Na kilka chwil wszystkie moje dotychczasowe zmartwienia zniknęły. W dłoniach trzymałam całe szczęście tego świata i nie liczyło się nic więcej. Pewnie kojarzycie te chwile w filmach, kiedy wszystkie odgłosy dookoła  milkną, a główny bohater przez moment jest sam na sam ze swoimi emocjami. Dokładnie tak się czułam. Przez te parę chwil byłam sam na sam z moim szczęściem.

poród

Tnij panie, tnij!

To był właśnie ten moment, w którym Jan zrobił słynne na cały Internet zdjęcie. 😉 Nie pamiętam ile dokładanie Zygmunt leżał na moim brzuchu, może to była tylko jedna minuta, a może było ich aż trzy. Nasze pierwsze spotkanie było bardzo krótkie, mimo to czułam się spełniona. W przeciwieństwie do pierwszej cesarki, kiedy to położna przyłożyła mi Miecia na kilka sekund do policzka i zabrała go z sali operacyjnej. Tu nasza wspólna chwila trwała dłużej. Mimo, że nastawiałam się na to, że nasz maluch od razu wyląduje w inkubatorze. A może tak naprawdę nie miałam żadnych wyobrażeń na temat tego pierwszego spotkania… W czasie kiedy ja tuliłam Zyzia Jan został oddelegowany do innego, jakże ważnego i symbolicznego zadania: przecinania pępowiny. Przy Mieciu nie miał takiej szansy, ale też nigdy nie było między nami rozmowy na ten temat. I pewnie nie poświęciłabym temu tematowi pół akapitu gdyby nie Jan i jego trzęsące się ręce. Od momentu kiedy tylko Zyzio pojawił się na świecie cała moja uwaga skoncentrowała się na nim. Zupełnie nie zwróciłam uwagi na reakcję świeżo upieczonego taty Zygmunta. Jan do tej pory totalnie opanowany, wręcz koordynujący sytuację, zaczął trząść się jak wiśniowa galaretka wyłożona na deserowy talerzyk. Dziś Janek twierdzi, że cały czas trzymał fason i zupełnie się nie denerwował. 😉 Ale musielibyście widzieć te trzęsące się ręce, które pępowinę przecinały na trzy razy. W takich sytuacjach mięknie nawet największy twardziel.

Co on ma z tymi nogami?

Zygmunta przejął personel oddziału neonalologicznego. Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach, był to cały sztab lekarzy i położnych. Dziś mam wrażenie, że było ich blisko tuzina, ale pewnie Jan sprostuje tę informację. Realnie było ich tam maksymalnie 5 osób. Więcej by się nie zmieściło na tej małej porodówce. W rogu sali, pod specjalną nagrzewnicą położono małego Zygmunta i zaczęto go ważyć mierzyć i oglądać. Wszystko to widziałam kątem oka, leżąc na łóżku porodowym. I choć przede mną był jeszcze poród łożyska i szycie, to całą moją uwagą i sercem byłam przy świeżo narodzonym synu. Widziałam jak sprawnie go mierzą, ważą i liczą wszystkie paluszki. Coś mi jednak nie pasowało. Z przerażeniem zauważyłam, że Zygmunt ma niepokojąco chude i krzywe piszczele. Nigdy takich nie widziałam, przysięgam. Moją obawą dyskretnie podzieliłam się z Jankiem, a on bardzo szybko i bardzo niedyskretnie wypowiedział na głos: „Pani doktor, bo żona się martwi, że on ma takie krzywe nogi, to normalne prawda?” – zapytał Jan, próbując jednocześnie mnie uspokoić.

„Proszę panstwa, ja jeszcze nie zdążyłam policzyć jego wszystkich paluszków, a pan mnie tu o nogi wypytuje, proszę dać mi chwilę” – powiedziała pół żartem pół serio pani doktor. Jak się później okazało, z nogami było wszystko w porządku. Wcześniaki mają to do siebie, że rodzą się niezwykle chude, można wręcz rzec: „sama skóra i kości”, a co za tym idzie pewne krzywizny ich ciała są bardziej uwypuklone. Jan przypomniał mi później, że Miecio też miał krzywe nóżki, ale odkryliśmy to dopiero w domu. Nic dziwnego – jego piszczele były pokryte przyzwoitą warstwą tłuszczu. Zygmunt jeszcze nie zdążył nim obrosnąć.

10 na 10

Nasze dziecko zostało bardzo sprawnie ogarnięte, a my na odchodne oddziału neonatologicznego usłyszeliśmy, że nasz zuch dostał całe 10 punktów w skali Apgar. Jeszcze na chwilę pozwolono mi się do niego przytulić, po czym zabrano go, a na porodówce w ułamku semundy zrobiło się spokojniej. Czas jakby zwolnił. Położna przydzieliła mi kolejne zadanie: teraz urodzi pani łożysko. To było jedno z prostszych zadań w ostatniej dobie. Okazało się jednak, że nie udało mi się urodzić go w całości dlatego potrzebny był dodatkowy zabieg łyżeczkowania. Co ważne, zanim go wykonano dostałam dodatkową dawkę znieczulenia oraz oksytocynę, która też miała pomóc całej sytuacji. Wszystko odbyło się szybko i bezboleśnie. Kolejny strach pielęgnowany w mojej psychice odkąd zrozumiałam, że kiedyś będę miała dzieci, prysł niczym bańka mydlana.

Rozmowy o życiu przy szyciu

Z każdym kolejnym etapem czynności poporodowych personel na porodówce się wykruszał. Nie pamiętam dokładnie w którym momencie poproszono Janka o opuszczenie sali. Chyba to było przed zabiegiem łyżeczkowania. I tak oto zostałam sama z doktorem Wojtkiem, który miał mnie szyć. Zygmunta zabrano ode mnie jakiś czas temu, trzeźwe myślenie zaczęło wracać. W jednej sekundzie przypomniałam sobie, jak bardzo bałam się zabiegu, który teraz był przede mną. Nie wiem czy naprawdę mnie to bolało czy chodziło o to, że czułam każdy ruch pana doktora, ale poprosiłam o dodatkowe znieczulenie i… je dostałam. Dostałam znieczulenie miejscowe, po którym nie odczuwałam już żadnego dyskomfortu ani tym bardziej bólu. Wszystkie moje obawy zniknęły. Z Doktorem „znaliśmy” się już z oddziału patologii sprzed kilku dni. Kojarzył mój przypadek. Od słowa do słowa zapytał mnie, który poród uważam za lepszy: cesarkę czy ten naturalny. W całym tym zmęczeniu, adrenalinie i stresie odpowiedź wydała mi się prosta jak drut: oczywiście, że naturalny. „Nigdy nie doświadczyłam równie wzniosłego wydarzenia w moim życiu” – uargumentowałam moją odpowiedź. I wtedy jako żywo przypomniały mi się słowa Janka, który był przy śmierci swojej mamy i przy narodzinach Miecia i który od tamtej chwili zawsze powtarza, że najbardziej wzniosłymi i pięknymi wydarzeniami, jakich możemy doświadczyć w naszym życiu, są narodziny i śmierć. I tak, podczas szycia mojego krocza ucięliśmy sobie z Doktorem Wojtkiem filozoficzną pogawędkę o najbardziej wzniosłych momentach w życiu. I że narodziny oraz śmierć bliskiej osoby mają w sobie jakiś taki niebywały wspólny mianownik choć jedno z tych wydarzeń jest bezwzględnie radosne, a drugie bezgranicznie smutne.

Zupełnie niegotowi

Jan mógł wrócić na salę porodową. Miałam tam zostać jeszcze 4 godziny. „Proszę sobie odpocząć” – powiedziała z uśmiechem nowa położna, która przyszła na poranną zmianę. Za ścianą rodziły dwie inne kobiety. Jedna darła się w niebogłosy, druga znosiła skurcze w ciszy, dysząc raz po raz. Słyszałam rytmiczne odgłosy KTG. Chwilę po porodzie już zazdrościłam im tego co miało je spotkać za kilka godzin, a może za kilka chwil. Czułam się jak dziecko, które właśnie zeszło z karuzeli z ogromnym niedosytem. Położna zapytała nas o ciuszki dla Zyzia i świeżą koszulę dla mnie. Nie mieliśmy przy sobie zupełnie nic. Byliśmy tacy nieprzygotowani. Żadne z nas nie było gotowe na to, co spotkało nas w ostatnich godzinach, a jednocześnie szaleliśmy ze szczęścia, że Zygmunt jest już z nami. I choć ciągle nie wiedzieliśmy jak będzie i nie mieliśmy informacji na temat stanu zdrowia naszego malucha, to nie potrafiliśmy robić nic innego jak cieszyć się z bycia rodzicami po raz drugi. Pamiętam, że właśnie wtedy Jan przytulił mnie bardzo mocno i powiedział: „Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy naszego ślubu, kochanie!”

Kilka życiodajnych kropli

Wysłałam Jana do domu po potrzebną wyprawkę. Dyktowałam mu ją niechlujnie. Byłam w szoku kiedy przywiózł dokładnie to, o co go poprosiłam. Pierwszy raz zostałam na sali porodowej sama. Za oknem było już jasno. Zadzwoniła Nicole. Bez ładu i składu opisałam jej przebieg ostatniej nocy, zaczynając od środka. 😉 Byłam zmęczona, a buzowało we mnie tyle emocji. Myślę, że to był podobny stan do tego, w którym znajdują się narkomani. Denerwowało mnie to, że nie mogę wstać i pójść zobaczyć mojego dziecka, a z drugiej strony bałam się zobaczyć go z tymi wszystkimi kabelkami i rurkami w inkubatorze. Zupełnie nie wiedziałam jaka będzie moja reakcja. Z jednej strony czułam się zmęczona, a z drugiej miałam ochotę pobiec w maratonie. Rozmyślania przerwała mi położna, która przyszła do mnie z bardzo ważną misją. „Potrzebujemy kilku kropel pokarmu dla pani dziecka. To bardzo ważne.” Nie miałam przy sobie laktatora, bo przecież nie miałam ze sobą nic. Jan jeszcze nie wrócił z wyprawką, ale dla wprawionej w bojach położnej nie stanowiło to żadnego problemu. Bardzo zręcznie, masując piersi wydobyła z nich kilka kropel pokarmu. „Na razie wystarczy” – powiedziała i wyszła z pojemniczkiem, w którym na dnie było dosłownie kilka kropel siary. Nie przypuszczałam, że w ciągu następnych dni stoczę prawdziwą walkę o każdą kroplę pokarmu, bo pokarm pojawi się tylko na chwilę, a później zupełnie zniknie. Ale o tym w oddzielnym artykule.

Happy End

Janek przyjechał z wyprawką. Usiadł przy mnie na łóżku. Widziałam jak bardzo jest zmęczony i jak bardzo schodzą z niego emocje. Myślę, że ja wyglądałam podobnie. Ostatnia noc była trudniejsza niż cały kończący się rok. Pamiętam tylko, że wymieniliśmy między sobą spojrzenia i obydwoje się popłakaliśmy. Jan pewnie nie jest zadowolony, że o tym napisałam, ale tak właśnie było. Chwilę sobie w ciszy pochlipaliśmy po czym Jan zaprowadził mnie pod prysznic. Dopiero wstając z łóżka poczułam jak bardzo opadam z sił. Nogi miałam jak z waty, było mi słabo, kręciło mi się w głowie. Przebrałam się w świeżą koszulę i zebrałam swoje rzeczy z porodówki. Wychodząc z niej czułam, że zostawiam za sobą cały strach nagromadzony w ostatnich kilku dniach. Za drzwiami porodówki zostawiłam też najbardziej niezwykłą historię w całym moim życiu.

poród VBAC