Przepis na MILFa

Jakiś czas temu brałam udział w konferencji zorganizowanej przez Ministerstwo Zdrowia na temat zdrowia kobiet w ciąży. Panel, w którym zabierałam głos był poświęcony tematowi używek w ciąży. Prócz mnie w panelu brało udział jeszcze kilka osób w tym leciwy Brodaty Ginekolog oraz położna w wieloletnim stażem. W pewnym momencie temat zszedł na opiekę nad dzieckiem. Brodaty Ginekolog wygrażając palcem wskazującym rzekł donośnym głosem, niczym ksiądz z ambony na niedzielnym kazaniu: „Bo kobieta to powinna bezwzględnie zajmować się dzieckiem do trzeciego roku życia minimum! Dziecko w tym czasie powinno mieć mamę na wyłączność!” Prawie zakrztusiłam się własnym językiem słysząc te słowa. W wyobraźni chwyciłam mikrofon stanęłam na środku sceny i kierując się w stronę Brodatego Ginekologa rzekłam: „Chyba Twoja Stara!”

Do dziś żałuję, że tego nie zrobiłam…

Mama na pełen etat – spróbowałam nią być

Wczoraj postanowiłam poświęcić Mieciowi cały dzień. Wyjątkiem były krótkie przerwy na karmienie Zyzia, którego przez cały dzień ogarniał Janek. Rano układaliśmy tory z klocków Lego, później oglądaliśmy najnowszą książkę z ulubionej bajki „Auta”, następnie lepiliśmy z ciastoliny hamburgery, a na koniec zrobiliśmy wspólnie „zium zium” czyli upiekliśmy wspólnie sufleciki truskawkowe, co zresztą mogliście śledzić na naszym Instagramie. I kiedy już padałam na twarz ze zmęczenia i jedyne na co miałam ochotę, to przebrać się w pidżamkę i pokornie pójść spać, okazało się że … nie ma jeszcze trzynastej. Postanowiliśmy wspólnie, że pokolorujemy nową kolorowankę, zdrzemnęliśmy się trochę, a następnie zabrałam Miecia na wycieczkę tramwajem na Dworzec Centralny po wujka Atima, który przyjechał do Warszawy na egzaminy. Wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację, a ja dosłownie szurając nosem po naszej rustykalnej podłodze, poddałam się i włączyłam Mieciowi bajkę „Dora i przyjaciele”. Przegrałam! Macierzyństwo na pełen etat to nie dla mnie. Czy jest mi z tym źle? Trochę… Bo przecież prowadzę bloga dla młodych mam, które często w takich miejscach jak to, szukają wzoru do naśladowania. Tu go nie znajdziecie, moje drogie…

Ciężka dola starych

Jak dobrze, że Miecio ma żłobek. Jeszcze lepiej, że dwa razy w tygodniu do Zyzia przychodzi niania. Wiem, że to, co dziś piszę części z was się bardzo nie spodoba. Szczerze? Macierzyństwo to nuda. Nuda i monotonia przeciągnięta rutyną. Sytuację ratuje tylko to, że całości przyświeca wyższy cel. Wychowujemy nowych obywateli kuli ziemskiej. Mają być ciekawi świata, pełni niezmąconego niczym entuzjazmu, kreatywni i zadowoleni z życia, kipiący na co dzień tęczowym szczęściem. Takich mamy ich stworzyć. Jak? Tu dostaliśmy pełną dowolność. Nikt nie podaje gotowego przepisu na udane dziecko, bo uniwersalnego przepisu zwyczajnie nie ma. Ja wymyśliłam sobie, że moje dzieci będą takie na wzór i podobieństwo nas, swoich rodziców. My musimy być ciekawi świata dla nich, musimy realizować swoje pasje, żeby oni to od nas mogli zgapić. Musimy być szczęśliwi żeby ich tym szczęściem zarazić. Tak widzę naszą rolę jako rodziców.

Nie mierz wszystkich jedną miarą

Ostatnio w obecności innych mam opowiedziałam historię z Brodatym Ginekologiem. W towarzystwie zapanowało oburzenie, ale jego akcent został położony gdzieś zupełnie indziej. Jedna z oburzonych powiedziała: „No ba! Każda matka chciałaby zajmować się wyłącznie swoim dzieckiem przez 24 godziny na dobę i robić tylko to, ale przecież tak się nie da. Mamy też inne obowiązki!” Hola, hola – pomyślałam- jaka „każda”? Na pewno w tym zbiorze zamkniętym spełnionych „TylkoMatek” mnie nie ma. Ja nie jestem z tych, które marzą o zajmowaniu się dzieckiem 24 godziny na dobę. Nawet jeśli ktoś płaciłby mi za to grube miliony i pozwolił wyłącznie siedzieć w domu z dziećmi, to zrezygnowałabym. Prócz mamy jestem też żoną, kobietą pracującą, niespełnioną marzycielką czy zwyczajną dziewczyną, która ma czasami ochotę wyjść z domu i poszwendać się po mieście. Czy to źle? Dlaczego wszyscy w koło wieszają na ścianach wyobraźni tylko jeden obraz Matki Polki? Kobiety, która na pierwszym drugim i dziesiątym miejscu w hierarchii ważności stawia wyłącznie dzieci. Kobiety, która nigdy nie powie: nie daję rady, mam dość, macierzyństwo to nie jest zajęcie moich marzeń. Wiem, że są takie matki. Sama osobiście je znam. Ale skąd mylne założenie, że my, mamy, wszystkie czujemy to samo? Czy to, że macierzyństwo nas nuży, a jednocześnie kochamy nasze dzieci całym sercem, czyni nas gorszymi matkami? Czy to, że poza dziećmi widzimy też coś więcej sprawia, że powinnyśmy żyć w poczuciu winy? Czy od momentu pojawienia się na świecie dziecka, powinnyśmy stać się jedynie jego nudnym przedłużeniem?

Zobacz czubek własnego nosa

Jestem bardzo skoncentrowana na sobie. A za mój ogromny sukces uważam to, że potrafię się do tego przyznać, bez krygowania i kompleksów. Lubię myśleć o sobie, dbać o siebie i wsłuchiwać się w swoje wewnętrzne JA. Kiedy z Zygmuntem wylądowaliśmy w szpitalu, to „JA” przeżywało wtedy ogromną, osobistą tragedię. Owszem, martwiłam się o dziecko, ale równie mocno przejmowałam się sobą. Tym, że znowu się nie wyśpię, że pewnie złapię okrutnego doła od tego zamknięcia w czterech ścianach przesiąkniętych zapachem lizolu. Że nie zrobię nic konstruktywnego przez najbliższe kilka dni. Generalnie wszystko źle. Powiedziałam wam o tym zupełnie szczerze na live, na Instagramie, a kilka z was napisało:  „Spoko, bycie skoncentrowanym na sobie to zdrowy odruch. Matki dzielą się na takie, które potrafią się do tego przyznać i takie, które mają z tym problem, bo przecież nie wypada.” I tu wcale nie chodzi o to, by olewać dzieci czy męża, ale o to by pamiętać też o sobie. Żeby kochać siebie najbardziej egoistyczną miłością. Nikt nie zadba o nasz komfort tak, jak my same, bo tylko my wiemy czego nam do szczęście i spełnienia trzeba. Niektóre rzeczy będziemy musiały sobie wytupać. Postawić granicę, głośno i bez wstydu powiedzieć: JA, MI, MOJE. To przecież żaden grzech. Dopóki nie zatrudnisz sobie menadżera, sama musisz walczyć o swoje.

M.I.L.Fem bądź

Leżąc bezczynnie w szpitalu nadrabiałam zaległości filmowe i serialowe. Chcąc się wyciągnąć z podłego nastroju, sięgałam po komedie i obyczajówkę. Pewnego dnia włączyłam sobie „Sausage Party”. Niestety okazało się to tak durne, że wytrzymałam jakieś 20 minut filmu. Ale była tam scena, która szczerze mnie rozbawiła. Otóż pewna pani robiąc zakupy w markecie rozlała płyn do higieny intymnej, ale taki do irygacji. Postanowiła cichaczem uciec z miejsca zdarzenia, tylko przy kasie zgłosiła kasjerowi, że KTOŚ rozlał kobiecy kosmetyk higieniczny w alejce numer X. Kasjer sięgając po mikrofon, na całą halę wykrzyczał: „ Uwaga uwaga! Do ekipy sprzątającej: M.I.L.F  rozlał INTYMA w alejce X.” Na co zaczerwieniona pani odpowiedziała do kasjera: „Jej! M.I.L.F? Dziękuję, dziękuję, dziękuję!”  Szczerze mnie to rozbawiło, bo jeszcze jakiś czas temu funkcjonowałam wśród kobiet, dla których to określenie byłoby obelgą, a dziś stałoby się raczej komplementem. Bycie zadbaną mamą, to wyższy stopień wtajemniczenia. Pomalowane paznokcie, włosy bez odrostu, makijaż i sukienka w rozmiarze 36. To wszystko jest możliwe. Ktoś napisze, że to kwestia kasy. Po części na pewno tak. Ale trzeba mieć w sobie też potrzebę wyglądania dobrze. Skąd ją wziąć? Najprościej z miłości do samej siebie. To źródło motywacji, które nigdy nie wysycha. Bycie matką, która jest piękną, pociągającą, interesującą i emanującą szczęściem kobietą, to bycie MILFem, którego podziwiają i pragną nie tylko mężczyźni.

Ciągle to samo pytanie

Często dostaję pytania co zrobić, by dobrze wyglądać będąc mamą. Na początku pisałam kolejno: znajdź fryzjera blisko domu, żeby nie tracić na nową fryzurę pół dnia, zrób paznokcie albo najlepiej kup własny zestaw do robienia hybrydy, zacznij trenować z wybraną internetową trenerką albo zapisz się na fitness. Serio: w dzisiejszych czasach to wszystko wcale nie musi kosztować milionów monet. Fajną sukienkę można kupić już za kilkadziesiąt złotych, dobre kosmetyki do makijażu to też nie musi być wielki wydatek. Dopiero teraz zrozumiałam, że w tym pytaniu chodzi o coś zupełnie innego. Co zrobić by chciało się chcieć. Podstawą jest znalezienie dobrej i trwałej motywacji. Nie dla dzieci i męża mamy być ładne, ciekawe i szczęśliwe. Motywacja do pracy nad sobą ukryta w tym, by podobać się innym działa, ale na krótką metę. Dla samych siebie powinnyśmy być najlepszą wersją własnego ja. Tylko takie źródło motywacji ma większy sens.




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x
Przeczytaj poprzedni wpis:
superstyler pytania
Chcesz mieć z nim dzieci? Sprawdź, co one po nim odziedziczą

Sytuacja sprzed dwóch tygodni. Trafiamy na izbę przyjęć oddziału dziecięcego. Młoda pani doktor, po wykonaniu standardowych badań energicznie usiadła za...

Zamknij