MamyPlan: Cesarka oczyma taty

Od wczoraj krąży po sieci wpis jednej pani ze Stanów, która mając dosyć komentarzy pod swoim adresem, że cesarka to nie poród, postanowiła dać upust swoim emocjom. Nie mam zamiaru zagłębiać się w sprawy medyczne, ani kłócić się o wyższość porodu naturalnego nad cesarką czy odwrotnie, ponieważ nie czuję się kompetentny. Pomyślałem jednak, że opiszę tu moje doświadczenia związane z cesarką Marty. Jak zwykle – prosto z mostu i dokładnie tak, jak było. Tyle, że z boku.

Kilka tygodni przed porodem dowiedzieliśmy się, że Miecio ułożony jest źle, a z racji jego konkretnych rozmiarów, szanse na samoistne przekręcenie były niewielkie. Mieczysław będący w brzuchu Marty od początku dawał wyraz swojemu bezkompromisowemu podejściu do życia układając się pośladkowo. Czyli po prostu dupą do Świata. Konieczność wykonania cesarskiego cięcia stała się realna.

To co rzuciło mi się w oczy, gdy zacząłem czytać o samej procedurze to to, że jest ona „poważną operacją brzuszną”. Jeżeli znacie moją twórczość tu na blogu to wiecie, że jaśkowa wyobraźnia do kulawych nie należy. Przypomniałem sobie chyba wszystkie odcinki „Ostrego dyżuru” i „Dr Housa” gdzie, u na pozór stabilnych pacjentów, nagle zatrzymywało się krążenie. Potem jeszcze przypomniała mi się TVNowska „megaprodukcja” czyli „Szpital” gdzie praktycznie w każdym odcinku pacjentka albo pacjent puszcza kantem swojego partnera, ćpa i kradnie. W świetle tego „serialu” każdy szpital do istna ruja i poróbstwo.

Z drugiej strony uświadomiłem sobie, że tyle dzieciaków rodzi się przez cesarskie cięcie bez komplikacji, że nie ma co się przejmować. Mieliśmy umówioną, planową cesarkę. Kondycja Miecia i Marty była nienaganna. Szpital, w którym mieliśmy rodzić to dobra placówka, z trzecim stopniem referencyjności, a co to znaczy dokładnie znajdziecie w sieci. Generalnie nie ma lepiej przygotowanych placówek i jak oni nie dadzą rady, to nikt nie da. Tu ważna uwaga: pamiętajcie Kochani – żyjemy w Polsce. Każdy szpital to wspaniali lekarze i umieralnia w jednym. Tę samą placówkę część pacjentów będzie wychwalać pod niebiosa, inni będą na niej wieszać psy. Dużo też zależy od oddziału. Pamiętajcie też, że to że czekaliście na gips na SORze 4 godziny  w czasie których cierpieliście nie oznacza, że w tym szpitalu nie zrobią dobrze przeszczepu serca. Ale do brzegu…

Dzień przed cesarką zabrałem moją zestresowaną żonę na zakupy. Pamiętajcie panowie – wyjście do dyskontu po tani browar to nie są dla kobiety zakupy! Podczas szkoły rodzenia odwiedziliśmy trakt porodowy i oprowadzająca nas sympatyczna acz bezpośrednia położna o aparycji i gabarytach Anity Włodarczyk powiedziała nam tak: „Panowie, w naszym szpitalu obowiązuje zasada trzech prezentów dla rodzącej wam dziecko kobiety”. Nikt z nas nie miał odwagi dyskutować. Jak pewnie się domyślacie moja Małżonka z całej szkoły rodzenia zapamiętała głównie to. Dlatego dzień wcześniej kupiłem jej trzy wymarzone przez nią prezenty: torebkę, perły i polaroida, aby od pierwszych minut uwieczniać żywot Miecia. W doskonałych nastrojach wróciliśmy do domu i poszliśmy wcześniej spać, aby wypocząć przed dniem, w którym miało się zmienić wszystko. No może nie wszystko, ale wiele.

Rano, w ramach solidarności z Martą, która nie mogła nic jeść i nic pić i ja darowałem sobie śniadanie. I to był ten moment, od którego w zasadzie już tylko chudnę. 😉

Marta zrobiła sobie perfekcyjny makeup, a ja nakręciłem jej włosy. Tu słowo wyjaśnienia: moja żona uwielbia wyglądać ładnie i chciała tak wyglądać również w czasie porodu. Stwierdziła, że skoro Miecio ma ją zobaczyć po raz pierwszy to musi ją zobaczyć ładną, a na pierwszym zdjęciu z dzieckiem nie chce wyglądać „jak gówno”. Fiokowanie z rana pozwoliło też zabić czas [cesarka była na 15:00], odciągnąć myśli i rozładować stres.

jak schudnąć

Do szpitala poszliśmy pieszo, bo mamy go dosłownie „za płotem”. Na miejscu chwilę czekaliśmy, a następnie przyjęto nas na oddział. Na początku wiadomo – papierologia stosowana, potem pobranie krwi, założenie wenflonu i KTG. Marta przebrała się w koszulę do porodu, którą dostaliśmy w szpitalu. Miała z tyłu seksowne rozcięcie na całej długości, które przydało się przy znieczuleniu zewnątrzoponowym (obrazowo – w kręgosłup) choć osobiście widziałbym jeszcze kilka zastosowań. 🙂 Udaliśmy się na trakt porodowy, a tam Marta dostała ankietę z Familiady. Cześć dotyczyła tylko porodu siłami natury, część samego dziecka. My jako standardowa rodzina bez odchyleń zgodziliśmy się na wszystko. Ale było tam kilka pytań, po których niektóre mamuśki z pewnością urodzą szybciej. Same trudne tematy – szczepienia, mleko modyfikowane. Słowem typowa woda na młyn…

Dłuższą chwilę czekaliśmy na anestezjologa. To tak zwany „lotny” anestezjolog obsługujący wszystkie zabiegi nieplanowe w szpitalu czyli karetki i śmigłowiec + cesarki. Facet biega z torbą jak na siłkę, a w niej ma tyle towaru, że wystarczyłoby pewnie na niejedną imprezę u Micka Jaggera. W końcu wpadł zziajany. Po pocie na jego czole zrozumiałem, co oznacza „lotny”. Wszedł do sali operacyjnej z pielęgniarkami, a za chwilę poproszono Martę.

Kilka razy pielęgniarki wychodziły i wchodziły, więc widziałem jak znieczula najpierw fragment pleców, potem jak wprowadza grubą jak wkład od długopisu igłę i przeciąga przez nią cieniutką rurkę. Tę rurkę potem przyklejono Marcie do obojczyka z przodu. Teraz pewnie część z was zasłabła. Marty w ogóle to nie bolało. Poczuła jedynie delikatne ukłucie przy zastrzyku znieczulającym miejscowo. A moja Małżonka ma niski próg bólu, więc jakby ją bolało wszyscy byśmy już o ty wiedzieli.

Potem do sali weszli lekarze: nasz lekarz prowadzący całą ciąże i jego kolega. To już chyba tradycja, że przed samą operacją lekarze gadają o takich bzdurach, że zastanawiasz się, czy na pewno mają uprawnienia do wykonywania tego zawodu. Z drugiej strony to dobre posunięcie, bo ten ich luz powoduje wrażenie zajebistej kontroli nad wszystkim i pewnej rutyny w dobrym tego słowa znaczeniu. Zacząłem myśleć, że to naprawdę zwyczajny, bezpieczny zabieg, a nie przeszczep płucoserca.

Mnie zaproszono do równoległej sali i wtedy zaczął się absolutnie najlepszy spektakl w moim życiu. Wiem, że każdy facet ma inaczej i znam takich, co mdleją przy pobraniu krwi. Wolny wybór. Zdanie decydujące i tak powinno należeć do rodzącej. Ale jeżeli ona cię tam potrzebuje, a ciebie nie ma bo bliżej ci do mimozy niż Johna Rambo to znaczy, że zaczynasz swoją ojcowską drogę od dania dupy. A to zła wróżba na przyszłość dla matki i dziecka.

Usiadłem przy otwartym okienku podobnym do tych znanych z barów mlecznych, gdzie oddaje się brudne talerze. Zaraz przy okienku, po drugiej stronie, było stanowisko przygotowane dla Miecia. Coś na kształt przewijaka z lampą grzejną. Obok stała pielęgniarka neonatologiczna i kardiolog dziecięcy, bo Mieczysław rodził się z podejrzeniem wady serca, która potem nie potwierdziła się. W głębi sali leżała Marta bokiem do mnie dzięki czemu mogliśmy rozmawiać, a ja jednocześnie widziałem sam poród. Marta ze swojej perspektywy nie widziała oczywiście nic.

Lekarze posmarowali brzuch Marty tą bejcą, która nie wiem jak się nazywa, ale zakładam, że odkaża miejsce cięcia. Pan doktor wziął skalpel i kilka razy przejechał nim po podbrzuszu Marty. Na jego rękawiczkach pojawiła się krew. Potem na chwilę poszła w ruch „lutownica” do przyżegania tamująca krew. Potem jeszcze kolejne cięcie i na podłogę wylała się solidna porcja wód płodowych. Następnie lekarz pochylił się i dość głęboko włożył ręce w… Martę. Śmiesznie to wyglądało – trochę jak w cyrku, w numerze z piłą, skrzynkami i piękną kobietą gdzie iluzjonista tnie bidulę na kawałki. Jeszcze ciekawiej zrobiło się gdy po chwili lekarz wydobył Mieczysława na zewnątrz. Miecio był w pozycji embrionalnej, mokry i niezdrowo siny. A poza tym wyglądał na kogoś kto się wkurzył, bo go budzą. Nawet nie wiem kiedy pępowina została przecięta, bo mój wzrok śledził już tylko nowonarodzonego syna. Przyłożyli Miecia na chwilę do policzka Marty, a potem podeszli z nim do mnie, aby mi go pokazać i przede wszystkim pomierzyć oraz sprawdzić jego stan. Mały nie płakał, ale wydawał dziwne dźwięki.

W  tym czasie z wrażenia… zdrętwiały mi ręce. Emocje były naprawdę ogromne. – Pański syn! – pokazała mi go pielęgniarka.  – Skąd ta pewność? Strasznie ma płaską głowę, ja takiej nie mam – zażartowałem.  – Pan się nie boi, zaraz się naprawi. – odparła. Faktycznie, Miecio miał czubek głowy płaski jak detektyw Rutkowski. Niczym stół – nic tylko postawić flaszkę i grać w karty. Ale gdy chwilę potem dostałem go na korytarzu w kuwecie miał już normalną, okrągłą główkę.

Kojarzycie jak sprawny Arab zawija kebaba? Mniej więcej tak samo szybko i sprawnie zawinięto Miecia w rożek. Jeszcze raz podano go Marcie, a potem zaproszono mnie na wspomniany korytarz, gdzie po chwili wyjechał na wózeczku, w przezroczystej kuwecie.

dzieci w sieci

Martę zaszywał jeden lekarz z pielęgniarką, reszta wyszła do swojej kanciapki. Patrzę na Miecia, który z trudem otwierał oczy i był wyraźnie senny i jednym uchem słucham rozmowy lekarzy, położnych i pielęgniarek. – Ale ma włosy! Kapitalne! Jakie bujne. Faktycznie, Miecio miał całkiem pokaźne, czarne włosy pod czapeczką. – To po mnie! Ja też miałem! – wtrąciłem się do rozmowy, jako świeżo upieczony, dumny tatusiek.  – Panie, my o żonie, a nie o was! – opowiedziała położna o aparycji Anity Włodarczyk. Dwa dni później spotkałem ją na korytarzu. – A żeś Pan te loki żonie nakręcił, jeszcze się trzymają! – zagadnęła wesoło. – Pani kochana, na gorąco, najlepiej na gorąco! – wyjaśniłem.

Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu minutach Martę zabrano z sali operacyjnej do sali pooperacyjnej pełnej pomp infuzyjnych, stojaków na kroplówki i monitorów pokazujących parametry życiowe. Za szybą na pacjentki baczyła pielęgniarka. W szafie obok zobaczyłem przez szybę zestaw to intubacji. Znowu pomyślałem, że cesarka to nie taki pryszcz.

Moja wspaniała, dzielna żona leżała na łóżku w pełnym makeupie, z nakręconymi włosami i wyglądała jak… „gówno”, którego tak się obawiała. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem jej tak złym stanie. Jakby ktoś mi powiedział, że to terminalna faza raka, to bym to kupił. Cała była szara i zapadnięta. Uśmiechała się z wyraźnym wysiłkiem. Skarżyła się na ból i choć dostała przycisk do dawkowania morfiny, to na niewiele się to zdało. Widocznie dawkę ustalił lekarz, a nie wspomniany wcześniej Mick Jagger. Zastosowałem inną terapię i pokazałem Marcie Mieczysława. Jak się domyślacie pomogło. Pobyliśmy sobie razem, a potem Miecio pojechał do noworodków, ja do domu, a Marta starała się zasnąć. Żeby nie było różowo, miłą pielęgniarkę na nocnej zmianie zastąpiła niemiła, o sposobie bycia typowym dla starej… a zresztą. I to był chyba jedyny niemiły element.

cesarka

Następnego dnia przyszedłem z rana do szpitala. Marta była już w normalnej sali. Razem z nią trzy inne mamy. Wszystkie bardzo sympatyczne i żadna nie była pierworódką, więc służyły radą i pomocą. Marta poprosiła mnie abyśmy poszli pod prysznic. Do takich rzeczy nie trzeba mnie namawiać, ale zasugerowałem, że może tym razem tylko samo mycie. Poszła o własnych siłach, wyprostowana, nic jej nie bolało. To co się działo potem to materiał na inny wpis, ale dodam, że Marta wróciła do regularnych treningów funkcjonalnych w 6 tygodniu po cesarce, gdy lekarz prowadzący zrobił USG, stwierdził że wszystko się zrosło i dał zielone światło.

jak schudnąć

Tak to wyglądało. Zarówno z mojego punktu widzenia, jak również z punktu widzenia Marty, nie było to nic strasznego, choć emocje – wiadomo – były ogromne. Dla mnie cesarka to  pełnoprawny poród choć oczywiście różniący się znacznie od tego siłami natury. Nie mniej jednak ktokolwiek próbuje stygmatyzować kobiety po cesarce lub umniejszać ich poświęceniu, zaangażowaniu, stresowi czy bólowi, którego doświadczają jest kretynem, który chce się w ten najbardziej żałosny sposób dowartościować. Prawdziwe schody zaczynają się, gdy dostajesz tego małego człowieka w ręce i musisz mu poświęcić jakieś 20 lat swojego życia, aby go wychować. Dopiero to, co z niego wyrośnie, jest dowodem na twoje rodzicielskie umiejętności. A nie to czy rodziłaś naturalnie czy przez cesarkę, albo czy karmiłaś piersią czy butlą, bo piersią nie mogłaś. Jak w mało którym aspekcie naszego życia, tutaj cel uświęca środki.

Jako ojciec, który wszystko to widział na własne oczy gorąco namawiam innych, przyszłych tatusiów: jeżeli tylko będziecie mieli taką szansę – skorzystajcie z niej! Uważam, że są dwa momenty w życiu człowieka, kiedy bezwzględnie trzeba być przy bliskiej osobie. To moment narodzin i moment śmierci. Skrajnie różne, choć mianownik mają ten sam. Byłem przy obu i oba polecam. Pozwalają wiele zrozumieć. Przede wszystkim sens życia.

cesarka




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x