Ta pierwsza pewnie byłaby dziś niepocieszona. Cóż bowiem z tego, że za oknem piękna pogoda, jeśli na kanapie w salonie zalega cała sterta ubranek do wyprasowania. Czoło miałaby zmarszczone i minę strapioną, że najmłodszy całą noc spał w naszym łóżku, a nie w swoim łóżeczku, jak radziły mamy z Internetu.

Miecia pokochała dużo później. Z porodówki wyniosła jedynie strach przed tym, co ją teraz czeka. Nie czuła się dobrze w nowej roli. Każdy dzień na początku zaczynała ze łzami w oczach. Wszystko „musiała”, a prawie niczego nie „chciała”. Pragnęła być mamą idealną, ale dopiero od tej drugiej dowiedziała się, że takich mam na świecie nie ma. Mamy dzielą się na szczęśliwe i te, które szczęścia nie potrafią zaznać, często same blokując sobie do niego dostęp. Mama Zygmunta wiedziała to od pierwszych chwil…

Matka Mieczysława na siłę walczyła o autonomię. O swoje własne ja w całym tym macierzyństwie. Nad wyraz starała się pokazać światu, że przy dziecku w dalszym ciągu jest niezależna. Od nikogo i niczego. Dopiero ta druga, matka Zygmunta pozwoliła jej zrozumieć, że zależność potrafi mieć swoje dobre strony i że można mieć ciastko i je zjeść. Że macierzyństwo wcale nie oznacza rezygnacji z siebie jako kobiety, żony czy niepoprawnej marzycielki.

Pierwsza z nich macierzyństwo odchorowała niczym żółtą febrę. Przez dwa miesiące nie wychodziła z łóżka. Skóra pod oczami schodziła jej od słonych łez. Nie chciała wiedzieć, czy jest piątek czy niedziela. Nie miało to dla niej znaczenia. Na zewnątrz uśmiechnięta, starała się jak wszystkie świeżo upieczone mamy pokazać, jak bardzo cieszy się ze szczęścia, które ją spotkało. Wewnątrz każdy centymetr ciała wył z rozpaczy i strachu przez każdym kolejnym dniem. Każda rzecz była dla niej zupełnie nowym odkryciem. Każde wyzwanie niczym stąpanie po linie z masą gapiów dookoła, którzy tylko liczyli na jej potknięcie. Zdawało jej się, że wszyscy patrzą na każdy, nawet najdrobniejszy jej ruch. Wiecznie zmęczona i umęczona. Nie potrafiąca czerpać szczęścia z prostych przyjemności. Niby każdy dzień był dla niej wiecznością, a dziś zastanawia się, kiedy to wszystko minęło.

Matka Zygmunta to zupełnie inna historia. Ona od pierwszych chwil zapadła na Pieluszkowe Zapalenie Mózgu. W macierzyństwie podobał się jej każdy element, choć ono samo pospieszyło się o całe dwa miesiące. Może dlatego, że mogła wszystko stracić w ułamku sekundy, poczuła prawdziwą wartość tego, co dopiero do niej przyszło. Historie pierwszej matki tę drugą nauczyły pokory. Przestała być matką za wszelką cenę najlepszą. Zaczęła być matką szczęśliwą. Ta druga wyniosła tę pierwszą na wyższy stopień macierzyńskiego wtajemniczenia. Pokazała jej, że nie pranie czy prasowanie albo ogarnięty z bałaganu dom się liczy, a uśmiech i szczęście wypisane na jej twarzy i na twarzy jej dzieci. Pierwsza przekazała drugiej książę z przepisami na szybkie dania, które smakują równie dobrze na zimno. Siłą perswazji przekonała, że zimna kawa jest smaczna jeśli tylko towarzyszy jej rechot małego człowieka.

Te dwie matki ciągle mieszkają pod jednym dachem. Mają jednego męża, który każdą z nich kocha równie mocno. Dla pierwszej macierzyństwo to wciąż nieodkryta przygoda. Ona była w tym domu prekursorką, dla niej każda historia jest nowa. Matka Zygmunta ma mądrość i doświadczenie tej pierwszej. Złagodniała, zmarszczki na czole się wyprostowały, bo zmartwienia nie urastają już do rangi  tych „nie do przeżycia”. Noce z płaczem i kolkami przyjmuje z pokorą i spokojem, bo wie od tej pierwszej, że to wszystko tak szybko mija. Matka Mieczysława czasami żałuje, że nie miała przy sobie tej drugiej od początku. Byłoby jej prościej, a może i radość z macierzyństwa pojawiłaby się prędzej.

Każde kolejne macierzyństwo to zupełnie inna historia, która dotyka tę samą kobietę. Jedno naznaczone obawą o siebie i egoistycznym zamartwianiem się, co teraz stanie się z moim życiem. Kolejne to troska o dziecko, które na świat przychodzi zbyt prędko. Pierwsze przecieranie szlaku jest najtrudniejsze, bo debiuty nigdy nie są łatwe. Każde kolejne napawa dystansem i spokojem.

Dziś obie zasiadły na balkonie z kawą i delektują się majowym słońcem.

Ta pierwsza właśnie wpadła na pomysł, że może by tak posprzątać w szafie w przedpokoju, bo ubrania zimowe już się nie przydadzą. Na szczęście ta druga skutecznie wybiła jej ten pomysł z głowy. Ubrania nie zając, nie uciekną. Spójrz na dzieci, jak beztrosko się do nas śmieją. Nie ma nic piękniejszego. Dziś już wiedzą to obie.

podwójne macierzyństwo