Wyboista droga mleczna cz.1

Trochę to trwało zanim przydzielono mi miejsce na sali położnic. Tak, dobrze czytacie: sali POŁOŻNIC. Właśnie tak nazywają się sale szpitalne hospitalizujące kobiety po porodzie. Swoją drogą ta nazwa była później niejednokrotnie obiektem naszych żartów ewoluując finalnie w „salę cudzołożnic”. 🙂 Wracając do tematu. Z racji tego, że ruch był tego dnia na oddziale ogromny okazało się, że zabrakło dla mnie łóżka. Wylądowałam piętro wyżej na oddziale ginekologicznym. I właśnie w tym momencie zaczął się mój prywatny koszmar.

Ja chyba śnię…

Jan zawiózł mnie na wózku do sali położnic numer osiem. Tam czekało na mnie łóżko. Już korytarz nie przypadł mi do gustu, ale stwierdziłam, że nie powinnam się sugerować czy źle nastawiać, wszak na patologii korytarz był obdrapany, ale sale były bardzo ładne. To co zobaczyłam po otwarciu drzwi z numerem osiem przeszło moje najgorsze wyobrażenia. Śmierdząca papierosami sala z grzybem na suficie, ze starym linoleum na podłodze i paskudnym klejącym się stołem w kącie. Chwyciłam za telefon i ze łzami w oczach zadzwoniłam do Nicole. „Błagam cię, ratuj! Zostanę tu przez jeden dzień i nabawię się depresji poporodowej”. Nicole najspokojniej jak tylko potrafiła wytłumaczyła mi, że nic się nie da w tej kwestii zrobić, że szpital przeżywa oblężenie rodzących i że może po weekendzie coś się w tej kwestii zmieni. Na szczęście nie mury leczą, a lekarze pracujący w danej placówce. Tym się pocieszałam. Na sali leżała inna mama. Po cesarskim cięciu. Jej córka też urodziła się jako wcześniak i też przebywała na oddziale neonatologicznym. To był jedyny pozytyw w całej tej sytuacji. Była jeszcze jedna, bardzo słaba cecha tej sali: lokalizacja. Znajdowała się hen hen daleko od oddziału neonatologicznego. Za każdym razem kiedy biegałam z pokarmem do Zyzia musiałam przemierzać kilometry korytarzy, a po porodzie naturalnym nie było to takie łatwe…

Pierwsze spotkanie i pierwsze zadanie

Zostawiłam swoje bagaże i w te pędy pognałam na oddział neonatologiczny. To był ten moment kiedy miałam zobaczyć naszego synka. Szczęście mieszało się ze stresem. Kazano nam ubrać specjalne fartuchy jednorazowe i dokładnie zdezynfekować ręce. Weszliśmy do sali, w której były cztery inkubatory. Zygmunt leżał  na samym końcu sali. Pamiętam, że pierwsze łzy pociekły mi już przy samym wejściu do pomieszczenia. Widziałam go. Był taki malutki i bezbronny. Miał dużo ciemnych włosów na malutkiej główce. Jego rączki i nóżki były takie chude. Przez niewielkie okienko w inkubatorze pozwolono mi go dotknąć. „Tylko niech go pani nie głaszcze. Wcześniaczki za tym nie przepadają. Proszę po prostu położyć swój palec na jego rączce lub nóżce, to będzie dla niego miłe.” Szczęśliwie udało nam się umówić na pierwsze kangurowanie jeszcze tego samego dnia o 18tej. „A teraz proszę wracać na salę i na 15 przynieść nam ściągnięty pokarm dla synka. Nic prostszego – pomyślałam.

Kot napłakał

Wróciłam do sali, wyciągnęłam z walizki laktator. Podłączyłam i zaczęłam produkcję. Jeszcze z czasów Miecia pamiętałam o metodzie na pobudzenie i rozkręcenie laktacji 7-7/5-5/3-3. Czyli na początku ściąga się pokarm z każdej piersi po 7 minut na przemian, później po pięć, a na końcu po trzy. W sumie wychodzi całe 30 minut ściągania. Takim oto sposobem udało mi się ściągnąć całe 4 mililitry pokarmu. 4 MILILITRY! Nie traciłam jednak nadziei. Wiedziałam, że to początek, poza tym urodziłam wcześniaka i mój organizm miał się dopiero zorientować w tym, że potrzebny jest pokarm.

O 15 wybrałam się z tymi 4 mililitrami na oddział neonatologiczny. „Tylko tyle?” – zapytała zawiedzona położna. Szybko zorientowała się jak bardzo przejęłam się jej rozczarowaniem i z miejsca dodała: „Proszę się nie przejmować, jak znam życie pewnie jutro przyjdzie pani do nas z pełnym pojemniczkiem mleka.” Wróciłam na salę i znów podłączyłam się pod laktator.

Co trzy godziny coraz gorzej…

O 18stej zaniosłam kolejne 4 mililitry ściągniętego pokarmu. W nagrodę mogłam pokangurować Zyzia. To właśnie wtedy na próbę odłączono go od wspomagania oddychania i ku naszej uciesze okazało się, że mały zuch wcale go nie potrzebuje. Saturacja była w porządku. Pomyślałam sobie, że teraz wszystko będzie już dobrze, tylko jeszcze niech ta laktacja się rozkręci. Ciągle miałam takie poczucie, że zawiodłam jako mama, że nie donosiłam dziecka do terminu porodu, więc teraz muszę mu dać co najlepsze, czyli mój pokarm. Pomyślałam, że podczas kangurowania popatrzę sobie na synka i jak wrócę na salę to na pewno odciągnę litr mleka. Położna widząc moje przejęcie poleciła bym ściągała pokarm patrząc na zdjęcie Zyzia. „To pomaga, przysięgam! Poza tym niech mąż kupi pani taki preparat w aptece: Femaltiker. To jest prawdziwy cud jeśli chodzi o pobudzanie i rozkręcanie laktacji. My tu na naszym oddziale robiliśmy badania kliniczne na temat tego specyfiku i z tych badań jednoznacznie wyszło, że on działa! Dlatego niech mąż nie zwleka i leci do apteki.” Podobało mi się to, że dzięki położnej miałam ustalony plan działania. Kupię Femaltiker i to na pewno mi pomoże.

początki karmienia piersią

Najgorsza niedziela

Całą noc ściągałam po kilka kropel pokarmu. Najpierw o 21, później o 24, następnie o 3 i o 6 rano. O 9 nie udało mi się ściągnąć ani kropli. Byłam zrozpaczona. Po raz kolejny zawiodłam. Cała moja uwaga skoncentrowała się na karmieniu piersią. „To niedobrze, że pani tak się zafiksowała na tym temacie” – wyrokowali lekarze. „Im bardziej będzie się pani stresować, tym gorsze będą tego efekty. Proszę trochę wyluzować i dać sobie czas.” W międzyczasie podpisałam zgodę na dokarmianie Zyzia pokarmem z Banku Mleka Kobiecego. Chciałam żeby mój maluszek jak najdłużej dostawał to co najlepsze. Kilka kolejnych „współprac” z laktatorem kończyło się fiaskiem. Wieczorem byłam totalnie załamana. Leżałam i ryczałam w poduszkę. Na wieczornym obchodzie naszą salę odwiedziła bardzo żywiołowa Pani Doktor Agnieszka. Jak dla mnie mogłaby być jakąś aktorką. Miała w sobie to coś, co przyciąga uwagę i zjednuje ludzi. Widząc moje łzy powiedziała tylko: „Pani przyjdzie do mnie po obchodzie. Znam jeszcze jedną metodę na pobudzenie laktacji”. Chodziłam po naszej sali w tą i z powrotem czekając na koniec obchodu. Po czym szybko pobiegłam do dyżurki: „co to za metoda pani doktor?” Dopytywałam jak dziecko, które próbuje wyciągnąć od rodzica informację o tym, jaki prezent znajdzie pod choinką. „Proszę za mną. Włożymy pani waciki nasączone oksytocyną do nosa. To powinno zadziałać.” Nigdy nie słyszałam o tej metodzie, ale każdy nowy sposób wydawał mi się ratunkiem. Siadłyśmy w mojej sali na łóżku, Pani Doktor nasączyła waciki i kazała mi włożyć je do nozdrzy, a ja włączyłam laktator. „Proszę jeszcze włączyć na telefonie zdjęcie dziecka.” Tak zrobiłam. Czułam, że teraz się uda. I co? Nic. NIC! Zero. Łzy znów pociekły mi po policzkach. Pani Doktor zaczęła mi tłumaczyć , bardzo sensownie zresztą, że życie będzie toczyło się dalej i że świat się naprawdę nie zawali jeśli nie będę mogła karmić. I że muszę to wziąć na klatę. Tłumaczyła, że ona sama też nie karmiła, że jej się nie udało mimo ogromnych chęci i że jej dziecko żyje i ma się dobrze. Tak bardzo chciałam wierzyć w jej argumenty. Na odchodne rzuciła: „A próbowała pani tego? – rzuciła patrząc na stojące na stole pudełko Femaltiker. „To naprawdę działa.” W całym tym moim pędzie zapomniałam o poradzie położnej. Jan przywiózł mi opakowanie Femaltikera, stało sobie przez cały dzień na stole. Otworzyłam Internet w telefonie i zaczęłam czytać.

początki karmienia piersią

Magiczne działanie słodu i bardzo ciekawe badania

Okazało się, że głównym składnikiem Femaltikera jest słód jęczmienny, podobny do tego w piwie i że są na ten temat badania potwierdzające wpływ słodu na produkcję mleka. Co ciekawe przeczytałam też, że słynna „bawarka” czyli herbata z mlekiem wcale nie jest dobrym pomysłem w kontekście karmienia piersią, bo teina zawarta w herbacie hamuje laktację. Zaczęłam czytać historie innych mam, którym Femaltiker pomógł. Dotarłam nawet do badań klinicznych przeprowadzonych w „moim” szpitalu. Przebadano w nim mamy wcześniaków urodzonych pomiędzy 27. a 35. tygodniem ciąży. Część mam dostawało placebo do wypicia, a część z nich dostawała Femaltiker. Jakie były wyniki? Otóż odnotowano ogromną różnicę w ilości odciągniętego pokarmu pomiędzy dwoma badanymi grupami. Z korzyścią na rzecz grupy pijącej ten suplement (tu macie link do tych badań).  Wsypałam saszetkę do kubka, zalałam niewielką ilością wody (powinno się zalewać mlekiem, ale ja jestem na nie uczulona) wypiłam rozpuszczony napój do kolacji, tak jak zalecali na ulotce. Położyłam się i czekałam na działanie. Może to rozmowa z Doktor Agnieszką, a może zaczęłam sobie trochę odpuszczać, a może to ten Femaltiker zadziałał. Dopiero później doczytałam, że ten preparat ma również w składzie melisę, która łagodzi stres towarzyszący matkom karmiącym, w szczególności tym, które mają problem z wywołaniem lub utrzymaniem laktacji.  O 24 podłączyłam się do laktatora i udało mi się odciągnąć całe 15 mililitrów…  🙂 Pojawił się cień nadziei…

O tym jak wyglądało moje spotkanie z konsultantką laktacyjną, o trudnej decyzji o powrocie do domu bez Zyzia i o podwójnym laktatorze przeczytacie w następnej części. A teraz wybaczcie: Zygmunt wzywa. <3

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x