Rodzina, której nie miałem

„Jaki ojciec taki syn”, „Czym skorupka za młodu nasiąknie…” i „Niedaleko pada jabłko od jabłoni” – oto klasyczne porzekadła każdej przyzwoitej teściowej o „ukochanym” zięciu. Wiadomo, że póki chłopak daje radę, to gęba w ciup, obserwacja z ukrycia i skrupulatne notatki. Ale niech mu się noga podwinie, wtedy wjeżdża na stół ten klasyczny repertuar i nie ma się czemu dziwić. W końcu jego ojciec był taki sam, więc jak tu się nie przyczepić. Ja teściową mam jak drugą mamę, a i noga mi się nie podwinęła póki co. Dzielnie walczę ze stereotypem Piotrusia Pana z Rozbitej Rodziny. Staram się nie popełniać błędów moich rodziców i jak na razie udaje się to już od dobrych kilku lat. A to nie jest takie proste i oczywiste.

Mam kilku kumpli, którym ta sztuka się nie udała. Jeden nie chciał pić jak ojciec, więc chla na umór. Drugi nie chciał puszczać żony kantem, bo stary, którego właśnie za to nienawidzi, zgotował mu i jego mamie właśnie takie dzieciństwo. Dzieciństwo pełne kłótni, matczynych łez i notorycznych wyprowadzek i powrotów ojca. Niestety z wielkich planów gówno wyszło, bo temperament dziedziczy się niekiedy po tacie. Okazuje się, że gen skurwysyństwa również, więc za młodym małżeństwem kolegi już kilka porządnych kryzysów z inną babą w tle. Jedynym, co trzyma jeszcze tę parę przy sobie, jest kredyt we franku, którego koniec spłaty wyznacza najbliższa data pojawienia się Komety Halleya, czyli 2061 rok. Jeszcze inny kolega wielokrotnie żalił mi się na podły, despotyczny charakter własnej matki, która jego, brata i bidula ojca całe życie gnębiła i za jaja krótko trzymała. Niewiele dobrego mogę powiedzieć o urodzie wybranki kolegi. Ale jeszcze mniej dobrego o lekkości jej charakteru. W skrócie herod-baba, która nie tylko jest godną następczynią matki, ale w pewien sposób jest jej unowocześnioną i usportowioną wersją. O ile karoseria niewiele się zmieniła, o tyle mamy tu nowy silnik, skrzynię biegów i większe spalanie nerwów kolegi. Kiedy wreszcie zaczną brać z naszej półki, on może być pierwszy.

Mało jest rzeczy, które sobie w życiu jakoś mocno postanowiłem. Rodzice byli niewierzący, więc nie wyrosłem na gorliwego katolika i tak samo jak oni, nie jestem wierzący. A wiara, o ile mądra, rozumna, pełna refleksji, uczy jednak pewnej konsekwencji. Ze sportem było podobnie. Niby czasem człowiek skoczył na SKSy, ale nie było w tym krzty systematyczności. Nie uprawiałem żadnego sportu regularnie. Nie byłem zawodnikiem. Nie miałem tym samym planów jako zawodnik, że kiedyś zdobędę mistrzostwo dzielnicy, miasta, województwa, a dalej może kraju i Świata. Tym samym nie wykształciłem w sobie przesadnie cech takich jak cierpliwość i determinacja.

Postanowiłem sobie jednak, że stworzę normalną rodzinę.

Rodzinę trochę taką, jak z disneyowskiej bajki. Bo nigdy takiej nie miałem, a zawsze jako dziecko mieć chciałem. Mama, tata, może jakieś rodzeństwo. Rodzice się kochają, śmieją, czasem kłócą. W sumie nic wielkiego, ale dla mnie to byłoby wtedy wszystko. Niby wychowywałem się z mamą, a tata był przyjacielem domu i często nas odwiedzał, więc pozory normalności były minimalnie zachowane. Ale to jednak nie było to, co mieli inni koledzy. W końcu moi rodzice teoretycznie wzięli ślub przed moim urodzeniem, ale kilka lat później się rozwiedli, bo i tak razem nie mieszkali. Kilka razy im to wypomniałem i wtedy zawsze słyszałem, że jak sam dorosnę, to zobaczę, jak to jest trudno.

Dorosłem.

Kłamali.

Całe dzieciństwo frustrowało mnie to, że święta są pół na pół. Trochę w domu rodzinnym, a trochę u taty. Co drugi weekend też miałem spędzać z tatą. Niby tata to był tata, ale wierzcie mi, że niektórzy z was mają wujków, z którymi żyją bliżej, i z którymi czują się bardziej związani niż ja byłem z ojcem. Niby krzywda mi się nie działa. Bywało naprawdę fajnie. Ale ta notoryczna zmiana klimatu, otoczenia czy zasad wpływała destrukcyjnie na moją dziecięcą psychikę. Oczywiście teoretycznie nie znałem innego sposobu na życie, więc wszystko powinno być w miarę okej, ale pamiętajmy, że mądrzejsi od nas wymyślili pojęcie rodziny składającej się z mamy i taty żyjących razem. Dwoje zakręconych ludzi, z których żadne nie chce odpuścić i choć teoretycznie się kochają, to nie potrafią się dogadać, nie opracuje przecież nowej recepty na idealną rodzinę dwa zero. I choć zawsze przedstawiali mi to jako rozwiązanie, które jest całkiem w porządku, to z perspektywy czasu myślę, że różowo zdecydowanie nie było. Wiem, że inni miewają gorzej, ale nie chcę tu robić plebiscytu na rzewność historii.

Brak ojca na wyciągnięcie ręki odbijał się czkawką w różnych momentach życia. Na przykład wtedy, gdy spadał łańcuch od roweru. Cholerny rometowski Reksio w kolorze zielonego metalika. Sąsiad, który widząc moją mamę mocującą się z tylną zębatką i łańcuchem, niekiedy był tak uprzejmy, że pomagał w naprawie. Zawsze wtedy leciały siarczyste słowa kończące się konkluzją, że projektant tego socjalistycznego cudu techniki powinien sam popierdalać na tym gównie aż do śmierci i może wtedy by się nauczył nieco prostych zasad mechaniki.

Brakowało taty, gdy mama miała swój biznes. Sklep papierniczy w centrum miasta. Samochodu nie było. Zresztą sam ojciec nadal go nie ma. Jeździłem z mamą do hurtowni papierniczych i targaliśmy ciężkie zeszyty w takim śmiesznym wózeczku na dwóch kółkach, jaki mają niektóre babcie na bazarach, gdy udają się po świeże warzywa. Zeszyty były w trzy linie, jedną linię, w kratkę i gładkie. A w wózeczku pewnego dnia odpadło kółko. Mijałem czasem kolegów, gdy tak szliśmy objuczeni z mamą. Kurwa, ale się wtedy wstydziłem…

Brakowało taty gdy mama zachorowała na raka. Miałem 15 lat, gdy mama wyczuła pod prysznicem guza. Miało być dobrze, bo przecież nie każdy guz to rak. Ale to był rak. Miało być dobrze, bo to był mały guz. Guz nie był mały, tylko rozlany. Miała wystarczyć drobna operacja zachowująca pierś. Nie wystarczyła i konieczna była mastektomia. Raka miało nie być w wyciętych spod pachy węzłach chłonnych. Ale był. Choć normalnie badali wtedy około dziesięciu węzłów zadziałały jakieś znajomości mojego wujka i przebadali mamie aż dwadzieścia dwa wycięte węzły. I ten dwudziesty drugi okazał się felerny. Potem była chemia i masa dolegliwości z tym związanych. Największą jednak dolegliwością nie była łysa, obolała mama z nudnościami, chorująca na śmiertelną chorobę. Największą dolegliwością był brak taty na wyciągnięcie ręki, który by nas objął i powiedział, że mamy nie płakać, bo wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze, bo on tak mówi!

Pamiętam jak w wieku 16 lat wyjechałem z przyjaciółmi do Grecji. Czterdzieści osiem godzin w autokarze na mityczne Wybrzeże Olimpijskie. Siedzimy na miejscu i któregoś dnia schodzi temat na naszych rodziców. Pytają o moich, a ja się jąkam jak głupi. Oni, jak na złość, dociekają czy mieszkamy wszyscy razem. Wreszcie cały w stresie wyznaję, że są rozwiedzeni, a oni, że przecież wiedzą to i czemu robię z tego tajemnicę. Dziś to niestety norma, ale wtedy dla mnie to był powód do wstydu.

Gdzieś w tamtym czasie zaczął mi się też klarować obraz mojej przyszłej rodziny. Pełnej, normalnej, zwyczajnej. Czerpiącej z najlepszych cech tradycyjnego konserwatyzmu i liberalnej nowoczesności.

Czyli ślub, a nie życie na kocią łapę. Bo lubię ważnym dla mnie kwestiom nadawać odpowiedni ciężar gatunkowy. Niby zawsze można się rozwieść, ale jeżeli to takie łatwe w małżeństwie, to jak będę żył na kocią łapę odejść mogę jeszcze prościej. A cały pic nie polega na tym, by uciekać przed trudnymi sprawami, ale by stawiać im czoła.

Czyli miłość i przyjaźń jednocześnie. Moim najlepszym przyjacielem, jest moja żona. Nie wiem, jak można żyć inaczej. I nie chodzi mi o jakąś nierozłączność, pojętą w chory sposób. Ale ze wszystkich kumpli do picia, najbardziej lubię pić z Martą. A że Marta teraz nie pije, bo karmi, to nie piję również ja, ponieważ przyjaciela należy wspierać. To też trochę wypadkowa bycia wychowywanym przez mamę i babcię. Dżender-srender, ale sorka – kobiety są dla mnie lepszą połową społeczeństwa. Nie żebym źle się dogadywał z facetami, ale wolę kobiety. A szczególnie jedną. „Bo są dużo bardziej dobre” – wiem, może to mało „po polsku”, ale tak właśnie uważam. A już szowinistycznych najazdów z cyklu „Bo baby są takie czy owakie” nie trawię kompletnie i tylko wrodzona kultura osobista i opanowanie powstrzymuje mnie przed strzeleniem delikwenta, który tak gada w ryj.

Czyli podział obowiązków, ze względu na bieżące potrzeby i kompetencje, a nie ze względu na rodzaj narządów rozrodczych. Faktycznie rodzenie dzieci i ich karmienie piersią naturalną siłą rzeczy musiałem zostawić małżonce. Ja w zamian zobowiązałem się do ogarnięcia w przyszłości raka prostaty. Reszta obowiązków dzielona jest tak, żeby było lepiej. Gotuje ten kto chce, a nie ten kto w tradycyjnym postrzeganiu rodziny niby jest do tych garów stworzony. Sprzątanie czy pranie podobnie. Dzieci ogarniamy oboje. Remont oboje. Bloga oboje. Marta ma okazję wyjechać do Nowego Jorku o czym marzyła niemal od urodzenia? Jedzie, a ja zostaję z dzieciakami i jako wsparcie i zabezpieczenie logistyczne na wypadek choroby przyjeżdża babcia. Czy zazdroszczę Marcie wyjazdu? Pewnie, ale wiem, że jak tam kiedyś z nią pojadę, każę jej mnie oprowadzać. Poza tym gramy do jednej bramki i choć kiedyś wydawało mi się to nie do pomyślenia, szczególnie jako jedynakowi, jej sukcesy są moimi. Naprawdę tak to odbieram. Wiecie jakie to uczucie, gdy na twoją satysfakcję ze swojego życia pracujesz nie tym sam, ale razem z ukochaną osobą? A u nas od niedawna w sumie pracują aż cztery osoby, bo przecież nie można zapomnieć o drugiej sile napędowej naszego związku jaką są, prócz naszej miłości i przyjaźni, nasi chłopcy.

Czyli dzieci, bo dzieci to nie tylko niesamowita siła każdej rodziny, ale też motor wielu zmian na lepsze. Odkąd pamiętam w mojej rodzinie ludzie tylko umierali. Kolejno żegnałem ukochanego dziadka, mamę, potem ciotki, babcie. Dziś w mojej rodzinie wreszcie ludzie się rodzą, a to prawdziwy powód do szczęścia, na który czekałem całe 31 lat. Prócz tego, że dzieci to szczęście, odpowiedzialność i obowiązek, to również bezmiar miłości i, przynajmniej dla mnie, niesamowicie mocny fundament cementujący związek. Szczególnie, gdy wiesz jaką krzywdę wyrządza się dzieciom, niszcząc im rodzinę, w której zostały powołane do życia. Na to staram się szczególnie uważać.

Mam nadzieję, że przyzwoity kawałek tekstu wyszedł z tych poniedziałkowych, wielkanocnych refleksji nad podstawową komórką społeczną – rodziną. Nie śmiem nikogo pouczać, jak powinno się żyć. Żyjcie, jak uważacie. Są gorsze rzeczy od rozwodu, a i rozwód jest niekiedy mniejszym złem. Zresztą zawsze powtarzam, że tak naprawdę mądrzyć będę się mógł w ostatniej minucie życia, gdy ten mój najważniejszy, życiowy projekt, moje magnum opus, powiedzie się.

Pamiętajcie jednak proszę, że rozwód rodziców to nic fajnego dla dzieciaka. Chcesz się rozwieść? Nie rób dzieci! Masz dzieci? Zrób wszystko, co w Twojej mocy, by się nie rozwodzić. I nigdy nie trywializuj tego. Miłość, małżeństwo, dzieci – to wszystko musi mieć swoją wagę, swój ciężar. Tym nie można się bawić. To jest cholernie poważne. I nigdy nie skreślajcie ludzi z rozbitych rodzin. Wielu popełnia te same błędy swoich starych. Ale nie wszyscy. Są tacy, którzy nie tylko mają mózgi, ale też nie boją się ich używać, mają swoje zasady i potrafią wyciągać wnioski z historii własnych rodziców. A teraz idźcie dać buziaka swoim najbliższym, bo są Święta, które właśnie się kończą. Tanie zakończenie, ale chociaż buziak niech będzie słodki.

rodzina




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x
Przeczytaj poprzedni wpis:
chrzest
Chrzest Zyzia – kilka wspomnień

Chrzest Janka odbył się w Tworkach. Dokładnie tam, gdzie do dziś znajduje się jeden z największych, jeśli nie największy szpital psychiatryczny...

Zamknij