Wstyd matko, wstyd!

Tak łatwo nam rezygnować z siebie. Z własnych potrzeb, marzeń i aspiracji. Bo dziś dziecko jest chore, a jutro mąż będzie miał w pracy propozycję nie do obrzucenia. W nasz matczyny życiorys wpisana jest umiejętność rezygnacji z siebie bez żalu i bez pretensji…

Później tylko ze skrywaną zazdrością i niedowierzaniem patrzymy na to, jak innym jakimś cudem się udało. Patrzymy na te zadbane ciała, na pofarbowane włosy i szczęśliwe, spełnone oczy. Patrzymy, a w naszych sercach rośnie żal. Największy do samych siebie, bo przecież mogłyśmy o siebie zawalczyć.

Jesteś matką, nic nie musisz

Nikt nie zwróci ci uwagi, bo nie wypada. Plan maksimum wykonany. W końcu jesteś matką. Zmęczoną, zabieganą, zatroskaną. Nie w głowie ci kosmetyczki czy headhunterzy z nowymi ofertami pracy, nie do odrzucenia. Z nowej, pełnej wyzwań posady rezygnujesz już na starcie. Lepsza będzie ta stara, bo tam znasz szefa, koleżanki i przełożony nie będzie krzywo patrzył na zwolnienia lekarskie kiedy zachoruje dziecko. Poza tym wszyscy wkoło powtarzają: teraz musisz myśleć nie tylko o sobie, ale też o najbliższych. Tak też robisz. W innym przypadku ktoś jeszcze posądziłby cię, że niewystarczająco kochasz dzieci, że nie dbasz o męża i że absolutnie nie zasługujesz na to co masz. A że nic już nie musisz, bo jesteś matką, to siadasz w domu, zerkasz w kalendarz wyliczający 365 dni macierzyńskiego i już wiesz, że skoro nie chce ci się dziś, to za rok nie będzie ci się chciało bardziej. Masz trochę pretensji do otoczenia. Że nie zmotywowali cię na samym początku. Oni mówi tylko: przestań, nie musisz się starać, jesteś mamą, masz małe dziecko, odpocznij. Nie ćwicz z Chodakowską, miałaś dziś ciężką noc. Nie farbuj włosów – i tak nigdzie nie wychodzisz. Zaczynasz wierzyć w to, że takie życie jest naprawdę fajne. Wierzysz w to, że nie masz na te wszystkie powierzchowności czasu.

Klub Wzajemnego Odpuszczania Sobie

W Internecie czytasz historie podobne do twojej. Wiesz, że nie jesteś sama i to jeszcze bardziej utwierdza cię w przekonaniu, że tak właśnie powinno wyglądać życie matki. Za punkt honoru stawiasz sobie dwugodzinne spacery z dzieckiem i obiad podstawiony mężowi pod nos. Sen z powiek spędza ci wizyta teściowej, wstajesz więc wcześniej mimo że spałaś tylko dwie godziny. Do piekarnika wrzucasz drożdżowe ciasto z wiśniami modląc się, żeby nie wyszedł zakalec. Chwytasz za szczotkę i szorujesz nią plamy na kanapie, które dzieci wczoraj zrobiły czekoladą. Te same plamy jeszcze rok temu przykryłabyś poduszką, ale dziś jesteś matką, tobie nie wolno. Jeszcze ktoś by się dowiedział, że dzieciom dajesz czekoladę… Masz jeszcze przebłyski starej siebie w głębi duszy. Dzwonisz do przyjaciółki, która nie ma jeszcze dzieci, szukasz tego starego życia po omacku. Ona narzeka na ciągłe szukanie miłości i na szefa, który wymaga niemożliwego. Mówi, że szczerze ci zazdrości. Męża już masz, dzieci zdrowe. Ciesz się i nie wychylaj. Po co kusić los.

Nikt nie zrobi tego za ciebie

Kiedyś myślałaś, że inni ci pomogą. Że jak już będziesz w tym dresie z odrostem na głowie to przyjdą, chwycą za ramiona i porządnie potrząsną. Że przyjaciółka w prezencie urodzinowym zabierze na paznokcie i powspomina ciebie taką, z jakiej byłaś dumna najbardziej. Taką ciebie jaką lubiłaś najbardziej. Ale telefon milczy, a mąż mówi, że i tak lubi twój naturalny kolor włosów i że jemu to w sumie nie przeszkadza. Może nawet miałabyś ochotę zrobić coś tylko dla siebie, ale to wiązałoby się z przestaniem byciem matką na 100%, a to przecież niedopuszczalne. Utwierdzasz się więc w przekonaniu, że życie matki wygląda właśnie tak. W lustro nie spoglądasz już prawie w ogóle, bo to co tam widzisz nie podoba się tej, która jeszcze jest w środku. Gardzisz zmęczeniem i smutkiem wypisanym w każdej zmarszczce pod okiem. Masz wrażenie, że życie cię wykiwało. Że filmy o macierzyństwie kończyły się happy endem, a u ciebie szczęśliwego zakończenia ani widu, ani słychu.

Kto cie będzie taką chciał

Kurczowo chwytasz się tego co ci zostało. Pracy, która choć pewna, nie daje satysfakcji. Męża, z którym od roku rozmawiasz tylko o pieluchach, dzieci które kochasz tak bardzo, choć w głębi duszy wiesz, że to one stanowiły początek całej tej katastrofy. Dopiero teraz dostrzegasz, że od początku mogłaś inaczej. Miałaś prawo głośno prosić o pomoc. Mogłaś bez kompleksów powiedzieć na głos, że to macierzyństwo wcale nie takie lukrem oblane. A dziś? Dziś jesteś zwyczajnie zmęczona. Nie masz już siły na zmiany. Kolejny glut pod nosem dziecka brutalnie sprowadza cię na ziemie. Zmiany? Zajmiesz się tym jutro, po wizycie u lekarza.

macierzyństwo




 

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x