły tętniaka. Mama w głowie ma małą torbiel. Co to jest? Nie wiadomo. Na tym etapie jest zupełnie niegroźna. Za rok kolejne badanie kontrolne.

Dziś mama czuje się dobrze. Wygląda kwitnąco. Mam wrażenie, że i jej kamień spadł z serca. Wszak przez dobrych kilka lat nie robiła sobie żadnych większych badań kontrolnych. Rzuciła palenie. Podobno… Mam nadzieję, że to czytasz mamo, i że wiesz że my wszyscy liczymy na to, że tak właśnie jest.

Jest październik – miesiąc świadomości raka piersi. Ale może to być też dobry pretekst do wysłania rodziców na badania kontrolne, co? Niedługo święta. Może więc zamiast wymyślnego prezentu pod choinkę: kolejnej jedwabnej apaszki czy skórzanego portfela kupić mamie pakiet badań – nawet tych podstawowych. Piszę wam o tym, bo te ostatnie tygodnie dały mi dużo do myślenia. Zazwyczaj odciągamy takie myśli od siebie. Łudzimy się, że jeśli nie będziemy o tym myśleć, to nas to nie spotka. A prawda jest taka, że na każdego z nas przyjdzie kiedyś kolej. Teraz nasza w tym rola, żebyśmy ze wszystkim się w tym naszym ziemskim czasie wyrobili. Bo trochę szkoda by było… co?

badania kontrolne




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x