Widzimy się praktycznie co wieczór. Czytasz moje posty, a ja Twoje komentarze pod nimi. To dla Ciebie codziennie głowię się o czym by tu dziś napisać, czym cię zaciekawić. Dlatego postanowiłam napisać do Ciebie ten ważny list. Mam prośbę: jeśli staniesz przed tym piekielnie trudnym wyzwaniem: spróbuj!

Statystyki są okrutne

Fundacja „Rodzić po Ludzku” opublikowała niedawno raport o ilości cesarskich cięć w Polsce. Wyobraźcie sobie, że w 2015 roku aż 43% kobiet urodziło przez cesarskie cięcie. Prawie połowa! Dla mnie to prawdziwy szok, biorąc pod uwagę fakt, że w 1999 roku tylko co piąte dziecko w Polsce przyszło na świat przez cesarkę. Ja wiem, że są wskazania, sama jestem tego świetnym przykładem. Miecio ułożył się pośladkowo i do głowy mu nie przyszło żeby się odwrócić. Jest jeszcze masa innych wskazań medycznych do cesarki. Ale wg Światowej Organizacji Zdrowia WHO statystyczne wskazania medyczne do cesarki ma co 10-ta ciąża. Odpowiedź na to dlaczego tak się dzieje jest prosta: rządzi nami strach…

Jak dobrze, że będzie cesarka

Pierwszego porodu bałam się strasznie. Zastanawiałam się jak się wyłgać z tej sytuacji i od razu dostać wskazanie do cesarskiego cięcia. Mniej więcej w 16 tygodniu zapytałam lekarza prowadzącego moją ciążę o to, jak sobie załatwić cesarkę. Z rozbrajającą szczerością odparł, że to żaden problem i żebym teraz o tym nie myślała. A jak przyjdzie na to czas i nie będzie ku temu wskazań medycznych, to po prostu skieruje mnie do psychiatry, który wyda stosowne zaświadczenie. Ufff… Kamień spadł mi z serca. Wiedziałam, że jest dla mnie nadzieja. Skąd u mnie lęk przed cesarką? Otóż przed Mieczysławem byłam w ciąży, którą poroniłam. Przed zabiegiem łyżeczkowania podano mi leki, które miały wspomóc cały proces (nie znam się na tym, ale chyba chodziło o to by, szyjka macicy się rozwarła). Pamiętam ból, który mi wtedy towarzyszył. To było coś strasznego, a emocje które towarzyszyły poronieniu nie sprzyjały. Dlatego kiedy zaszłam w ciążę strasznie bałam się bólu porodowego, bo skoro w 11 tygodniu tak bardzo bolało mnie poronienie, to z jakim bólem miałabym się zmierzyć w 40 tygodniu.

Im bliżej było porodu, tym bardziej oswajałam się z myślą o naturalnym porodzie. Strach nieco malał, a w głowie pojawiła się niewielka chęć zmierzenia się z porodem naturalnym. Nawet wybrałam sobie położną, z którą umówiłam się na spotkanie w szpitalu. Podczas jednego z ostatnich USG usłyszałam kategoryczne: ułożenie pośladkowe, skierowanie na cesarkę. Co czułam? Ulgę i szczęście, bo los zdecydował za mnie.

Cesarka jest taka piękna

Jeśli czytacie bloga regularnie to wiecie, że do niedawna byłam chodzącą reklamą cesarskiego cięcia. Na operację poszłam jak do kosmetyczki: w wyznaczonym dniu, o wyznaczonej porze. Tylko przed samym wejściem na salę operacyjną ogarnął mnie paniczny strach i chęć wycofania się z sytuacji.  Później szybkie ciach i Miecio był już z nami. Ja trafiłam na salę pooperacyjną, na której wyglądałam naprawdę źle i czułam się fatalnie. Przez moment myślałam nawet, że coś poszło nie tak. Po tym można było poznać, że cesarka to nie takie hop siup. Ale już po 12 godzinach sama wstałam z łóżka, by po kilku kolejnych godzinach śmigać z Mieciem w szpitalnym łóżeczku po korytarzu. I wszystko byłoby okej gdyby nie to, że następnego dnia dopadł mnie przeokropny baby blues. Czy był związany z cesarką? Ciężko powiedzieć, choć statystycznie częściej zdarza się on mamom po cesarskim cięciu, niż po porodzie siłami natury. Myślę, że nie pomogło w tym dłuższe leżenie w szpitalu. Dziewczyny po porodzie naturalnym wychodziły następnego dnia do domu, a ja spędziłam w szpitalu aż 5 dni. Takie wtedy były szpitalne zasady.

Drobnym drukiem…

Dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że dzieci ułożone pośladkowo można próbować przekręcać w brzuchu mamy, i że jest to bardzo skuteczna metoda, która w Polsce jeszcze nie jest standardem, ale w niektórych zachodnich krajach owszem. Dopiero później ktoś powiedział mi, że być może Miecio choruje tak dużo właśnie dlatego, że nie przyszedł na świat siłami natury. Ale wiadomość, która najbardziej zbiła mnie z pantałyku to było to, że po cesarce każdy kolejny poród jest już raczej kończony cesarką. Jak wiecie kiedyś planowaliśmy z Jankiem czwórkę dzieci. I choć teraz mocno wątpimy w nasze plany, to nie chcielibyśmy by ktoś zamykał nam przysłowiowe drzwi przed nosem niwecząc plany. Nie mówi się głośno o tym, że każda kolejna cesarka to zagrożenie nie tylko dla dziecka, ale też dla mamy. Problemy z donoszeniem ciąży i wiele innych powikłań. Mi nikt o tym nie powiedział.

Dopiero od MamyGinekolog usłyszałam, że jest coś takiego jak VBAC, czyli naturalny poród po cesarce…

Poród niespodzianka

A później przyszła pora na Zygmunta. Na początku chciałam go urodzić naturalnie, a później znów zaczęłam się bać. Ponownie tego strasznego, wręcz mitycznego bólu. Zyzio nam się pospieszył i już w 32 tygodniu z sączącymi się wodami płodowymi leżałam w szpitalu odmierzając kolejne skurcze. Pierwsze pogłoski mówiły o cesarce. Znów poczułam się bezpiecznie, bo wiedziałam, z czym to się je i podświadomie czułam, że lekarze będą mieli wszystko pod kontrolą. Później jednak powiedziano mi, że ze względu na sytuację powinnam urodzić naturalnie. I że to najlepsze, co mogę w tej sytuacji zrobić dla pchającego się na świat wcześniaka. Wiecie jak się wtedy bałam? Najbardziej na świecie. O siebie, o dziecko i o ten straszny ból. Że nie dam rady, że wszystko się wymknie spod kontroli. Tym razem decyzję podjęłam sama, bo lekarka na porodówce powiedziała, że jeśli tak bardzo chcę, to mogą mnie ciąć, ale ona radzi urodzić naturalnie. Posłuchałam i to była najlepsza decyzja w moim życiu.

Gorąca prośba: nie strasz bólem

Czy bolało? Tak. Bardzo? Bardzo, ale nie najbardziej. Czułam, że mogłabym znieść jeszcze większy ból. Skurcze przychodziły i odchodziły. A ja pomiędzy nimi zbierałam siły. Przypominałam sobie wtedy wasze komentarze odnośnie tego, z czym porównywałyście ten ból. Rzeczywiście jest jak fale w morzu. Przychodzi i odchodzi. Ze skurczami, które zaczęły się w piątek rano pożegnałam się dopiero o 6.55 w sobotę rodząc Zygmunta. Bardzo pomogło mi ukierunkowanie myśli na cel. Było nim to, że jak tylko się postaram, to już za parę chwil zobaczę mojego ukochanego synka. W głowie powtarzałam: muszę pomóc mu wyjść! Owszem, dostałam znieczulenie i uważam, że to była ogromna pomoc i ulga w całym procesie porodu. Życzyłabym sobie by wszystkie rodzące w naszym kraju miały możliwość wyboru takiego rozwiązania. Wiem, że wiele szpitali nie daje takich możliwości. Ale od położnych wiem też, że jest wiele innych metod łagodzenia bólu porodowego, które kosztują mniej lub nic nie kosztują tylko trzeba się ich nauczyć lub je poznać. I tu ogromne pole do popisu ma nasza służba zdrowia, która jak pokazują raporty, ma jeszcze wiele wiedzy i praktyki do przyswojenia. Dobre przygotowanie to podstawa. Tyczy się to zarówno przyszłych rodziców jak i położnych.

Duża też rola w nas drogie mamy byśmy przestały straszyć bólem. Owszem, nie ma co opowiadać, że to nic nie boli, bo boli jak cholera. Ale wszystkie, które to czytacie wyszłyście z porodu naturalnego cało, więc może jednak nie jest tak źle? Powinnyśmy zatem dołożyć wszelkich starań, by przekonać przyszłe mamy do tego, by chociaż spróbowały… Jako mama, która doświadczyła i jednego i drugiego mówię wam: WARTO!

Powrót do natury

Jakiś czas temu usłyszałam w wiadomościach historię młodej dziewczyny. Zresztą takich historii jest mnóstwo. Uczennica, z patologicznej, biednej rodziny zaszła w ciążę. Dzięki swojej otyłości ukrywała ten fakt do dnia porodu, a kiedy przyszedł na nią czas poszła do lasu i oparta o drzewo urodziła. Bez znieczulenia, bez położnej, bez worka sako, bez gazu rozweselającego, bez muzyki relaksacyjnej (nie licząc śpiewu ptaków). Nasze babcie też rodziły w opłakanych warunkach. Nie namawiam was do rodzenia na łonie natury, ale do tego byście uwierzyły w siłę i wytrwałość drzemiącą w nas kobietach. Spróbujcie uwierzyć, że dacie radę. Zróbcie to dla siebie i dla swojego dziecka. Pamiętajcie, że cesarskie cięcie to bardzo skomplikowana operacja, związana z potencjalnymi powikłaniami i bólem. Poza tym gdyby Matka Natura uważała, że to takie cudowne, to wyprodukowałaby kobietę z suwakiem w brzuchu.

Dzięki dzisiejszej medycynie śmiertelność dzieci i matek przy porodzie niesamowicie zmalała. To dobrze. I uważam, że powinnyśmy korzystać z dobrodziejstw nauki, ale nie powinnyśmy ich nie nadużywać.

Dlatego jeśli jesteś młodą mamą, która urodziła naturalnie proszę, byś pod tym artykułem zostawiła swój komentarz ku pokrzepieniu. Zachęć te mamy, które jeszcze się wahają by, jeśli tylko nie mają przeciwwskazań, spróbowały. Niech ten post i twój komentarz będzie dla nich motywacją.

Od razu uprzedzam – wytnę w pień wszystkie komentarze oceniające i krytykujące kobiety rodzące przez cesarskie cięcie. Przestańmy się nawzajem oceniać. Nie budujmy sztucznego muru pomiędzy mamami rodzącymi naturalnie i tymi, które rodzą z różnych powodów przez cesarkę. Każda kobieta to zupełnie inna historia. Osobiście znam kilka mam, które do dziś obarczają się winą za to, że miały cesarkę – zupełnie niepotrzebnie. Ten artykuł ma jedynie zachęcić te mamy, które ciągle się wahają. Niech wiedzą, że warto spróbować. Nie taki diabeł straszny.

rozstępy w ciąży