Odkąd mam dziecko, a teraz już nawet dwoje, ciągnie się za mną ni to sen, ni to projekcja. Stoję z martwym dzieciakiem na rękach, oczywiście w deszczu, zupełnie jakby to był teledysk do piosenki „Hero” Enrique Iglesiasa, a scenie tej towarzyszy totalna bezradność. Żadnych szans, żadnej pomocy. Klęczę w strugach wody i wyję. Dla tych, co pamiętają ten teledysk dodam, że w okolicy nie ma też Jennifer Love Hewitt coby pomogła, czy chociaż przytuliła do wilgotnej acz jędrnej piersi…

Początek miał urywać dupę, powodować uronienie łzy, niczym teksty Marty, ale nawet jak piszę na poważnie, to muszę nieco pożartować. Ale za to dałem tytuł jak z tabloidu. 🙂 Wieść niesie, że to modne ostatnio. Ale zaskoczę was. U nas tytuły pasują do treści także zapraszam dalej.

Przed chwilą znowu przeczytałem, że gdzieś tam w Polsce zmarł dzieciak w wieku zbliżonym do mojego pierworodnego, bo choć bolał go brzuszek, a rodzice trzykrotnie wzywali pomoc, to lekarze olali sprawę. Jak możemy się domyślać nie ma teraz winnych, sprawa będzie się ciągnęła latami, a jedynymi winnymi będzie ojciec z matką, bo mieli dziecko, które zachorowało i zmarło.

Ciut wyżej w niusach jest z kolei informacja o tym, że policjant z numeru alarmowego 112 skutecznie przeprowadził reanimację przez telefon, co się oczywiście chwali, bo niełatwo tego dokonać na żywo, a co dopiero przez telefon, niemniej pokazuje, że życie naszych dzieci to nie azbest i bywają niezwykle delikatne i kruche.

Żeby nie było: to nie jest wpis o tym, że lekarze wpędzają ludzi do grobu, bo moje zaufanie do lekarzy jest ogromne, podobnie jak wdzięczność, bo zawód to niełatwy, a nie raz pomogli i mi, i moim bliskim. To wpis o tym, jak bardzo musimy uważać, aby błędy nasze czy naszego otoczenia nie zrobiły krzywdy naszemu dziecku czy w ogóle naszym bliskim i nam samym.

Kiedy nasz drugi syn, wcześniak, który nadal jeszcze powinien być w brzuchu, dostał delikatnej temperatury, zaczął kichać i kaszleć Marta z miejsca udała się do szpitala. Po porodzie, przed wypisem z neonatologii uczulano nas, że cokolwiek będzie się działo, od razu należy jechać do lekarza. Szczególnie teraz, na początku, kiedy to to małe, lekkie, kruche i wątłe. Bez paniki, bez stresu, ale też bez zbędnej zwłoki. Lepiej 100 razy pojechać bez powodu niż raz nie pojechać i żałować do końca życia. Zupełnie tak samo, jak to się zaleca w ciąży, gdy coś ciężarnej nie gra czy nie trybi.

W pięknym szpitalu dziecięcym pachnącym jeszcze nowością, Martę przyjął Doktor Gbur. W ogóle z mojego doświadczenia lekarze na nocnych dyżurach dzielą się na dwie skrajne kategorie. Albo trafisz na takiego, co zadba o ciebie jak rodzona matka do tego stopnia, że zastanawiasz się co oni tam na tych nockach biorą, albo na takiego, co za dnia jest chyba klawiszem w pierdlu. Marta w każdym razie trafiła na klawisza… Cóż to była za ciekawa choć dość przykra odmiana po tym, jakiego profesjonalizmu, opieki i empatii doświadczyliśmy w Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka gdzie Zygmunt się urodził. Martę niemalże wyśmiano, że przyjeżdża z dzieckiem w tak dobrym stanie, że wymyśla dzieciakowi choroby. A wcześniak co ma trzy kilo to nie wcześniak, tylko w mundurek gnojka i od września won do pierwszej klasy. Ledwie po godzinie wróciła do domu z małym. Była noc z czwartku na piątek. Następnego dnia, czyli w piątek, z samego rana poszliśmy do pediatry w rejonie. Zyziek już tak zdrowy okazał się nie być. Pediatra zawyrokował, że można jedynie czekać i robić kilka drobnych zabiegów z pogranicza dwóch dziedzin: higieny i zabijania czasu. Albo przejdzie albo szpital. Polecam takie oczekiwanie. Hartuje ducha lepiej niż piesza pielgrzymka na Jasną Górę. W poniedziałek Mały pod wieczór zaczął kaszleć. We wtorek zamówiliśmy wizytę domową, ponieważ wyraźnie mu się pogorszyło. Na wizytę przyszła Pani Pediatra z gatunku tych, co łączą entuzjazm młodego adepta sztuki lekarskiej i doświadczenie wielu tysięcy wyleczonych pacjentów. W dodatku miała w sobie ten cudowny luz wynikający tak z wiedzy i pewności siebie, jak również z dystansu wynikającego z lat praktyki. Starsi wylądowali z antybiotykami, najmłodszy z nebulizacją ze… sterydów. Nagle okazało się, że choć to wcześniak, któremu prócz piersi nic podawać nie można, to jednak coś podawać można, bo wszystko będzie lepsze niż szpital. Dzięki takiemu podejściu, choć nadal zdrowiejemy, to mamy spore szanse na uniknięcie hospitalizacji, bo Zygmunt ma się po tych kilku dniach po prostu bardzo dobrze i każdego dnia trochę lepiej. Proszę abyście jednak pamiętali, że to trzykilogramowy F.A.C.E.T, a my mężczyźni szczególnie ciężko przechodzimy wszelakie odmiany kataru…

Czemu wam to piszę? Żeby pokazać, że nie odpuszczamy. Ciągle go kontrolujemy, sprawdzamy, wykonujemy zalecone czynności pielęgnacyjne. Gdy coś nas niepokoi idziemy do lekarza lub go wzywamy, gdy wizyta domowa wydaje się być lepszym wyborem. Nie jesteśmy przewrażliwieni. Wiemy, że byle gorączka u starszego to nie sepsa, a walnięcie się w głowę o kant stołu nie oznacza krwiaka podtwardówkowego. Ale lekarze neonatolodzy uczulili nas, że choć wcześniak to niezwykle waleczne stworzenie, to również delikatne i przynajmniej na początku należy o niego dbać z niezwykłą starannością.

Zawsze skrupulatnie stosujemy się do zaleceń lekarskich, jednak również bacznie je analizujemy. Gdy lekarz poleca dodatkowo syropek homeopatyczny na kaszel, grzecznie dziękujemy, a następnym razem omijamy ten gabinet szerokim łukiem. Nie trzeba kończyć Akademii Medycznej, żeby znać stan powszechnej wiedzy na dany temat.

Jeżeli dany lekarz z jakiegokolwiek merytorycznego powodu wydaje nam się być mało wiarygodny, szukamy konsultacji u innego. Nie po to by wątpić, podważać, tropić błędy, insynuować. Tylko po to aby mieć pewność w najwyższym stopniu na jaki nas w danym momencie stać. Bo nie o alternator w starym rzęchu tu chodzi, a o zdrowie naszych dzieci.

Gdy Marcie odeszły wody w pierwszym szpitalu chciano ciąć na cito. W UCZKINIE udało się opóźnić poród o cztery dni co dla płodu w tym czasie jest kluczowe. Udało się podać dwie dawki sterydów na płuca. Wszystko dokładnie skontrolować. Wreszcie sam poród odbył się siłami natury. Gdyby Marta nie zdecydowała za namową Nicole o zmianie szpitala, byłaby nieplanowa cesarka. Pamiętajcie, że nieplanowy zabieg zawsze obarczony jest dużo większym ryzykiem. Trudno dywagować jakby mogły potoczyć się losy Zygmunta, gdyby urodził się te cztery dni wcześniej. Ale urodził się później i wszystkim, z nim na czele, wyszło to na dobre.

Inna sprawa to to, że w perspektywy Stolicy wszystko wydaje się takie łatwe i proste. Wszyscy wiemy, że prawdziwe dramaty rozgrywają się w małych, zapyziałych powiatowych szpitalach, gdzie obowiązują standardy rodem sprzed kilku dekad, a pacjent nie ma innego wyboru, niż korzystać z tego co ma w okolicy.

Ale jedno jest pewne. Jako rodzice musimy zawsze dążyć do takiego stanu, w którym mamy pewność, że w danym momencie zrobiliśmy wszystko co mogliśmy.

Podczas pobytu Marty w szpitalu napatrzyłem się na różnych rodziców. Większość była taka jak my: pytała, słuchała, dopytywała, wykonywała zalecenia. Ale byli też rodzice bez czegoś, co można nazwać „siłą przebicia”. Cisi, skromni, zestresowani, wycofani. Trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie takim rodzicom najłatwiej coś wmówić, odprawić z kwitkiem, olać. A to zawsze zwiększa szanse na dodatkowe problemy czy nawet tragedię.

Dlatego namawiam was gorąco, byście zawsze mieli tę „siłę przebicia”. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie chodzi o chamstwo, grubiaństwo, grożenie lekarzom, straszenie, że przyjedzie Zbyszek i załatwi wszystkich jak niegdyś Doktora Gie.

Idąc do lekarza czy wzywając go do domu zawsze spokojnie pozwalamy mu wykonać jego pracę. Gdy nadchodzi odpowiedni moment zadajemy mu nurtujące nas pytania, które staramy się ułożyć sobie jeszcze przed wizytą. Musimy być przygotowani na to, co się stanie, gdy wizyta już się skończy, a my zostaniemy sami z chorym dzieckiem. Sprawdzamy, czy recepty na leki się zgadzają i czy dawkowanie jest zrozumiale i wyraźnie rozpisane.

Odbyliśmy również kurs pierwszej pomocy dla dzieci i noworodków. To oczywiście nie gwarantuje sprawności ratownika medycznego, ale daje naprawdę dużo większą pewność siebie. A ta pewność siebie daje też opanowanie tak ważne w kluczowych dla życia i zdrowia sytuacjach.

Gdyby coś się działo z naszymi dziećmi wiemy, gdzie zadzwonić, gdzie się udać po pomoc, niezależnie od pory dnia czy dnia tygodnia. A grany był już u nas nawet ostry dyżur stomatologiczny gdy Miecio omal nie wybił sobie zęba…

A gdy postawiona diagnoza jednego lekarza z jakichkolwiek powodów wydaje nam się wątpliwa bądź stan zdrowia dziecka uległ zmianie, diagnozujemy dziecko ponownie. Nie dlatego, że wątpimy w kompetencje. Po prostu co dwie głowy to nie jedna. Poza tym dla nas to nie kolejny pacjent, często przerywający nocną drzemkę na dyżurze, tylko dziecko. Nasze Ukochane Dziecko.

choroba dziecka