Szpitaling – hobby dla wytrwałych

(Jan)
Mija 15 dzień naszego pobytu w szpitalu. Co prawda była przerwa, ale mała, która kosztowała nas więcej zdrowia i nerwów, niż gdybyśmy zostali na oddziale. I choć nie spędzam tu nocy z Zyziem i Martą, a jedynie dni, to nasze wspólne spostrzeżenia są podobne. O ile walczysz o życie, twój stan lub stan twojego dziecka jest poważny, to może i widzisz w tym większy sens. Leżenie z dziećmi mającymi zwyczajne przypadłości wieku dziecięcego typu infekcje górnych dróg oddechowych, czy pospolite wirusy sprowadza się do ledwie kilku codziennych rytuałów typu kroplówka lub nebulizacja, rozdzielonych godzinami nudy. Dobrowolne więzienie, tylko że klawisze są ubrani na biało i zamiast wiskać po kieszeniach i pod pryczą, zaglądają ci w różne otwory ciała.
Co sprawia, że niemal każda matką, która trafia tu z dzieckiem prędzej czy później ma kryzys i niekiedy beczy na pół oddziału, choć maleństwu przecież się poprawia?

Lokalizacja (Jan)
My mamy nowiutki oddział tuż pod domem. To ważne. Gdy kupujesz mieszkanie albo stawiasz dom, planując wychować w nim radosną gromadkę małych szkrabów sprawdź, gdzie masz najbliższy szpital dziecięcy i przychodnię. To szczególnie ważne, gdy twoje dzieci nie są, podobnie jak nasze, terminatorami. Przyznaj się: gdy Bozia rozdawała zdrowie, ty stałaś po urodę, dowcip i polot? W takim razie twoim dzieciom można pozazdrościć mamy, ale jest duża szansa, szczególnie gdy towarzystwo pójdzie do żłobka albo przedszkola, że będziecie z mężem żyli w trójkącie: ty, on i pediatra. A do kochanka, zawsze lepiej mieć bliżej niż dalej.
Coś się dzieje z naszymi chłopakami? Dzwonimy i niekiedy nawet w ciągu 20 minut jesteśmy w przychodni przyjęci przez lekarza. Antybiotyk nie zadziałał tak jak powinien i trzeba się położyć na oddział? U nas oddział jest po prostu piętro wyżej. To duży atut, ale też czujesz czasem, że szpital wisi nad wami i to dosłownie.

Budynek (Jan)
Jest nowy. Wygląda jak z amerykańskiego serialu. Nic nie jest zniszczone. W sumie czasem nawet pachnie. W naszym kraju architekci projektujący tego typu placówki często dochodzą do wniosku, podobnie jak próbują nam to wmówić producenci farb w telewizyjnych reklamach, że biały jest za prosty, a życie to feeria barw. Takiego nasycenia kolorów jak u nas na oddziale nie ma nawet w tych wszystkich bawialniach dla dzieci z piłkami, linami i zjeżdżalniami. W izolatce mamy teraz intensywnie żółte ściany, połączone z granatem i oczojebną, pomarańczową szafeczką. Na podłodze jest za to wykładzina, która wygląda jakby ktoś zjadł ciasteczko owsiane, popił atramentem i zwrócił na podłogę. W łazience kafelki mają za to kolor pomarańczowo-różowy i są wszędzie. Nie wiem czy w zamyśle ma się pacjentom od tych intensywnych kolorów poprawić, ale nam z Martą się pogarsza. Relaksuję się patrząc na grzejnik, bo chociaż ten pozostał biały. Żeby nie było: lubię kolory, ale niekoniecznie takie jak z wiejskiej świetlicy. Po ponad dwóch tygodniach nasze oczy krwawią. Ciągle liczę, że chociaż Zygmunt czerpie z tych barw jakąś tajemną moc witalną.

Zapach (Jan)
U nas jest spoko. Pachnie czystością przełamaną delikatną nutą szpitala, ale takiego bardziej z XXI wieku, niż XIX. Są jednak szpitale, gdzie zamiast tlenu w powietrzu unosi się aromat lizolu. Są oddziały, gdzie jest tak najarane fajkami, że można się sztachnąć robiąc głębszy wdech. Kiedyś odwiedziłem kumpla na ortopedii w jednym z warszawskich szpitali. Połamał się na motorze. Narzekał, że rozjebał swoją wueskę, ale cieszył się, że może jarać leżąc łóżku, bo to go znieczulało. Faktycznie – leżał na korytarzu, na którym co drugi pacjent palił fajka. Nie uwierzyłbym, gdybym go nie odwiedził. Było to wprawdzie z 15 lat temu, ale nawet wtedy robiło wrażenie. Zresztą co ja wam będę robił tu kronikę filmową. Patologia ciąży, grudzień zeszłego roku. Zyziek pcha się na świat. W bocznej klatce szpitala co druga pacjentka z patologii urządza sobie palarnię. Zawsze myślałem, że słowo „patologia” w nazwie oddziału odnosi się do ciąży. Teraz myślę, że jednak częściowo do niektórych pacjentek. Sorka, ale nie znajdują usprawiedliwienia dla kobiety jarającej paczkę fajów dziennie, z brzuchem wielkości małego fiata. W każdym razie nikotynowa bryza udzielała się wszystkim na oddziale, a przecież jakość powietrza jest kluczowa dla chorego.

Sprzęty (Jan)
W szpitalu sprzęt jest (uwaga, będzie zaskoczenie) – szpitalny. Także nie ma bata, że poczujesz się jak w domu. To co jest niezwykle praktyczne i łatwe w utrzymaniu czystości, niestety nie pomoże ci, w chociaż minimalnym zainscenizowaniu domowego gniazdka. Dlatego pacjenci targają ze sobą własną pościel, kocyki, masę różnych drobiazgów.
Prócz sprzętów stricte dla pacjenta jak np. szafka, są też takie bardziej dla lekarzy. Zawory z tlenem, powietrzem i próżnią. Stojaki na kroplówki. I jedyny alkohol jakiego ostatnio używam. No może oprócz perfum. Desderman – żel na bazie alkoholu do dezynfekcji. Idealnie wysusza nawilżoną skórę. Efekt chińskiej bibuły gwarantowany.
Warto też wspomnieć, że na oddziale są przestronne łazienki. W izolatce mamy nawet taką na własny użytek. Czyste i schludne. Są też dwie kuchenki z lodówkami, krzesłami, stołem, czajnikiem i mikrofalówką. Pod tym względem jest nieźle.

dziecko w szpitalu

Noce (Marta)
Noce są najgorsze. I piszę to ja: MamaSamoZło, która w nocowaniu w szpitalach jest przeczołgana jak ta lala. Z dzieciństwa, kiedy w pierwszej klasie podstawówki leżałam z zapaleniem płuc, pamiętam te okrutnie samotne noce, ciągnące się w nieskończoność. Wtedy nocowanie rodziców nie wchodziło w grę. Te wszystkie odgłosy szpitalne, które nawet nocą nie cichną. Teraz jest podobnie. A to pielęgniarka wpadnie zmierzyć temperaturę. A to kolejna dawka antybiotyku do podania, a jeśli nie, to chociaż jakiś mały wziewik z tuby. Zyzia wystarczy przyłożyć do piersi i zuch zapada w głęboki, niczym nie zmącony sen. Ze mną jest zdecydowanie gorzej. Budzę się i obserwując guzdrzące się minuty na telefonie, nie mogę zasnąć. Nasłuchuję kolejnych przyjęć nocnych na oddział. Doskonale rozpoznaje kolejne etapy. Na początku badanie, kolejno przydział na salę zakładanie wenflonu i płacz. Ten nocny płacz jest taki przytłaczający. Zwykle nocą najbardziej dopada mnie tęsknota. Za Mieciem. Za ramionami Janka. Za wygodnym łóżkiem. Za domem i wszystkim tym, co kryje się w tym słowie. Nocą w szpitalu ktoś odkręca kran ze łzami. Płyną same, bezwiednie i tak ciężko je zatrzymać. Dobrze, że nocą jest ciemno i tego smutku nikt nie widzi. Noce w szpitalu są najgorsze.

dziecko w szpitalu

Spanie (Jan)
Jest taki odcinek Bear’a Gryllsa gdy ten chowa się przed burzą piaskową w zwłokach wielbłąda, wchodząc do rozerwanego brzucha padniętego zwierzęcia. Daje wam słowo, że miał tam wygodniej niż niejeden rodzic w szpitalu. My mamy tu luksus. Marcie przysługuje fotel na ryby z podnóżkiem. Jak się ma trochę farta, ustawi się w kolejce, a ktoś w międzyczasie wyjdzie do domu i zwolni, można dostać skajowe łóżko polowe. Gdy okazało się, że do szpitala musimy wrócić, szybko pobiegłem do piwnicy po dmuchany materac. Polecam wam. Wydatek żaden, elektryczna pompka jest wbudowana i choć nie jest to własne łóżko w domu, to komfort zdecydowanie większy. Z waszych komentarzy wynika, że często rodzice muszą spać na ziemi, niekiedy nawet pod łóżeczkiem. Szczęściem nie jesteśmy w sezonie zachorowań i nasz oddział jest teraz raczej pustawy.

dziecko w szpitalu

Brak konkretnych informacji (Marta)
Salowa odwiedza naszą izolatkę trzy razy dziennie. Wymienia worek ze śmieciami, przeciera zlew i podłogę. Za każdym razem niestrudzenie pyta: „I co? Wychodzicie dziś?” Każdego dnia to jej pytanie irytuje coraz bardziej. Bo tego, kiedy wyjdziemy nie wie nikt. Lekarze zdają się nas zwodzić, dając złudną nadzieję, że może po weekendzie, a następnie być może po środzie, lub najwcześniej w czwartek. To czekanie jest najgorsze. Brak konkretnych informacji rozbija codzienność na małe fragmenty. Na tyle małe, że nie da się poskładać. Robi z nich papkę. Taką plazmę, w której noc miesza się z dniem. Godzina 11 z 17 i sama już przestaję odnajdywać się w świecie, w którym się znalazłam. Zawieszona w izolatkowej czasoprzestrzeni, czekam na zwiastun poprawy. Czasami dopada mnie absurdalna myśl, że nigdy już stąd nie wyjdziemy. Wszystkie codzienne czynności odłożone w czasie. Maile odpisane nijak. „Jak tylko wyjdziemy ze szpitala to dam Pani znać.” Ta bezczynność jest przytłaczająca. Dziś obudziłam się z przeświadczeniem, że i ja zaczynam być chora. Marazm – jest taka jednostka chorobowa?

Podano do pustego stołu (Marta)
Z dzieciństwa pamiętam dowcip mojego taty: „Czym karmią w szpitalu? W szpitalu karmią salami. Najpierw jedna sala, później kolejna i tak dalej.” W tym szpitalu owszem, karmią salami, ale nie matki karmiące. Im należy się miejsce w lodówce na własny prowiant. Zyziowi przysługuje mleko w proszku, którego nie da się wymienić na schabowego dla mamy, która mleko produkuje. Tak jest w całej Polsce. Wiem to od was – same mi o tym pisałyście. Zatem codziennie rano Jan przynosi mi szamkę. Jakie to szczęście, że mamy SpokoBoxa. Problem w tym, że cała ta atmosfera szpitalna zupełnie nie sprzyja apetytowi. Od trzech dni więcej ląduje w koszu, niż w żołądku. I zaczyna się błędne koło. Ja przestałam jeść, Zyzio przestał przybierać na wadze, a lekarze wyrokują: „Chyba zatrzymuje się pani laktacja. Trzeba obserwować wagę.” A ja chcę tylko wyjść już do domu. Tam zjem konia z kopytami, obiecuję.

dziecko w szpitalu

Rodzice (Jan)
Rodzice zajmują się dziećmi, a rozmawiają głównie w kuchni i w salach, jeżeli są razem. Każdy jest zmęczony, trochę zmartwiony. Czasem słychać płacz. Nikt nie ma wielkiej ochoty na nawiązywanie znajomości, choć my z pierwszego szpitala, wtedy jeszcze z Mieciem, wynieśliśmy jedną znajomość, bo ulokowano nas z koleżanką koleżanki. Przypadkowo. Świat jest mały.
Zauważyłem też, że rodzice będący w szpitalu enty raz są bardziej wyluzowani, lepiej przygotowani, spokojniejsi. Ci, którzy są po raz pierwszy, niekiedy z nagłego powodu, są z reguły przerażeni. Człowiek ma jednak niesamowite zdolności adaptacyjne i wkrótce szpitalne pierwiastki szybko łapią oddziałową rutynę.

Pacjenci (Jan)
Niemowlaki są ok. Trzeba się co prawda nimi zajmować, ale małe toto, nie chodzi i nie będzie pamiętało szukania igłą żyły pod wenflon po wszystkich czterech kończynach.
Nastolatki też dają radę. Jest taka jedna sala. Wszyscy siedzą z laptopami, komórkami i słuchawkami. Dziś w coś grali na podłodze. Trochę im zazdroszczę. Wszedłbym zagrać, ale bałem się, że oberwę. W tym wieku dzieciaki są groźne.
Najgorsze są biegające roczniaki i ciut większe dzieci. Nie ma opcji, żeby takiego utrzymać w łóżeczku, o ile jego stan zdrowia jest dobry. Gdy byliśmy w szpitalu z Mieciem, razem z dwoma kolegami z sali stworzył trzyosobowy gang. Bandę terroryzującą szpital. Żartowaliśmy, że wszyscy zostaną wypisani na życzenie… personelu.

Kadra (Jan)
Tu my same dobre doświadczenia. Personel począwszy od lekarzy, poprzez pielęgniarki, a skończywszy na salowych jest niezwykle empatyczny i profesjonalny. Wielokrotnie pytacie nas na lajwach, do której mogę siedzieć z Martą i Zyziem. Odpowiedź: ile chcę. Wszyscy do wszystkich podchodzą z wyczuciem i po ludzku. Rzekłbym nawet, że jest dość luźno i sympatycznie. To dobrze, bo taki oddział to jednak miejsce pełne emocji i ze względu na chorobę, raczej złych.

dziecko w szpitalu

To na tyle szpitalnych refleksji prosto z sali numer trzy. Ale przecież jesteście też Wy. Opiszcie swoje przeżycia i odczucia po Waszych pobytach w szpitalu w komentarzach. Wszyscy chętnie poczytamy.




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x