Rozszerzanie diety po naszemu

Jak wiecie, Zyzio ma już prawie osiem miesięcy i od  kilku tygodni dzielnie rozszerzamy mu dietę. Zrobiliśmy to dużo później niż z Mieciem. Zrobiliśmy to zupełnie inaczej. Przy drugim dziecku jesteśmy bardziej świadomi i wiemy już na co zwracać uwagę. Dlatego na waszą prośbę spisałam nasz przepis na rozszerzanie diety. A z racji tego, że jest nasz, to jest inny od wszystkich innych. U nas to norma.

Błędy nowicjusza

Z Mieciem popełniliśmy wszystkie możliwe błędy, jakie były do popełnienia. Po pierwsze, mimo iż był karmiony piersią, rozszerzanie diety rozpoczęliśmy już po 4 miesiącu. Tak nam wtedy zaleciła nasza leciwa pediatra, a ja nie zgłębiałam tematu. Poza tym, jak to zwykle bywa przy pierwszym dziecku, już od 3 miesiąca życia Miecia przebierałam nogami, kiedy to w końcu będę mogła nakarmić łyżeczką moje własne dziecko. Dla odmiany przy Zyziu jakoś mi się do tego nie spieszyło i cieszyłam się każdym dniem, w którym do szczęścia wystarczała mu jedynie pierś. Po drugie przy Mieciu zaczęliśmy od słodkich owoców. Intuicyjnie wydało mi się to bardziej rozsądne. Wszak nie od dziś wiadomo, że dzieci uwielbiają słodkie. Mało tego, ostatnio na konferencji dotyczącej karmienia niemowląt i dzieci usłyszałam, że my ludzie jesteśmy zaprogramowani genetycznie na dwa smaki: słodki i słony i właśnie dlatego tak bardzo je lubimy. Dużo łatwiej jest więc wprowadzić do diety dziecka banana niż  brokuł. No chyba, że dziecko nie pozna na początku smaku tego pierwszego. Wówczas jest duża szansa na to, że będzie lubił i jedno i drugie. Trzecim błędem jaki popełniliśmy było to, że od początku napychałam Miecia nowymi smakami. Czyli jeśli otwierałam słoiczek z gruszką to miałam poczucie, że on musi zjeść go do końca.

Kiedy zacząć?

Dietę niemowlaka karmionego mlekiem mamy powinno rozszerzać się po 6 miesiącu życia. Nie później niż przed ukończeniem 26 tygodnia powinnyśmy zacząć wprowadzać inne produkty. Chyba, że wskazania medyczne dla danego dziecka są inne. Oczywiście są odstępstwa od tej zasady. Jeśli nasze dziecko za słabo lub za szybko przybiera na wadze wówczas lekarz pediatra zaleci nam szybsze lub późniejsze rozszerzanie diety. Co ważne: w tej kwestii powinnyśmy kierować się tym, co podpowiadają nam lekarze, a nie inne mamy z Internetu. Ostatnio od jednej z położnych usłyszałam historię dziecka karmionego mlekiem modyfikowanym, któremu już około 17 tygodnia zalecono rozszerzanie diety warzywami. Powód? Często dzieci karmione mlekiem modyfikowanym dużo szybciej przybierają na wadze niż te karmione mlekiem mamy. Dziecko, o którym mowa, zaczęło wychodzić poza wszelkie siatki centylowe, a wprowadzenie warzyw do diety miało na celu zastąpienie jednego posiłku czymś sycącym, ale mniej kalorycznym niż mleko modyfikowane. Każde dziecko rozwija się inaczej, dlatego tak ważne kwestie, jak baczenie nad jego prawidłowym rozwojem powinniśmy zostawić specjalistom, czyli lekarzom. Co ważne, wcześniakom rozszerza się dietę dokładnie tak samo jak dzieciom donoszonym.

Od czego zacząć?

Lekarka w szpitalu kiedy leżeliśmy z Zyziem chorym na zapalenie płuc, poleciła nam by zacząć od zielonych warzyw. Dlaczego? Bo są w większości lekkostrawne i mają mniej słodki smak niż na przykład ziemniak, pasternak, marchewka czy dynia. Poza tym wcześniej wspomniana marchewka podana jako pierwsza może (ale nie musi) powodować zaparcia. Później z biegiem czasu możemy dołączać nowe smaki i nowe warzywa czy owoce. Bardzo fajnym rozwiązaniem są też gotowe przeciery warzywno-owocowe. W Polsce jeszcze mało popularne, ale można je kupić przez Internet. U nas sprawdzają się rewelacyjnie.

Jak zacząć?

Tu też zostaliśmy poinstruowani przez panią doktor ze szpitala by zaczynać od trzech łyżeczek i przez kolejne trzy dni podawać ten sam słoiczek po to, by szkrab przyzwyczajał się do nowo poznawanego smaku i żeby się z nim oswajał. Ta technika pozwala wprowadzić do diety dziecka naprawdę „kontrowersyjne” smaki, bo trzy łyżeczki to mała porcja, a z każdym kolejnym dniem smak wydaje się dziecku bardziej znajomy. My obecnie jesteśmy na etapie kiedy to Zyzio zjada mniej więcej pół średniego słoiczka na raz. A w ciągu dnia dostaje dwa razy inny posiłek niż mleko mamy. Tym samym mleko w dalszym ciągu głównym składnikiem jego diety.

A dlaczego nie BLW?

Często słyszę to pytanie. Odpowiedz jest prosta. Zyzio nie jest jeszcze gotowy. Przede wszystkim nie siedzi samodzielnie, a jest to jeden z podstawowych warunków wdrażania BLW. Bo metoda „Bobas Lubi Wybór” opiera się na tym, że dziecko siedzące w foteliku samo sięga po postawione przed nim produkty. U nas to na razie nie wchodzi w grę. Poza tym Zyzio ciągle jeszcze nie ma zębów. Wiem, że nie jest to warunek konieczny do BLW, ale sama gołym okiem widzę, że moje dziecko nie radzi sobie z produktami o bardziej stałej konsystencji lub z potrawami, które mają grudki. To nie znaczy, że nie próbuje. Codziennie dostaje trzy łyżeczki czegoś co ma większe fragmenty. Według definicji BLW jest metodą na rozszerzanie diety malucha, ale prawda jest taka, że sprawdzi się też u starszego dziecka, którego początki rozszerzania diety wyglądały inaczej. Przykładem jest Miecio: BLW w jego przypadku stosujemy dopiero od kliku miesięcy. Dzięki tej metodzie udało nam się ostatnio przemycić nielubiane dotąd warzywa i owoce.

A dlaczego słoiczki?

Bo jest to bezpieczne dla mojego dziecka. Bo normy, które muszą spełnić warzywa, owoce czy mięso są tak wyśrubowane by mogły one znaleźć się w słoiczku, że marchewka z ogródka mojej mamy przy nich blednie. Nigdy nie mam stuprocentowej pewności, że eko marchewka z bazarku na rogu jest na pewno eko i czy sprzedająca ją pani nie kupiła jej na promocji w markecie lub czymś ich nie podsypała lub opryskała. Jeśli macie swoje ogródki chwała wam za to. Pytanie tylko jak często robicie badania gleby, w której wasze warzywa wyrastają? 🙂 Poza tym słoiczki to wygoda. Dziecko je różnorodne potrawy i to w zoptymalizowanych dla jego wieku porcjach. Warto jednak w pewnym momencie, gdy nasze dziecko będzie gotowe, przejść na bardziej dorosłe posiłki. Takie, które wymagają podgryzienia, rozdrobnienia czy przeżucia. Okazuje się bowiem, że dzieci, które zbyt długo są karmione papkami, mogą mieć problemy z dykcją czy wyraźnym mówieniem. I mówię wam to ja: mama niewyraźnego Mieczysława. 🙂

Co się przyda przy rozszerzaniu diety?

Przede wszystkim cierpliwość. Nie inwestujcie w podgrzewacze, bo dzieciom najbardziej smakuje jedzenie w temperaturze pokojowej. Ewentualnie możecie lekko podgrzać słoiczek w kąpieli wodnej. Pamiętajmy, że dziecko jest przyzwyczajone do mleka mamy, które ma temperaturę naszego ciała, więc nie jest gorące. 🙂 Poza tym przyda się duży śliniak, przy Mieciu szybko przerzuciliśmy się na plastikowy, taki z Ikea, bo można go  było wrzucić do zmywarki. Na początku polecam też zainwestować w specjalną łyżeczkę do karmienia takich maluszków, dzięki której dziecko nie będzie pluło jedzeniem (my mamy Spuni). Pamiętajmy też o odpowiedniej pozycji dziecka podczas karmienia. Jeśli nasze dziecko jeszcze nie siedzi, to nie powinnyśmy go na siłę wciskać w pionowe krzesełko do karmienia. Niesiedzące dziecko powinno jeść w pozycji półleżącej. Ja karmię Zyzia albo w krzesełku Stokke Steps albo w bujaku BabyBjorn.

A co jeśli dziecko nie współpracuje?

Pamiętajmy, że naczelną zasadą, jaką powinnyśmy się kierować przy rozszerzaniu diety malucha, jest jego gotowość. Jeśli nasze dziecko zaczyna płakać, denerwuje się lub wypluwa jedzenie, to może warto zrobić przerwę i wrócić do tematu za kilka dni? Na każdego przyjdzie pora. Każde dziecko ma swój czas. Zyzio z dnia na dzień staje się małym głodomorem, a ja wrzucam na luz. Nic na siłę. Gdybym tylko wiedziała to wszystko przy Mieciu… Może dziś nie byłby takim niejadkiem. 🙂

rozszerzanie diety




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x