Krótka historia hejterki

Ania lubiła pohejtować mamuśki. „Madki”, jak sama zwykła je nazywać. Wkręcała się na grupy dyskusyjne dla mam i „baitowała madki” czyli prowokowała je hejterskimi komentarzami do reakcji. Sama oczywiście bezdzietna. Lat około dwudziestu. Z profilu na Facebooku wynika, że co prawda kocha zwierzęta, ale nie cierpi dzieci, matek i kościoła. Jeśli chodzi o humor to bawią ją żarty z raperów, Holocaustu i śmierci Jana Pawła II. Ponoć cicha, spokojna, nieco wycofana. Stawiająca pierwsze kroki w amatorskim modelingu. Jednak bez większych sukcesów. W Internecie odważna i chamska. Lubiła sobie pohejtować „dla żartu” jak potem ze łzami w oczach tłumaczyła. I pewnie folgowała by sobie dalej, gdyby 19 marca nie trafiła ze swoimi igraszkami na fanpage SuperStylera na Facebooku. A my się tu w tańcu nie pierdolimy…

Hejt to forma agresji. O agresji możemy mówić wtedy, gdy jest i atakujący, i atakowany. Zawsze twierdziłem, że skoro chamskie komentarze nas nie dotykają, bo z racji samej ich formy w dupie mamy ich autorów i nie liczy się dla nas ich zdanie, to ciężko mówić o hejcie. Ale SuperStyler jako blog się rozrasta. Ciężko o hejterów, gdy masz całych 300 fanów i nikt cię nie czyta. Gdy masz ich ponad 100 000 tylko na samym Facebooku zawsze trafi się ktoś, kto albo jest walnięty w łeb, albo zwyczajnie ma gorszy dzień i chce ci dokopać.

Zapalnikiem hejtu może być wszystko. Mleko modyfikowane, szczepionki, składy kosmetyków, bujaczki, słoiczki, wózki dziecięce, usypianie, wreszcie imiona dzieci czy zwyczajne zdjęcie z kąpieli – to tematy, które ściągały u nas hejterskie komentarze tylko w ostatnich kilku tygodniach.

Jako blogerzy staramy się chłodno podchodzić do sprawy. Moderujemy dyskusje, usuwamy hejterskie komentarze, blokujemy szczególnie uciążliwych i chamskich użytkowników psujących nam i naszym czytelnikom dobrą zabawę i coś co można nazwać „miodnością” pisania (dla nas) i czytania (dla Was) bloga.

Takie podejście jest nieraz krytykowane jako forma cenzury i ograniczanie wolności wypowiedzi. Zawsze tłumaczę, że wolność wypowiedzi istnieje po pierwsze w granicach prawa. Po drugie oznacza możliwość chociażby założenia strony internetowej, gazety czy telewizji po uzyskaniu wymaganych zgód. Nie oznacza jednak, że możesz wbić się w mój wycinek Internetu i wypisywać co tylko ci ślina na język przyniesie, a ja nie mam prawa nic z tym zrobić. Gdyby tak było nie miałbym przycisków „usuń komentarz” i „blokuj użytkownika”.

Z drugiej strony merytoryczne i wyważone komentarze będące w opozycji do naszego podejścia zawsze są mile widziane, bo są solą ziemi każdej dyskusji.

Nie lubię kombatanckich opowieści, ale kto nas dłużej śledzi ten wie, że po opublikowaniu zdjęcia z porodu 10 grudnia 2016 roku poznaliśmy smak polskiego hejtu w każdej możliwej konfiguracji.

Przetestowaliśmy również różne taktyczne rozwiązania wobec hejterów. O tym, kiedy indziej, ale najskuteczniejsze jest, co było do przewidzenia, wycinanie w pień hejterskich komentarzy i blokowanie samych hejterów. Głównymi beneficjentami takich zdecydowanych działań nie jest zresztą sponiewierane ego blogera, ale pozostali użytkownicy bloga czy fan page’a. Z wyjątkiem ludzi zaburzonych psychicznie i emocjonalnie nikt normalny nie czerpie wszak przyjemności z taplania się w szambie internetowej gównoburzy. Która zresztą z reguły nie dotyczy niczego specjalnie ważnego o co można by spierać się dłużej niż pięć sekund.

Wróćmy jednak do historii Ani. 19 marca tego roku wrzuciliśmy takie oto zdjęcie:

hejt superstyler

Wśród wielu miłych czy wesołych komentarzy pojawił się ten:

hejt superstyler

Odpowiedzieliśmy w charakterystyczny dla nas sposób. Pół żartem, półserio. Ania brnęła jednak dalej. Kolejny komentarz utwierdził nas w przekonaniu, że mamy do czynienia z internetowym trollem bez jakichkolwiek zasad. Trudno bowiem dyskutować z kimś, kto niewinne niemowlę nazwa „gównięciem”.

hejt superstyler

hejt superstyler

I tu kluczowa jest Wasza rola, jako naszych czytelników. Jedna z Was, Sylwia, napisała, że komentarze Ani są celowe. Że z hejtu i szkalowania matek zrobiła sobie sport i uprawia go na różnych grupach i stronach na Facebooku. Druga z Was, Ilona, szybko sprawdziła profil hejterki i znalazła miejsce jej pracy.

hejt superstyler

hejt superstyler

Ania pracowała w kawiarni. Kawiarnia miała kilka punktów. Ania pracowała w jednym z nich. Na własnym profilu nawet poszukiwała pracowników do pracy w rzeczonym lokalu. Mało to rozważne umieszczać takie dane na otwartym profilu, ale u większości hejterów próżno szukać krzty logiki. Pech chciał, że kawiarnia promowała się na Facebooku jako miejsce rodzinne, przyjazne mamom, dzieciom. Cóż… postawa pracującej tam Ani ni w ząb nie licowała z wartościami jakie przyświecały temu miejscu.

Jak przystało na blogerów, powinniśmy zrobić szum. Napisać emocjonalny post, w którym oznaczylibyśmy kawiarnię. Szybko zrobiłby się dym. Ale postanowiliśmy załatwić to inaczej. W końcu właściciel kawiarni najpewniej nie wie kogo zatrudnia i co ten ktoś robi poza godzinami pracy. Bezpośrednie mieszanie go z tą sprawą bez wcześniejszej rozmowy i poinformowania o zaistniałej sytuacji byłoby krzywdzącym go błędem.

Zatelefonowałem. Właściciel okazał się być właścicielką, a sama właścicielka młodą mamą dwójki dzieci. Opisałem sytuację, przesłałem zrzuty ekranu. Właścicielka, z pewną zrozumiałą rezerwą, obiecała zająć się sprawą.

W kolejnej rozmowie telefonicznej wspomnianej rezerwy już nie było. Pani Właścicielka podkreśliła, że takie zachowanie jest absolutnie niedopuszczalne, że sama ma dzieci i tego typu wypowiedzi jej pracownicy zwyczajnie nie mieszczą się jej w głowie.

Wiem, że pewnie zastanawiacie się, co to za kawiarnia i kim jest Właścicielka. Pani Właścicielka prosiła mnie, aby w miarę możliwości przedstawić ją i jej biznes anonimowo, co niniejszym czynię. W całej tej sprawie jest też częściowo poszkodowana i w żaden sposób nie jest winna. Przedstawiona zaś historia tylko pokazuje, że na hejterstwie tracą wszyscy. Hejter, hejtowani i osoby postronne. Ale wróćmy do naszej „bohaterki”.

Oczywiście pewna siebie Ania z Internetu, o specyficznym i ostrym jak brzytwa poczuciu humoru, okazała się być w pracy cichą, spokojną i nie wyróżniającą się osobą. Ot zwykła, szara myszka. Choć nadmienić trzeba, że w opinii swojej pracodawczyni Ania nie była lubiana przez pozostały personel z racji swojej konfliktowości.

Pani Właścicielka po naszym telefonie i wymianie maili przeprowadziła z Anią rozmowę. Harda Ania z Internetu w realnym świecie już taka harda okazała się nie być. Popłakała się. Powiedziała, że wszystkie te komentarze pisała dla żartu i nie podejrzewała, że kogoś mogą one urazić…

Dziś mogę Wam napisać, że te komentarze drogo Anię kosztowały bowiem Ania wyleciała z roboty na przysłowiowy zbity pysk!

Może to być o tyle dotkliwe dla naszej hejterki, że według Pani Właścicielki Ania miała problemy finansowe i potrzebowała tej pracy. Tym bardziej zaskakuje tak duży brak roztropności w jej postępowaniu.

Na koniec mam do Was krótki przekaz. Hejt to nic fajnego, ale można z tym walczyć. Nie trzeba wielkich środków, nakładu pracy, prawników, wpływów. Wystarczy zrzut ekranu, email, telefon. Zacznijcie z tym coś robić. Wiem, że czasem niektórych patrzących z boku, hejt może cieszyć. Fajnie, gdy ktoś dosra znanemu aktorowi, popularnemu piosenkarzowi albo jakiejś poczytnej blogerce. Ale pamiętajcie, że dziś ten hejt dotyka ich, a jutro może dotknąć Was, albo, co gorsza, Wasze dzieci. Zamiast tylko się temu przyglądać, można z tym coś zrobić. A wierzcie mi, że jedynie wielokrotnie i konsekwentnie powtarzane działania przyniosą taki skutek, że za kilka lat nawet ledwo piszący kilkulatek będzie wiedział, że w sieci warto być miłym, grzecznym i uprzejmym. Podobnie jak na ulicy.

Badania dowodzą, że przestępcy nie boją się wysokości kary, a jej nieuniknioności. Przecież nikt nie popełnia przestępstwa czy wykroczenia mając stuprocentową pewność, że go złapią. Jeżeli więcej osób zacznie walczyć w hejtem już niedługo nie będzie on tematem rozmów, debat, dyskusji. Nie będzie powodował stresu, smutku czy łez. Tych dziecięcych i tych całkiem dorosłych. I już żaden dzieciak nie powiesi się z jego powodu na skakance.

Jest o co walczyć, dlatego udostępnijcie ten post. Niech dla tych mądrzejszych będzie inspiracją do walki z hejtem, a dla tych głupszych przestrogą przed hejtowaniem. Nie warto dla kilku wątpliwych chwil chwały w sieci ryzykować swoim realnym życiem.

Pewnie zastanawiacie się, czemu zamazaliśmy nazwisko Ani? Naszym zdaniem Ania została ukarana za swoje podłe zachowanie. Lincz na Ani nie jest naszym celem. Jeżeli jednak dowiemy się od Was, że Ania nadal hejtuje matki w sieci i im dokucza odsłonimy jej nazwisko i uczynimy ją sławną na całą Polskę.

Dziękuję Pani Właścicielce Kawiarni za odpowiedzialną postawę w tej sprawie. Dziękuję również Naszym Czytelniczkom, a szczególnie Sylwii i Ilonie za dociekliwość i trzymanie ręki na pulsie. Tacy Czytelnicy to skarb!

Ania ponoć obiecała, że nas przeprosi. Do dziś tego nie zrobiła. Usunęła za to swoje komentarze. 🙂

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x