zaSZYBKA historia porodu cz. 2

Pierwsza noc w szpitalu była koszmarem. Bolał mnie brzuch i bolało serce. Nie potrafiłam zrozumieć DLACZEGO? Co zrobiłam źle? Może to przez ten remont, może przez noszenie Miecia na rękach, ale która mama tego nie robi… Pierwszej nocy nie przespałam nawet 15 minut. Miałam niezbyt mocne, ale za to regularne skurcze. Siedziałam z telefonem w ręku i odmierzałam czas od skurczu do skurczu…

Niech łzy płyną

To była jedna z najsmutniejszych nocy w moim życiu. Pomiędzy 20 a 8 rano wylałam jakieś dwa wiadra łez. W pewnym momencie skurcze były tak dokuczliwe, że zdecydowałam się na spacer do dyżurki położnych. Siedziała tam bardzo urodziwa, młoda brunetka o rozbrajającym uśmiechu. Wypytała mnie co się dzieje i zrobiła mi naprawdę bezbolesny zastrzyk z Nospy. Przy okazji pobrała mi kolejną próbkę krwi do badania, by w dalszym ciągu kontrolować to, czy nie pojawia się stan zapalny w organizmie. W środku nocy nie miałam z kim porozmawiać, moja współlokatorka z pokoju smacznie spała, a ja nie miałam sumienia by ją budzić. Dlatego wszystkie gorzkie żale wylałam urodziwej pani położnej. Przez moment miałam wrażenie, że ma ochotę mnie tak zwyczajnie, po ludzku przytulić. Pogłaskała mnie po ramieniu i powiedziała największy komunał, który bardzo chciałam wtedy usłyszeć: „Wszystko będzie dobrze. Jest pani w najlepszym z możliwych miejsc w obecnej sytuacji. Jak tylko coś się zacznie dziać my zaczniemy działać. Jest jeszcze wiele rzeczy, które możemy zrobić w tej sytuacji. Chce pani płakać? Proszę bardzo! Niech łzy płyną – to pomaga. Tylko proszę się nie stresować. To naprawdę nie pomoże ani pani, ani dziecku.”

Poczułam, że choć sytuacja wcale nie jest dobra, to znalazłam się wśród naprawdę wspaniałych ludzi. Z nieco większym spokojem wróciłam do łóżka, włączyłam stoper i dalej liczyłam skurcze.

Mama do zadań specjalnych

W poprzednim wpisie nie wspomniałam o jednej ważnej rzeczy. Zaraz po tym jak wybiegłam z łazienki po odpłynięciu wód, jeszcze w domu chwyciłam za telefon, wybrałam numer do mojej mamy i przez łzy powiedziałam: „Mamo, wstawaj, ja rodzę! Przyjedź proszę, bardzo cię potrzebuję”. Moja mama spakowała się w 15 minut i już za pół godziny była gotowa wsiąść w autobus z Mrągowa do Warszawy. Jeszcze tego samego dnia pojawiła się u mnie w szpitalu. Byłam spokojna o Miecia i Janka. Wiedziałam, że mama wszystko ogarnie. Razem z Jankiem znaleźli w piwnicy karton z ubrankami 0-3 miesięcy, Janek pojechał kupić deskę do prasowania, bo naszą starą wyrzuciliśmy w trakcie remontu, a mama zabrała się za przygotowania do pojawienia się drugiego wnuka. Byłam zdumiona po powrocie do domu widząc, że udało jej się wyprać i wyprasować wszystkie małe ciuszki, pościel, ręczniki, w domu było sterylnie czysto, a na mój powrót ugotowała pyszny rosół z indyka. Mamy mają tę moc…

Remont-sremont

W tamtym czasie, kiedy wylądowałam w szpitalu w naszym mieszkaniu ciągle trwał remont. Nie mieliśmy jeszcze części mebli. Dopiero dzień przed wigilią dojechała do nas bateria umywalkowa w kuchni, ciągle też nie mamy drzwi do łazienki i sypialni. I tak jak przez cały remont piekliłam się na ekipę, cisnęłam ich o terminy, tak w dniu kiedy trafiłam do szpitala było mi dosłownie wszystko jedno. Wiedziałam, że nawet bez tych mebli i bez drzwi do łazienki damy sobie radę. Żeby tylko Zyzio był zdrowy… Żeby był…

Oddziałowe życie

Z każdą chwilą na oddziale coraz bardziej oswajałam się z sytuacją, w której się znalazłam. Skurcze ustały, CRP miałam idealne. Zaczynałam wierzyć w to, że uda mi się donosić Zyzia do 34, a może nawet do 36 tygodnia. Moją wiarę utwierdzały inne przyszłe mamy, które poznawałam spacerując po korytarzu. Były tam dziewczyny w bardzo wczesnej i w bardzo zaawansowanej ciąży. Takie z odklejającym się łożyskiem i te z konfliktem serologicznym. Była też jedna mama z bardzo pokaźnym brzuszkiem, którą bardzo dobrze zapamiętałam, bo to ona pocieszyła mnie, że nawet jeśli wyląduję piętro wyżej na porodówce, to wcale jeszcze nie musi oznaczać porodu. Ona w ciągu ostatniego tygodnia na tę porodówkę jeździła ze skurczami już trzy razy i za każdym razem sytuacja się wyciszała. Często zaglądała do mnie też Nicole. Za każdym razem z troską pytała jak się czuję i na tyle, na ile potrafiła, podnosiła mnie na duchu. Janek spędzał ze mną co najmniej pół dnia. Przywoził kawę i kanapki zrobione przez mamę. Trzymał za rękę, głaskał po brzuchu i zapewniał, że damy sobie radę, że z Zyziem wszystko będzie dobrze. Wierzyłam mu. Przecież jeszcze nigdy mnie nie oszukał…

Jak się masz kochanie?

Jedna sprawa nie dawała mi spokoju. Tęsknota za Mieciem. Byłam wewnętrznie rozbita. Z jednej strony chciałam nosić Zygmunta pod sercem jak najdłużej, co wiązało się z pobytem w szpitalu, ale z drugiej strony każdy dzień w szpitalu to był dzień bez Miecia. I choć wiedziałam, że chłopak ma najlepszą opiekę pod słońcem, to tęskniłam za nim okrutnie. Ciągle myślałam, że nawet jeśli wrócę do domu to już z Zyziem na rękach, a przecież nie zdążyłam pocelebrować z Mieciem jego jedynactwa. Miałam jeszcze tyle pomysłów na ten ostatni czas sam na sam. Janek ciągle mi tłumaczył, że Miecio niewiele jeszcze z tego kuma, że na pewno odnajdzie się w sytuacji i że babcia kupuje mu tyle jajek niespodzianek, że chłopak jest w siódmym niebie. A mnie ciągle dręczyły wyrzuty sumienia, że cała sytuacja potoczyła się nie tak. Marzyłam o tym, by przytulić Miecia. To zawsze mi pomagało…

Czy ktoś mi powie dlaczego?

Kolejny dzień na oddziale nie przyniosł odpowiedzi na pytanie skąd to odejście wód. Wszystkie wyniki miałam idealne. Czekaliśmy jeszcze na posiew z dróg rodnych, który pojawił się już po porodzie (i który dał nam częściowo odpowiedź na to, dlaczego tak się stało). W każdej wolnej chwili zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Przecież ta ciąża wydawała się książkowa. Żadnych bóli, żadnych skurczy, prócz dwóch krwiaków w pierwszym trymestrze wszystko przebiegało prawidłowo. Byłam pod troskliwą opieką. Wiele razy rozmawiałam w tamtym czasie z MamąGinekolog na ten temat, a ona jak mantrę powtarzała: „Marta, nie zrobiłaś nic złego”.

 Z porodem wstrzymaj się do poniedziałku

Przyszedł piątek. Dziewczyna, z którą leżałam na sali została wypisana do domu. Bardzo się z tego powodu cieszyła. Była spoza Warszawy, a w domu czekała na nią piątka dzieciaków. U mnie od dwóch dni w głowie panował względny spokój. To znaczy panował do rana, bo parę minut po szóstej znów pojawiły się skurcze. Ale specjalnie mnie to nie przejęło. Tym razem, za namową Nicole, nie mierzyłam ich długości, ani odstępów między nimi.  Siedziałam z nosem w komputerze i sukcesywnie gromadziłam wyprawkę. Nie miałam praktycznie nic dla Zyzia (prócz rzeczy po Mieciu). Ani wózka, ani fotelika samochodowego, żadnych pieluszek, kosmetyków. NIC! Z pomocą przyszły mi inne mamy, które czytają bloga. Dwie mamuśki, które mają własny biznes (Sleepee) przysłały mi do szpitala już wyprany kocyk, otulacz i czapeczki dla Zyzia. Kolejne dwie mamy (Granatovo) tak przejęły się naszą historią, że ekspresowo dostarczyły mi sukienki do porodu i malutkie ciuszki dla Zyzia, w których teraz chłopak „chodzi” non-stop. To całe poruszenie, te wszystkie wiadomości od czytelniczek powodowały, że jakoś tak z godziny na godzinę stawałam się spokojniejsza. Zaczęłam czuć podskórnie, że dam radę. Co ma być to będzie. Przed końcem pracy wpadła do mnie Nicole: „Jesteśmy w kontakcie. Jakby się coś działo to dzwoń lub pisz. W weekend nie ma mnie w szpitalu więc z porodem wstrzymaj się do poniedziałku.” – dodała z uśmiechem. Dokładnie taki miałam plan…

To KTG przesadza

Po wyjściu Nicole odwiedzili mnie Mama z Jankiem. Przyszła położna i podpięła mnie do KTG. Skurcze trwały nieprzerwanie od rana, ale ja nie zwracałam na nie uwagi. Tym większe było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam, że zaczęły się rysować na KTG.  Bez przesady – pomyślałam – trochę to boli, ale żeby tak się rysować i do tego regularnie… Poprosiłam Janka żeby wpadł do mnie wieczorem, na wszelki wypadek przywiózł mi te sukienki do porodu i termofor. Lekarze pozwolili delikatnie ogrzewać brzuch, a że podczas okresu zawsze mi to pomagało czułam, że i tym razem zda to egzamin.

Tej pani Nospy nie podajemy

W piątek przed południem pojawiła się u mnie po raz kolejny dr Bomba. Wypytała z troską jak się czuję, zajrzała w wyniki, powiedziała, że jest dobrze. Ja podzieliłam się z nią informacją o skurczach i zapytałam czy mogłabym dostać zastrzyk z Nospy. Pierwszej nocy mi pomógł i uśmierzył skurcze, pomyślałam, że teraz będzie tak samo. Ale Pani doktor odradziła mi to rozwiązanie. Powiedziała, że Nospa działa negatywnie na napięcie mięśniowe u dzieci w brzuchu, a że istniało spore prawdopodobieństwo, że jednak urodzę wcześniaka, lepiej było nie dokładać mu problemów. Wieczorem Janek przywiózł mi termofor i świeże ubrania. Chwilę ze mną posiedział, ja akurat pisałam nowy artykuł na bloga. W między czasie na mojej sali pojawiła się nowa dziewczyna. 41 tydzień ciąży i cisza. Dziecku się nie spieszyło. Jak ja jej zazdrościłam… Pożartowaliśmy chwilę we trójkę. Jan ucałował mnie na dobranoc. Zupełnie nieświadomy tego, że za dwie godziny będzie jechał do mnie jak na sygnale… Była 22. Skurcze były coraz mocniejsze, przyszła do mnie inna pani doktor, która właśnie zaczynała nocną zmianę. Widząc rysujące się skurcze i ból wypisany na mojej twarzy zleciła… zastrzyk z Nospy. Nie protestowałam. Wiedziałam, że jeden zastrzyk niczego już nie zmieni, a może zadziała tak, jak tej pierwszej nocy. Włączyłam jakiś serial na telefonie. Położyłam się spać. Zasnęłam… Na bardzo krótko…

Dalszy ciąg postaram się napisać jeszcze w tym tygodniu. Wybaczcie, ale uczymy się nowej sytuacji w naszym domu. Śpimy na stojąco, jemy tylko zimne posiłki i cieszymy się życiem we czwórkę. 🙂

Za nami bardzo emocjonująca noc. ???Mniej więcej około trzeciej nad ranem pojawiły się skurcze. Trwały do 7 i powtarzały się co 5 minut. Nie były mocne ale jak dla mnie to totalny hardcore. Serio: nie chcecie wiedzieć co czułam. Ale wystarczyło, że na oddziale pojawiła się @mamaginekolog i co? Nastąpił spokój. Sorry Nicole, ale jak dla mnie jesteś czarownicą z nadprzyrodzonymi mocami.??? Swoją drogą Nicole przyniosła mi piękny prezent, ale o tym później. Jaki jest status? Walczymy o każdą godzinę, o każdy dzień w dwupaku. Teraz to już loteria. Staram się myśleć pozytywnie, ale łatwo nie jest. Łzy zaczynam liczyć wiaderkami.??? Takich urodzin jeszcze nie miałam. A Jan dzielnie pierze bodziaki w domu. Pełna mobilizacja. #dwupak #takieurodziny #32tc #walczymy

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Marta Lech-Maciejewska??? (@superstylerblog)




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x
Przeczytaj poprzedni wpis:
przedwczesny poród
zaSZYBKA historia porodu cz.1

Tamta noc była naprawdę dziwna. I choć daleko mi do magicznego myślenia i wiary w przeznaczenie, to jakoś tak czułam, że...

Zamknij