17 dni w szpitalu jak na dłoni pokazało nam, że dłużej tak funkcjonować nie możemy. Już w ciąży nasza pediatra straszyła nas, że na pierwsze dwa, trzy miesiące po porodzie, będziemy musieli zabrać Miecia ze żłobka, jeśli nie chcemy co chwilę lądować z małym berbeciem w szpitalu. Pytaliśmy was wtedy o opinię na ten temat. Pytaliśmy o wasze doświadczenia. Sami byliśmy rozbici. Zdania były podzielone. Część z was uważała, że kategorycznie powinniśmy zabrać Miecia ze żłobka nawet na rok, a druga grupa mam, podsuwając nam swój przykład pisała, że absolutnie nie ma co się martwić na zapas, i że na pewno wszystko będzie dobrze. Intuicja podpowiedziała nam, by na początku zostawić Miecia w żłobku, trzymać rękę na pulsie i obserwować sytuację…

Nic nie zwiastowało tragedii

Pierwsze miesiące minęły nam spokojnie choć była to zima. Owszem, Miecio się przeziębiał, zaraził nawet dwa razy Zyzia, ale za każdym razem kończyło się na zwykłym katarze. Wystarczały nebulizacje z soli fizjologicznej. Zaczęłam się łudzić, że najgorsze już za nami. Przecież Zyzio ciągle był na piersi, wiedziałam, że karmić będziemy się długo, dostawał więc zastrzyk odporności ode mnie, a z miesiąca na miesiąc stawał się silniejszy i bardziej krzepki. I tak było. Do końca maja. Miecio przyniósł ze żłobka jakieś cholerstwo. Sam dość mocno się pochorował, ale nie wymagał antybiotyku. Zyzio prędko złapał od niego infekcję, a jego kaszel zaczął mnie niepokoić. Dzień przed wyjazdem nad morze pojechałam dla świętego spokoju do lekarza. Szybko usłyszałam diagnozę, która ścięła mnie z nóg: atypowe, obustronne zapalenie płuc. Niemniej dostaliśmy zgodę na wyjazd nad morze, bo stan Zyzia był dobry, nie gorączkował, dostał leki, a nad morzem czekało na niego super zdrowe powietrze. Pięć dni siedzieliśmy w Rewie, a Zyzio dochodził do siebie. Zdecydowanie mu się poprawiało. Po powrocie poszliśmy na wizytę kontrolną, na której dowiedzieliśmy się, że Zyzio cały czas ma zmiany osłuchowe. Mniejsze, ale ma. Decyzja pediatry: skierowanie na oddział. Pani doktor obawiała się, że sami go z tej infekcji nie wyprowadzimy.

Szpital zmienia myślenie

Za pierwszym razem spędziliśmy w szpitalu „tylko” 6 dni. Niewygodna leżanka, wenflon w główce Zyzia, 9 „wziewów” na dobę co niecałe trzy godziny i tęsknota za Mieciem dały mi w kość. Do domu wróciliśmy tylko na trzy dni. Co ważne, Miecio w tym czasie ciągle chodził do żłobka, bo inaczej byśmy tego logistycznie nie ogarnęli. Kiedy więc wróciliśmy do domu, starszy znów coś przywlókł ze żłobka. Dość powiedzieć, że tydzień temu dostałam maila od dyrektor placówki, że mimo iż mamy lato, w naszym żłobku ciągle toczą się choroby i infekcje. Nie oszukujmy się – wszystkiemu winni są rodzice, którzy wypychają dzieci z glutem z domu, bo muszą iść do pracy, bo nie chcą brać zwolnienia, bo nie mogą go wziąć, bo nie chce im się siedzieć w domu z dzieckiem, bo przecież płacą kupę siana za żłobek. Powodów takiego zachowania jest wiele. Nie mnie to oceniać. Sama wiem, jak frustrujące było to, gdy w pierwszym roku chodzenia Miecia do żłobka na 3 dni obecności przypadało 10 dni chorowania. W grudniu 2015 roku byłam w pracy zaledwie 3 dni. Szacun dla mojego wyrozumiałego szefa (sam ma trójkę dzieci).

Żłobek taki wspaniały, ale nie dla każdego

Jeśli czytasz nas dłużej to wiesz, że obydwoje z Jankiem jesteśmy ogromnymi fanami posyłania dzieci do żłobka. Wielokrotnie pisaliśmy o tym na blogu. Postęp jaki Miecio robił każdego dnia ucząc się liczyć po polsku i po angielsku, śpiewając piosenki, jedząc sztućcami czy tańcząc proste układy był niesamowity. Świetnie też odnajdował się w towarzystwie innych dzieci. Nie miał problemu z dzieleniem się zabawkami czy wspólną zabawą. Wszystko przebiegało idealnie. I nawet to, że w pierwszym roku chorował nam non stop i w ciągu 12 miesięcy dostał aż 8 razy antybiotyk (zdiagnozowana astma wczesnodziecięca) nie ostudziło naszego entuzjazmu do żłobka. Szczerze to nie mieliśmy też wtedy wyboru. Drugi rok uczęszczania do żłobka to już była sama przyjemność. Bez chorób, z ogromną ochotą każdego dnia Miecio maszerował do dzieci. I tak było dopóki Zyzio nie zachorował.

Źle to zaplanowaliśmy

Teraz widzę, że decydując się na drugie dziecko tak szybko po pierwszym, pewnych rzeczy nie przemyśleliśmy. Na przykład tego, że starsze dziecko nie będzie jeszcze miało na tyle odporności, by nie łapać, a potem zarażać co i rusz młodszego jakimś katarem. A katar u młodszego to ogromne ryzyko zapalenia płuc. Jak? Wydzielina spływa z nosa do płuc (dzieci nie potrafią wydmuchiwać nosa i odkasływać) tam się nadkaża i zapalenie oskrzeli lub płuc gotowe. Tak było w naszym przypadku. Jeszcze przez jakiś czas łudziliśmy się, że to pierwsze zapalenie płuc to epizod. Dlatego cały czas posyłaliśmy Miecia do żłobka. Kiedy jednak po trzech dniach wróciliśmy z nowym zapaleniem (lekarze mieli pewność, że to zupełnie cos nowego) zaczęliśmy rozumieć, że zabranie Miecia ze żłobka to coś nieuniknionego.

Poza tym przy dwójce dzieci zaczyna się kalkulacja. Jak wiecie, nie mamy większych szans na państwowy żłobek dla chłopców, a podwójny koszt żłobka to pensja bardzo dobrze wykwalifikowanej niani. O tym też nie myślałam planując drugiego bobasa. 😉

Ponieśliśmy porażkę?

Długo myślałam o tym w kategoriach porażki. Że zabranie go ze żłobka będzie cofnięciem się o kilka rozwojowych kroków. Poza tym my na co dzień pracujemy nad blogiem z domu, Janek prowadzi własną firmę i te kilka godzin bez Miecia było dla nas zbawienne. Moje myślenie na ten temat zmieniło się gdy zobaczyłam na własne oczy, jak zmienił się Miecio siedząc z nami w domu. Przebywając z nami 24 godziny na dobę. Wystarczył miesiąc, by zrobił ogromny postęp.

Porażką okazało się to co robiłam przez ostatnie 5 miesięcy. Zupełnie nieświadomie wypychałam Miecia do żłobka podkreślając, że Zyzio jest malutki i musi zostać z mamą w domu. Dopiero kuzynka, która ma synów z taką samą różnicą wieku zwróciła mi na to uwagę. Ona robiła tak, że mówiła starszemu, że ten młodszy też idzie do żłobka, ale innego i razem z nim odwoziła starszego. Wtedy on nie czuł się poszkodowany. Nie czuł się gorszy, odtrącony. Mi niestety nie przyszło to do głowy. U nas nie pomogło też to, że Miecio nic po sobie nie pokazał. Dzielnie chodził do żłobka, ale wieczorami był nie do zniesienia. Już 5 minut po powrocie ze żłobka zaczynał się płacz. O wszystko! O to że trzeba umyć ręce, zdjąć buty. Że trzeba posprzątać zabawki i o wszystko inne. Męczył się on i my się z nim męczyliśmy. A wszystko to ustało kiedy zaczął zostawać z nami w domu.

Najtrudniejszy pierwszy… miesiąc

Ten wspólny miesiąc w domu to zalecenie pani doktor ze szpitala. Czas żeby Zyzio złapał odporność, zregenerował organizm. Na początku w ogóle nie braliśmy pod uwagę tego, by zabrać Miecia ze żłobka na stałe. Myśleliśmy: przemęczymy się miesiąc razem, a potem wszystko wróci do normy. Ale już po pięciu dniach z Mieciem w domu zobaczyłam, że dokonuje się w nim zmiana. Z markotnego, zbuntowanego trzylatka zamienił się w uśmiechniętego, spełnionego zucha. Może to brzmi niewiarygodnie, ale tak właśnie było. Nasza niemowa zaczęła gadać! Piszę gadać, bo mówienie to za mało. Zaczął lepiej jeść, spokojniej spać. Stał się dzieckiem o jakim zawsze marzyłam. Raz na jakiś czas powtarzał tylko: „Mamo, ale do żłoba nie idziemy?” I żeby była jasność. Nie widzę tu żadnej winy żłobka. Wiem, że nie działa mu się tam żadna krzywda. Problem polegał na tym że Miecio zamiast super zabawek i zajęć muzycznych marzył o naszym towarzystwie.

Spędziliśmy razem 5 aktywnych tygodni, podczas których mój sen zmalał o połowę, a bałagan w domu się spiętrzył. O wszystkich naszych przygodach napiszę wam oddzielny artykuł, bo liczę na to, że może zainspirujemy was do wspólnego spędzania czasu. Szczerze przyznaję, że siedzenie z dzieckiem w domu 24h na dobę nie jest moją pasją. Nie spełniam się w tym, łatwo się frustruję i nudzę. Dlatego zrobiłam wszystko, żeby ten czas był też atrakcyjny dla mnie. Ale o tym następnym razem.

Trudna decyzja

Długo biliśmy się z myślami, jak to teraz zaplanować. Jak zorganizować naszą codzienność. Dziś klamka zapadła definitywnie. Złożyliśmy wypowiedzenie w żłobku. Za gardło ścisnęło wzruszenie kiedy wychowawczyni Miecia zdjęła jego zdjęcie z tablicy i dała mi je na pamiątkę, a Miecio otrzymał dyplom ukończenia żłobka. Kończymy pewien ważny dla nas etap. Od tygodnia mamy nianię. Taką z prawdziwego zdarzenia. Nie szukaliśmy na własną rękę, skorzystaliśmy z wyspecjalizowanej agencji. Sprecyzowaliśmy to na czym nam zależy, a pani z agencji powiedziała tylko: chyba mam dla was kogoś idealnego. I wiecie co? Na razie jest ekstra! Dzieci są z nami non stop, bo my ciągle pracujemy w domu. Ale kiedy na przykład piszę ten tekst dla was Miecio i Zyzio są z ciocią przed domem na placu zabaw, a ja słyszę tylko krzyki Miecia: „Ciocia berek” przez otwarte okno.

Zrozumiałam co jest najważniejsze

Potrzebowałam 2 lat by zrozumieć co jest najważniejsze dla prawidłowego rozwoju moich dzieci: obecność rodziców. Najprostsze rzeczy są zawsze najtrudniejsze do dostrzeżenia. Miecio nie potrzebuje drogich zabawek i dwujęzycznego żłobka z innymi dziećmi w zestawie. On potrzebuje mamy i taty. Potrzebuje bliskości. Żeby móc się dalej rozwijać potrzebuje czuć się bezpieczny. To nie podlega dyskusji. Tylko że ja byłam przekonana, że ten młody człowiek czuje się bezpiecznie w otoczeniu każdego dorosłego, a on ma przecież dopiero 3 lata i jego całym światem są rodzice no i rodzeństwo. Teraz widzę, że między chłopakami zaczyna się pojawiać niezwykła więź. Jeszcze milion konfliktów przed nimi. Na razie jednak Zyzio piszczy z zachwytu na widok Miecia, a Miecio co chwilę podbiega do Zyzia i łaskocze go po stópkach. Mam pewność, że żaden z nich nie czuje się teraz gorszy ani pominięty. Dziś patrzę uważnie na to, co wcześniej mi umykało. Wiem, że mam ogromne szczęście móc uczestniczyć w ich codzienności. Wiem, że nie każda mama tak ma. Doceniam to. Ciężko sobie na to zapracowałam.  Uczestniczę w każdym małym i większym kroku chłopców. Jest ciężko, dlatego nie wstydzę się tego, że korzystam z pomocy. Znam  siebie i wiem, że zmuszona wyłącznie do opieki nad dzieckiem bardzo szybko przestałabym lubić siebie. A teraz jest optymalnie. Mam wrażenie, że cała nasza czwórka złapała odpowiedni balans. A na przedszkola, szkoły i naukę czytania przyjdzie jeszcze czas. Na razie nie zabieram moim dzieciom tego, co dziecięce.

Przypomniałam sobie jeszcze pierwszą rozmowę z panią z agencji szukającej nianiek. Przyznałam się zupełnie szczerze, że ciągle mam wyrzuty sumienia, że za mało bawię się z moimi dziećmi, że ciągle za mało się angażuję, że mogłabym bardziej, mocniej i więcej. Odpowiedziała mi, że zupełnie niepotrzebnie myślę o sobie źle, jako o matce, ale że ona mnie rozumie i że ma podobnie. Chyba my mamy tak mamy.