zaSZYBKA historia porodu cz.4

Pani doktor wyszła z sali porodowej, a my znów zostaliśmy sami. Przygaszone światło przestało mi przeszkadzać, wręcz stało się zaletą w całej tej sytuacji. Wprowadzało mnie w błogi stan odprężenia. Jeśli można w ogóle o czymś takim mówić podczas porodu…

Co chwilę zaglądała do mnie położna – pani Grażyna. Drobna kobieta o silnym charakterze, taka co to się jej nie podskakuje. Pani Grażyna miała ten atut, że była przez los wyposażona w poczucie humoru adekwatne do sytuacji, ale potrafiła też zachować powagę. Można powiedzieć, że Pani Grażyna była w sam raz.

No weźże coś do mnie mów

Janek jako towarzysz porodu spisywał się nieźle. Choć parę razy mu się oberwało. Z perspektywy czasu zauważam, że za każdym razem dostawał „razy” za nic, ale przecież nie mogę się do tego przyznać głośno, bo wtedy wyszłabym na aferzystkę. 😉 Najwięcej razy opieprzałam go za to, że mnie nie zagaduje. Że nie potrafi wynaleźć interesujących tematów, które skutecznie odciągnąłby moją uwagę od bólu. Mniej więcej raz na 15 minut mówiłam poirytowana: „No weźże coś do mnie mów. Zainteresuj mnie jakimś tematem, opowiedz mi coś ciekawego.” Chłopak był tak zmęczony, że ciekawych historii i tematów do dyskusji miał jak na lekarstwo. Dlatego podczas tego porodu zdarzały nam się długie minuty ciszy, które teraz odczytuję jako dość urocze momenty, w których Jan czekał na kolejną reprymendę.

Przywileje rodzącej

Kiedy emocje nieco opadły, a rozwarcie jak na złość stało w miejscu, zaczęłam doceniać miejsce, w którym przyszło mi rodzić. Prócz tego, że ciągle brakowało mi tabunu ludzi 😉 (wiedziałyście, że na porodówce przez większość czasu rodząca jest sama?) widziałam cały ten profesjonalny sprzęt. A od sprzętu bardziej profesjonalny był tylko personel. Na początku położna ułożyła mnie na łóżku i podpięła do KTG. Pozwoliła mi nawet pomajstrować przy pilocie regulującym oparcie, by było mi wygodniej. Z każdym kolejnym skurczem, kiedy ból się nasilał, obrana pozycja wydawała mi się najgorszą z możliwych. Dlatego zapytałam czy są jakieś alternatywne zajęcia dla zabicia czasu. Pani Grażynka zaproponowała prysznic. To był strzał w dziesiątkę. Jan poszedł ze mną by kontrolować sytuację. Położna rzuciła nawet jakiś żarcik w stylu: „tylko proszę mi tam grzecznie”, ale w tamtym momencie nie miałam siły nawet na pół uśmiechu. Pod prysznicem w pozycji stojącej ból okazał się całkiem znośny. Pomyślałam sobie wtedy, że ten poród to wcale nie jest taka straszna sprawa. Że owszem boli, ale jest to totalnie do przeżycia. Najważniejsze w tym wszystkim było to, że po każdym skurczu przychodziła ulga. Im bardziej bolało, tym większa ulga była po. Już wtedy pomyślałam sobie, że ten ból porodowy jest przereklamowany, ale nie wiedziałam co mnie jeszcze czeka.

Po powrocie do sali znów podpięto mnie pod KTG. Wtedy też Pani Grażynka poinformowała mnie, że teraz już do samego końca będę musiała być podłączona pod to urządzenie. Chodziło o bezpieczeństwo Zyzia, który rodził się przecież zdecydowanie za wcześnie. Musiałam być więc podpięta pod KTG, ale nie musiałam leżeć. Mogłam chodzić po sali , leżeć na łóżku lub siedzieć na piłce. I tak jak piłka zupełnie mi nie pomagała, tak chodzenie i pozycja stojąca już bardziej. A finalnie okazało się, że najlepszą pozycją do znoszenia skurczów była pozycja siedząca z nogami mocno podpartymi o podłogę. Ogromną rolę odgrywało też trzymanie Jana, a raczej wbijanie palców i paznokci w jego przedramię. Kto oglądał nasz filmik (tu link) ten wie…

Życie towarzyskie na porodówce

Do Pani Grażynki w pewnym momencie dołączyła Pani Małgosia. Jak dla mnie to ona wyrosła spod ziemi. Zupełnie nie pamiętam momentu, w którym pojawiła się na naszej sali. Za to pamiętam jej piękny uśmiech. Jak dla mnie Pani Małgosia miała coś w sobie z Krystyny Prońko, choć kiedy mijałam ją kilka dni później na korytarzu, to już zupełnie mi jej nie przypominała. Pani Małgosia miała wszelkie atuty dobrej i srogiej babci jednocześnie: pogłaskała po głowie, pocieszyła dobrym słowem, ale też potrafiła sprowadzić na ziemię w kluczowych momentach. W pewnej chwili, pomiędzy jednym skurczem, a drugim na sali pojawiła się też trzecia położna: Pani Aleksandra. Wpadła do nas z pięknym uśmiechem na twarzy i pytaniem: „no to jakie imię będzie miał Państwa syn? Bo wiecie, właśnie napisała do mnie córka, ona czyta Waszego bloga i poprosiła mnie żebym się dowiedziała.” Takich miłych, spontanicznych akcentów w szpitalu spotkało nas więcej, ale o tym kiedy indziej. Na porodówkę zajrzał też Pan Doktor, którego imienia niestety nie pamiętam, ale to z nim odbyłam bardzo ciekawą rozmowę o życiu i śmierci, już po porodzie, w czasie gdy on… szył mnie (wiecie gdzie) po porodzie. 🙂 Takie rzeczy tylko na porodówce…

Rozwarcie, gdzie jesteś?

Z całego porodu pamiętam tylko jedną nieprzyjemną scenę. Otóż Pani Grażynka w pewnym momencie sprawując swoje obowiązki musiała po raz kolejny sprawdzić rozwarcie. Niestety pech chciał, że zrobiła to podczas skurczu. To był jedyny moment kiedy mój krzyk i prośby o przerwanie tej czynności było słychać kilometr dalej, na Dworcu Centralnym. Pozostałe skurcze i ból znosiłam z godnością 😉 w ciszy, co zdziwiło mnie, bo byłam przekonana, że kto jak kto, ale ja będę darła się w niebogłosy. Zaczęłam się już powoli przyzwyczajać do skurczów, choć każdy kolejny był coraz bardziej dotkliwszy. Co ważne: wszystkie były znośne. Najgorsze było jednak to, że rozwarcie stało w miejscu. Dwa centymetry i ani milimetra więcej. O moim nieprzygotowaniu do porodu naturalnego może świadczyć to, że dopiero po paru godzinach zapytałam położną czemu właściwie jeszcze nie dostałam znieczulenia. Było to dla mnie totalnym zaskoczeniem szczególnie, że wszem i wobec deklarowałam: kto jak kto, ale ja muszę dostać znieczulenie! Dopiero wtedy Pani Grażynka wytłumaczyła mi, że czekamy na magiczne 4 centymetry. Podawanie znieczulenia przy mniejszym rozwarciu mogłoby doprowadzić do zatrzymania całej akcji porodowej. Wszystko było dla mnie jasne. Nie rozumiałam tylko jednego: dlaczego ja ciągle nie miałam tych cholernych 4 centymetrów.

Pełen odlot

W książeczce zdrowia Zyzia już po powrocie do domu wyczytałam, że pierwsza faza porodu czyli te całe bolesne skurcze trwały sześć i pół godziny. Prawie cały ten czas upłynął mi na czekaniu na te pieprzone 4 centymetry. W pewnym momencie Pani Małgosia z entuzjazmem w głosie oznajmiła: „mamy 4! Możemy znieczulać”. I tu stał się kolejny cud! Anestezjolog pojawił się w ciągu dosłownie 5 sekund na sali. Być może trwało to dłużej, ale ja miałam subiektywne wrażenie, że to była kolejna osoba, która wyrosła spod ziemi.  Szybko i bezboleśnie znieczulił skórę na kręgosłupie. Później kazał mi zrobić koci grzbiet, a następnie poinformował, że „do kolan może pójść prąd”. I rzeczywiście poszedł, ale czy było to bolesne? Zdecydowanie nie! W obliczu skurczów, które były już tak mocne (a może ja po prostu byłam już nimi zmęczona?), podanie znieczulenia to był pryszcz. Anestezjolog wprowadził cieniutką rurkę do kręgosłupa, przekleił mi ją do ramienia i podał przez nią lek. Następnie oznajmił, że na działanie znieczulenia trzeba poczekać jakieś 20 minut. Ta wiadomość była dla mnie nie do przyjęcia. Byłam przekonana, że takie znieczulenie działa od razu, a tu według moich rachunków czekały mnie jeszcze dwa, a może nawet trzy bolesne skurcze. Okazało się, że żaden kolejny nie był już tak odczuwalny, a ja znalazłam się w niebie. I wiecie co? Jest tam bardzo zimno…

Proszę Pani, to chyba już!

Dosłownie po paru minutach zrobiło mi się piekielnie zimno. Zęby zaczęły szczękać. Ale i na to Pani Małgosia była gotowa. Nie wiadomo skąd wyjęła ciepły miękki koc, którym mnie okryła. Wtedy znalazłam się w totalnej strefie komfortu. Pomyślałam sobie, że tak to ja mogę rodzić. Skurcze, które rysowały się na KTG jako bardzo mocne były zupełnie nieodczuwalne. Pani Małgosia zaproponowała żebym się zdrzemnęła, ale ja byłam ciekawa, co mnie dalej czeka.

„Teraz czekamy na pełne rozwarcie. Kiedy się pojawi poczuje Pani parcie na dolną partię ciała. Podobne do tego jak przy robieniu kupy” – wytłumaczyła Pani Małgosia bez owijania w bawełnę. „A jak już Pani to poczuje, to będziemy przeć i urodzimy maluszka”.  W tamtym momencie najbardziej interesowało mnie to, ile to może potrwać. Pani Małgosia z rozbrajającą szczerością odpowiedziała, że nie ma pojęcia, ale że biorąc pod uwagę to, ile czekaliśmy na 4 centymetry, to może trwać nawet 2 godziny. Szczerze zmartwiła mnie ta informacja, bo wiedziałam, że im dłuższy poród, tym większa szansa, że znieczulenie mogłoby przestać działać i że bolesne skurcze mogłyby powrócić. Przypomnę wam tylko, że w tamtym momencie nie czułam żadnego bólu, żadnego dyskomfortu, zupełnie nic. Moje rozmyślania na temat znieczulenia i tego, że mogłoby się skończyć zanim urodzę przerwało… uczucie parcia. „Proszę Pani to chyba już! Czy to możliwe?” Pani Małgosia rzuciła fachowym okiem na sytuację. „O! Mamy 10 centymetrów!”- powiedziała głośno, zdziwiona. „No to rodzimy!” Nigdy więcej nie poczułam w sobie takiego emocjonalnego Koktajlu Mołotowa jak wtedy. Nawet teraz pisząc ten tekst bardzo się wzruszam.  Chciało mi się płakać i śmiać jednocześnie. Za chwilę miałam poznać mojego wyczekiwanego synka Zygmunta. Ale uczuciu radości towarzyszył przeogromny strach. A co jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli nie będzie oddychał?

Proszę mi powiedzieć kiedy ja mam przeć

Znieczulenie ma swoje dobre i złe strony. Złą była ta, że bardzo słabo czułam skurcze parte, a może ze stresu ich nie czułam. W każdym razie bałam się, że nie poczuję kiedy mam przeć. Pomijając kwestię tego, że nie wiedziałam jak to się robi. Podzieliłam się moją obawą z Panią Małgosią, a ta wpadła na genialny wręcz pomysł: „To teraz zrobimy próbę generalną! Pani mi pokaże jak Pani prze, a ja Pani powiem czy to jest dobrze czy źle”. Czułam, że to najważniejszy egzamin w moim życiu. A najgorsze było to, że był to mój debiut. W ułamku sekundy skoncentrowałam w sobie całą swoją siłę i na znak położnej zaczęłam przeć. Nic mnie nie bolało. Bałam się że coś robię nie tak. Słowa Pani Małgosi rozwiały jednak moje obawy: „No, muszę Pani powiedzieć, że pięknie Pani prze” – usłyszałam najpiękniejszy komplement w moim całym życiu. „Jeśli się Pani tak postara jak przed chwilą, to urodzimy w dwóch skurczach partych.” Wtedy też z ust Pani Małgosi padły słowa, które dodały mi nadprzyrodzonych sił: „Ja już go widzę, niezły z niego włochacz”. Za chwilę miałam poznać mojego drugiego synka.

Dzień dobry Kochanie!

W jednym momencie na sali porodowej zaroiło się od personelu medycznego. Połowa tych ludzi była tam ze względu na mnie, a połowa ze względu na Zyzia. Pod drzwiami sali stanął też inkubator. Pani Małgosia poinformowała mnie, że podczas kolejnego skurczu natnie mi krocze. „Zrobię to ze względu na dobro maluszka. On jest tak mały, że pewnie bez problemu by go Pani urodziła bez nacinania, ale takie wcześniaki mają bardzo delikatną główkę, a nam zależy na tym żeby w tej sytuacji działać profilaktycznie.” I tak oto, bez mrugnięcia powieką, zgodziłam się na rzecz, która powodowała we mnie jeden z większych lęków przed porodem naturalnym. A dziś mogę wam szczerze powiedzieć, że nawet nie wiem, w którym momencie ona to zrobiła. Zupełnie tego nie poczułam. Drugi skurcz zgodnie z instrukcjami położnej rozbiłam na dwa parcia. No i stało się! Właśnie przeżywałam największy cud świata. Cud narodzin. Mały Zygmunt leżał na moim brzuchu z wyciągniętymi do góry rączkami. Śmiejąc się i płacząc jednocześnie powiedziałam tylko „Dzień dobry Kochanie!” i  objęłam go delikatnie obydwoma dłońmi. A co na to Zygmunt? Zaczął płakać! Mój wcześniak, który powinien być w brzuchu przez kolejne 8 tygodni miał w sobie tyle siły i woli walki, że dał radę wydać z siebie donośny krzyk. To był zdecydowanie najpiękniejszy prezent do losu i jednocześnie prezent na naszą szóstą rocznicę ślubu. „Proszę zapisać: szósta pięćdziesiąt dwa.” Druga faza porodu trwała całe 22 minuty.

poród

poród

poród

 

No i zupełnie spontanicznie okazało się, że muszę napisać jeszcze piątą część. O przecinaniu pępowiny, o stanie Zyzia tuż po porodzie, o tym ile czasu dano nam razem i o bardzo wyjątkowej rozmowie z lekarzem, podczas wcześniej już wspomnianego szycia. 😉

Jesteście ciekawe?




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x
Przeczytaj poprzedni wpis:
poród VBAC
zaSZYBKA historia porodu cz.3

O 22 leżałam już w łóżku z ciepłym termoforem na brzuchu i włączonym serialem na telefonie. Nowy serial na HBO...

Zamknij