Obudziłam się w środku nocy. Musiało być jeszcze stosunkowo wcześnie bo za oknem było zupełnie ciemno. O dziwo ze snu nie wybudził mnie syn, a ból. Potworny piekący ból. Wiedziałam co stanie się niebawem. W duchu modliłam się by on spał jak najdłużej. Niestety moje przebudzenie nie przeszło bez echa…

Karmienie to taka piękna sprawa

Nigdy nie marzyłam o tym, żeby karmić piersią. Bynajmniej nie negowałam tej czynności, ale też nie zakładałam, że na 100% będę matką karmiącą. Przed urodzeniem pierwszego dziecka było mi to totalnie obojętne. Wszystkie mamy dookoła dopytywały: ”Ale będziesz karmić piersią?”. A ja przez wrodzoną w sobie krnąbrność i przekorę odpowiadałam: „Wiesz, wisi mi to. Jak się uda, to będę, a jak nie to nie. Na pewno nie będę robić z tego afery.” Później zazwyczaj musiałam wysłuchać co najmniej piętnastominutowej tyrady o tym, jak to karmienie piersią jest magiczne, wspaniałe i cudowne. Jak buduje niepowtarzalną więź z dzieckiem, a nam, mamom, szybciej pozwala wrócić do formy sprzed ciąży. Te wszystkie argumenty do mnie przemawiały i ślepo w nie wierzyłam, ale jakoś tak nie czułam tego całego karmienia… Do czasu…

Ja muszę karmić, bo zawali mi się świat!

Miecio przyszedł na świat przez cesarskie cięcie. Zaplanowany zabieg pozwolił mi skrupulatnie przygotować się do narodzin syna. Do szpitala zabrałam ze sobą laktator, ale jakoś nie do końca wierzyłam, że będzie mi potrzebny. Oczyma wyobraźni widziałam siebie przystawiającą dziecko do piersi bez najmniejszych problemów. Nawet nie wiedziałam jak bardzo jestem w błędzie. Na początku był brak pokarmu i łzy. Hormony zamąciły mi w głowie wmawiając, że jeśli nie będę karmić piersią, to nigdy nie będę mogła nazwać się prawdziwą matką. Później nawał, obolałe piersi, które wyglądały jak niezaliczona praca dyplomowa z chirurgi plastycznej, wykonana pod wpływem środków odurzających i to po ciemku. Masakra! Obolałe i krwawiące brodawki, a do tego totalna dezorientacja: „Co ja mam teraz zrobić? Nikt mnie do tego nie przygotował!” Po powrocie do domu nie było lepiej. Do bólu brodawek i całych piersi doszedł jeszcze ból pleców od nieprawidłowej pozycji do karmienia. Zresztą każda z pozycji ma swoje plusy i minusy, nie ma tej idealnej. Był też stres, czy Miecio się najada. Poczucie winy, że ten jego ból brzucha to przeze mnie. Wiecznie towarzyszyła mi troska i niepewność. Pierwszego syna karmiłam 15 miesięcy. Ostatnie trzy miesiące po powrocie do pracy były prawdziwym wyzwaniem. Podczas nocnych karmień na własne życzenie nabawiłam się dysproporcji. Wychodząc z domu rano miałam proporcjonalny biust, a wracałam niczym „Upadła Madonna Z Wielkim Cycem” pędzla van Klompa. Koleżanki dopytywały tylko: „A co ty taka krzywa jesteś? Jakaś taka niesymetryczna.” Odpowiadałam, że symetria jest estetyką głupców…

Później przyszły wyrzuty sumienia, że zakończyłam swoją przygodę z piersią. Wyobrażenia, że teraz stracę tę wyjątkową więź z dzieckiem, że Miecio zacznie chorować, że znów przytyję 20 kilogramów, bo karmiąc piersią mogłam jeść wszystko, a waga nieustannie spadała.

Powtórka z rozrywki

Teraz przeżywam jeszcze raz to samo.  A może nawet „zabawy” jest więcej, bo tym razem doszło jeszcze zapalenie piersi, z którym dzięki waszej pomocy i pomocy Agnieszki Mińko, konsultantki laktacyjnej, udało mi się wyjść bez antybiotyku. W „zapalonej” piersi jest teraz deficyt pokarmu, Zyzio nie dojada, więc wisi na mnie 24 godziny na dobę. Moje brodawki błagają o litość, ale Zygmunt ma to gdzieś i wcale mu się nie dziwię, bo chłopak jest zwyczajnie głodny.

Leżąc w nocy pomyślałam sobie, że muszę napisać ten tekst drogie mamy. I mam nadzieję, że przeczyta go wiele z was. Pora rozprawić się z karmieniem piersi raz na zawsze.

Tu mnie ma tęczy ani brokatowych jednorożców

Tu jest krew, pot i łzy. Dosłownie! Dlatego uważam, że za każdy dzień karmienia należy się nam złoty medal. Za odwagę, za wytrzymałość, za determinacje. Serio dziewczyny: jesteśmy wielkie. I mamy to szczęście, że możemy karmić nasze dzieci. Uważam jednak, że naszym obowiązkiem jest przygotowywanie przyszłych mam do karmienia piersią takim jakie jest naprawdę. Bo ja na początku czułam się oszukana. Zewsząd atakowały mnie „słitaśne” obrazki uśmiechniętych mam karmiących z bobasem przy piersi. Cały Instagram jest pełen takich zdjęć. A karmienie piersią to naprawdę ciężki kawałek chleba i wie to każda mama, która karmiła chociażby jeden dzień. Samo przystawienie dziecka, które wydawałoby się tak proste i intuicyjne wcale takie nie jest. A przynajmniej nie dla każdej z nas. Dla mnie zrozumienie na czym polega prawdziwe ssanie dziecka i nauczenie tego Miecia było niczym wejście na Kilimandżaro. Karmienie to ciągły stres czy dziecko aby na pewno się najada, to szereg obowiązków, które spoczywają na nas: by dobrze się odżywiać, by nie zaśmiecać swojego organizmu. Swoją drogą my też z tego korzystamy. Bo ja nigdy nie czułam się lepiej zdrowotnie niż wtedy gdy karmiłam Miecia przez 15 miesięcy. Karmienie to wieczne niewyspanie. To budzenie się na „łyczka” siedemnaście razy na dobę. Ale karmienie to też cudowna przygoda. Ale jak to bywa z przygodami: żeby móc z nich w pełni korzystać trzeba być na nie gotowym. Trzeba się odpowiednio wyposażyć w cierpliwość i determinację. Trzeba wiedzieć co nas czeka. Trzeba przygotować też swoje otoczenie, które zwykle nie ma pojęcia albo już nie pamięta, jak to jest karmić piersią. Nie bójmy się więc prosić o pomoc. Niech partner pomaga nam w karmieniu. Nie ma piersi? Ale ma ręce! Gotowe do przewinięcia dziecka przed każdym przystawieniem do piersi. Może podać ci wodę albo coś do przekąszenia kiedy ty kolejną godzinę karmisz dziecko. Karmienie piersią to obowiązek, który spoczywa nie tylko na mamie. Warto o tym pamiętać.

Czasem słońce czasem deszcz

O dobrodziejstwach karmienia piersią pisałam niejednokrotnie. O tym, że uratowało nas kiedyś przed pobytem w szpitalu, kiedy Miecio złapał pierwszego rotawirusa. O tym, że to najwygodniejsza forma karmienia w ujęciu logistycznym, bo nie potrzebujemy butelek, smoczków, wyparzaczy, podgrzewaczy. Jest to również najtańsza wersja karmienia niemowlaka. Ale nade wszystko jest najbardziej naturalną, a co za tym idzie, najzdrowszą formą karmienia malucha, szczególnie w pierwszych 6 miesiącach. To nie ulega wątpliwości. Ale nie jest też tajemnicą, że samo karmienie potrafi nieźle namieszać w codzienności, bo karmienie piersią to potencjalny problem z zapaleniem piersi czy nawałami pokarmu. Karmienie piersią to często poranione, pogryzione brodawki. Karmienie piersią to częściej budzące się w nocy dziecko, czasami tylko na jednego łyczka. Karmienie piersią to bolące plecy i ogólnie zmęczony organizm, bo nawet karmiąc na leżąco bolą mnie biodra od wiecznego spania na boku. Karmienie piersią to większe zapotrzebowanie kaloryczne u mamy. Karmienie piersią to też rezygnacja z pewnych przyjemności, jakimi są na przykład czerwone wino (tak, wiem, że można odciągać pokarm, ale wszystko to wymaga wcześniejszego zaplanowania). Karmienie piersią to również pewnego rodzaju przywiązanie dziecka do matki. Nie można ot tak, bez przygotowania, wyjechać na weekend czy pójść wybrać się na długie zakupy. Czy zatem warto karmić? Oczywiście, że tak! Ale nie budujmy ułudy, że karmienie to łatwizna i tylko piękne, wzniosłe chwile.

Nie ważne jak karmisz, jesteś mamą bo codziennie walczysz

Przeczuwam, że pod tym tekstem mogłyby pojawić się komentarze niezbyt przychylne mamom karmiącym mlekiem modyfikowanym. Co ja o tym myślę? Uważam, że te mamy są takimi samymi bohaterkami jak te, które karmią piersią. Też dzielnie wstają do swoich pociech w nocy, też martwią się każdą kolką czy gorączką. Tak samo wypatrują pierwszego ząbka i płaczą z bezsilności po nieprzespanej nocy. Nie oceniaj póki nie znasz kontekstu. Każda z nas to zupełnie inna historia. Nie zaglądajmy sobie w staniki, bo to nie ma większego znaczenia. Uwierzcie mi, że każda mama chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Znam dorosłe dzieci karmione mlekiem modyfikowanym oraz takie karmione piersią. Z jednym takim wyhodowanym na mleku modyfikowanym mam nawet dwójkę dzieci. <3 I jedni i drudzy potrafią wieść szczęśliwe życie. I jedni i drudzy potrafią osiągnąć sukces i żyć w zdrowiu, nie ma więc sensu licytowanie, która z nas jest matką bardziej.

Pomnik matki karmiącej

Wracając do historii z nocy. Zygmunt się przebudził i od razu, jeszcze nie otwierając oczu, zaczął płakać. Dołączyłam do niego. Płakaliśmy razem tylko chwilę. On przystawiony do piersi z miejsca się uspokoił. A ja z bólu nie mogłam powstrzymać łez. Mimo to nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej. Mam możliwość karmienia piersią i uważam, że w tym momencie to najlepsze co mogę dać mojemu dziecku.

Karmienie to ciężka sprawa. Czasami to walka o każdy kolejny dzień. To rosnące w nas pragnienie wyspania się i odzyskania niezależności. Dlatego każda z nas powinna mieć swój własny pomnik Matki Karmiącej w ogródku, na balkonie czy dziedzińcu. Taki gest dziękczynny za naszą codzienną walkę. Jesteś wielka matko karmiąca, nigdy o tym nie zapominaj. Dla swojego maluszka jesteś prawdziwą, waleczną bohaterką.

karmienie piersią