Pamiętam ten poranek jakby to było dziś. Te kilka sekund po przebudzeniu kiedy świadomość jeszcze śpi, myślami próbujesz ogarnąć jaki to dziś mamy dzień i jaka jest lista zadań na najbliższe godziny. Wtem świadomość wita się z myślami po nocnej przerwie, niewidzialny głaz spada na klatkę piersiową i zatyka dech. W ułamku sekundy dociera do ciebie, co wydarzyło się kilka dni wcześniej. Rozstaliście się, odwrotu już nie ma…

Pamiętam to pierwsze rozstanie. Bolało jak diabli. I choć nie było dobrze między nami od dłuższego czasu, to nieustannie ciągnęło nas do siebie. Wtedy fascynacja opierała się głównie na pociągu fizycznym. Wszak znaliśmy się krótko i wiedzieliśmy o sobie tyle o ile. A mimo to nie byliśmy sobie obojętni, choć w tamtym czasie to były dwa odległe sobie światy. Atomy, które na moment się zderzyły. Przypadkowo? Być może…

W tym pierwszym rozstaniu najbardziej bolała nieodwracalność tego, co stało się chwilę wcześniej. Wszak ze wszystkich zasad, którymi kierowałam się w życiu, tej hołdowałam najbardziej: nigdy dwa razy do tej samej rzeki. Jak raz się sparzysz lub utopisz to wiesz, że to nie dla ciebie. Nigdy nie rozumiałam związków w stylu: znali się od przedszkola, ale zaiskrzyło między nimi dopiero na studiach. Jak to? A gdzie strzały amorów? Jeśli nie odwiedził cię mały aniołek z gołą pupą, łukiem i strzałami z serduszkami to nic nie wiesz o miłości. Tak wtedy myślałam. No bo miłość to przecież jest grom z jasnego nieba. Widzisz te oczy i wiesz. Słyszysz ten głos i to czujesz. Tu nie ma letniej temperatury. Musi być gorąco jak na Saharze. A o skrajne temperatury między nami nigdy nie musieliśmy się martwić. Kłótnia, która zakończyła nasz związek była jedną z gorętszych w tamtym czasie.

powrót po rozstaniu

No i stało się. Zamknął drzwi, wsiadł do windy później do metra i odjechał. Zostałam sama z myślami, że to co się właśnie stało już na zawsze zmieni bieg mojego życia. Bałam się, że już nigdy nie poczuję tego, co czułam będąc właśnie z nim. Ale człowiek zasady w życiu mieć musi. Skoro więc od zawsze powtarzałam sobie, że „nic dwa razy się nie zdarza” niech tak będzie. Już moja w tym głowa.

Najbardziej dobijała mnie myśl, że on mógłby spotkać inną. I choć ja absolutnie nie chciałam z nim być, to w myślach ciągle był mój. Wiele razy patrzyłam w telefon w myślach literując SMS: „Jak się masz?”, który nigdy nie został wysłany, bo przecież zasady. Zasady trzeba mieć i trzeba im hołdować. Na złość mamie odmrożę sobie paluszki. Niech kupidyn wie, że nie ze mną te numery.

Później było kilka chudych miesięcy. Niby cała byłam do wzięcia, ale zamknęłam się na uczucia. Niby chciałam się wyleczyć, ale nie łykałam żadnego antidotum. Praca, szkoła, dom. Codziennie ten sam schemat. Czasem jakaś nic nie znacząca randka. Ktoś go gdzieś widział na mieście. Zupełnie mnie to nie obchodzi, tylko mi powiedz czy mówił, co u niego? Był sam?

Wszyscy znajomi bliscy i dalsi wiedzieli jaki z niego drań. Wiedzieli, że to była pomyłka i że nigdy przenigdy. Znali moje zasady, cenili je. A ja ceniłam ich za to, że pomagają mi utwierdzić się w przekonaniu, że dobrze robię. Sama w to nie wierzyłam. Zasady zasadami, ale serce mówiło co innego.

Spotkaliśmy się po 15 miesiącach przypadkowo. Nawet nie miałam ochoty z nim rozmawiać, ale jakoś tak wyszło. Przegadaliśmy całą noc. Następnego ranka ja wsiadłam do pierwszego autobusu dziennego. Pomachałam mu na do widzenia. Myślałam że już się nie spotkamy, bo przecież zasady. On zadzwonił następnego dnia. Długo patrzyłam na dzwoniący telefon zanim odebrałam. Kłóciły się we mnie dwie największe siły: serce i rozum. Wygrało to pierwsze. Wiedziałam, że podnosząc słuchawkę zmienię bieg wydarzeń. Że na zawsze zrezygnuję z mojej zasady.

Nie było łatwo, bo łatwiej jest coś budować od początku, niż remontować ruiny. To, co było wcześniej odcięliśmy grubą kreską. Trzeba było przełknąć wątpliwą gorycz porażki, że te moje zasady to o kant dupy potłuc.

To już 9 lat odkąd w miłości nie kieruję się zasadami. Zrozumiałam jak bardzo nie ma to sensu i że tylko wtedy będę szczęśliwa, kiedy przestanę liczyć, analizować i kalkulować. W miłości to nie ma większego sensu. Ona rozdaje karty. Skąd to wiem? Bardzo dobrze ją znam. Obiecałam jej jedno – już nigdy w nią nie zwątpię.

powrót po rozstaniu